twarozek-z-nerkowcow-1

Twarożek z nerkowców

Co prawda dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Sernika, ale zamiast przepisu na sernik mam dla Was przepis na bezserowy twarożek z nerkowców. Namoczone i zmiksowane z sokiem z cytryny orzechy nerkowca idealnie naśladują ser twarogowy. Twarożek z nerkowców to fajna opcja dla osób uczulonych na białka mleka albo niespożywających mleka z innych powodów. A także dla osób, które mają wysokie zapotrzebowanie energetyczne, bo jest on bardziej kaloryczny od prawdziwego twarogu czy osób, które chcą zdrowo przytyć (są i tacy ?) No i oczywiście dla wszystkich poszukiwaczy nowych potraw, ciekawych i zaskakujących rozwiązań kulinarnych. Takich jak ja ?. Moja reakcja na różnego typu jajecznice bez jajek, sery bez serów, ryby bez ryby itp. jest „Muszę tego spróbować!”.

To jak, też się skusicie? ?

P.S. On naprawdę wychodzi taki biały, jak widzicie na zdjęciach. To chyba jakaś magia, że z lekko żółtych orzechów wychodzi śnieżnobiały twarożek…

 

 

Składniki:

na 10 porcji

  • 100 g nerkowców
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • dowolne dodatki – u mnie rzodkiewka i szczypiorek
  • opcjonalnie: świeżo mielony pieprz, szczypta soli

 

Wykonanie:

  1. Orzechy namoczyć przez parę godzin – ja moczę przez noc w lodówce.
  2. Odcedzić zachowując wodę. Zmiksować z dodatkiem soku z cytryny i 4-5 łyżkami wody z moczenia.
  3. Doprawić i wymieszać z dodatkami wedle uznania.
  4. Najlepiej smakuje po przynajmniej 1 godzinie w lodówce.

 

 

1 porcja twarożku bez dodatków dostarcza:

10-oznak-ze-warto-zmienic-dietetyka

10 oznak, że warto zmienić dietetyka

Dietetyk dietetykowi nierówny. Są wśród dietetyków naprawdę świetni specjaliści, jak i osoby nie mające wiedzy ani kwalifikacji. Albo zwykli naciągacze, którym wcale nie zależy, żeby pomóc, tylko, żeby wcisnąć magiczną dietę i cudowny suplement. Są lepsi i gorsi. Tak, jak w innych zawodach.

Są lekarze z powołania, do których idzie się z przyjemnością po fachową pomoc. Są tacy, że po wyjściu i zamknięciu drzwi do gabinetu myśli się „Nigdy więcej”. Są fryzjerki, które potrafią wyczarować cuda na głowie, zrozumieć oczekiwania, wykorzystać wszystkie atuty włosów i zrobić fryzurę, w której będziemy czuć się świetnie. Są takie, które i tak obetną za dużo, choćby się dokładnie pokazało ile, które potrafią zrobić tylko jedną fryzurę i od których wychodzi się załamanym. Są specjaliści od naprawy pralki, którzy wykonają swoją robotę szybko i profesjonalnie, a pralka będzie jak nowa. Są tacy, co nie dadzą rady naprawić pralki, a przy okazji zepsują jeszcze piekarnik i lodówkę ?.

Słowem, we wszystkich profesjach trafiają się prawdziwi specjaliści, jak i marni „fachofcy”. Ten wpis nie ma na celu nikogo obrazić, tylko przestrzec przed pewnymi „cechami charakterystycznymi” nierzetelnych dietetyków. Czyli po czym poznać, że może warto zmienić dietetyka.

 

 

1. Dietetyk nie zdobywał swojej wiedzy zawodowej na studiach

Pierwsza kwestia to, czy dietetyk jest faktycznie dietetykiem. Bo to, że sam siebie tak nazwał jeszcze o niczym nie świadczy. Na chwilę obecną nie ma regulacji prawnych tego zawodu i każdy może nazywać siebie dietetykiem. Dietetyk to jest jednak zawód medyczny, idąc do dietetyka powierzasz mu swoje zdrowie, więc warto sprawdzić kwalifikacje takiej osoby. Dietą też można zaszkodzić! Pamiętam komentarz jednej lekarki na grupie zrzeszającej przedstawicieli zawodów medycznych, że bycie dietetykiem to żadna odpowiedzialność, że jak dietetyk źle wykona swoją pracę, to co najwyżej pacjent nie schudnie. No, jak to przeczytałam, to mi kopara opadła… Jak lekarze mają taką świadomość (a raczej jej brak) to co dopiero „zwykli” ludzie??

Dlatego apeluję: sprawdź wykształcenie osoby, do której wybierasz się po poradę. Osoby, które skończyły studia na kierunku dietetyka albo technologię żywności ze specjalizacją poradnictwo dietetyczne na pewno chętnie się taką informacją „pochwalą” na jakimś swoim profilu / stronie internetowej itp. Jeżeli ktoś skończył tylko kursy albo w informacjach o sobie nie pisze o ukończonych studiach, to warto być wobec takiej osoby podejrzliwym, można zawsze dopytać skąd czerpie wiedzę. Pewnie są osoby, które się ze mną nie zgodzą, że wykształcenie jest takie ważne, bo przecież dla kogoś zdrowe odżywianie może być pasją, sam się na ten temat uczy i ma ogromną wiedzę. Jasne, że są pasjonaci zafascynowani tematem i zdobywający wiedzę na własną rękę, ale ja i tak pozostanę przy swoim stanowisku, że jednak to powinna być osoba po studiach. Bo skoro jest takim pasjonatem, to co to dla niego za problem, żeby zrobić studia z tego zakresu? Insza inszość, że studia to nie wszystko, żeby być dobrym fachowcem i trafiają się osoby mające ukończone studia, u których w gabinecie lepiej się nie znaleźć. Dlatego też to nie jest jedyny warunek, są jeszcze inne rzeczy, które są wskazówką, czy trafiliśmy na dobrego specjalistę czy nie.

 

2. Na dzień dobry dostajesz torbę suplementów

To dieta czyli produkty spożywcze powinny być źródłem składników odżywczych, a nie suplementy. Są pewne suplementy, które są niezbędne np. witamina D w okresie jesienno-zimowym, a dla osób starszych przez cały rok, witamina B12 w przypadku osób na dietach roślinnych, czasami zasadna jest suplementacja żelaza czy innych składników. Ale są to konkretne, uzasadnione przypadki. Więc jeżeli dostajesz od dietetyka całą rozpiskę, co masz suplementować (a szczególnie jeżeli są to konkretne suplementy konkretnego producenta), to w Twojej głowie powinna zapalić się czerwona lampka. Dietetyk to nie jest „suplementator”, nie zajmuje się rozpisywaniem ani sprzedawaniem tysiąca suplementów. Dietetyk jak sama nazwa wskazuje zajmuje się dietą. A jeżeli twierdzi, że teraz to żywność jest taka wyjałowiona, że bez suplementów nie da się pokryć zapotrzebowania na składniki odżywcze, to najwyraźniej minął się z powołaniem.

 

3. Dietetyk nie spytał Cię o stan zdrowia, wyniki badań

Dietetyk zanim zacznie rozpisywać dietę, zalecenia czy układać jadłospis musi wypytać Cię o mnóstwo różnych rzeczy, w tym dokładnie przyjrzeć się Twojemu stanowi zdrowia. Bo to tylko z zewnątrz wygląda tak prosto, że ktoś Ci rozpisze, co masz jeść. Ale to „coś” co rozpisuje dietetyk to wypadkowa bardzo wielu różnych czynników, w tym związanych ze stanem zdrowia, o czym mówią m.in. wyniki badań. Takie najbardziej podstawowe wyniki badań dla dietetyka to morfologia krwi, lipidogram (cholesterol, triglicerydy, HDL, LDL), glukoza na czczo, TSH, badanie ogólne moczu. Nie są to skomplikowane badania i warto je sobie samemu robić regularnie dla sprawdzenia. Z drugiej strony dietetyk nie powinien też „przeginać”, dietetyk nie jest od diagnozowania chorób (aczkolwiek może trafnie naprowadzić na diagnostykę w kierunku pewnych dolegliwości), nie powinien zlecać mnóstwa skomplikowanych badań, które bardzo często pacjent musi robić na własną rękę, bo to przerost formy nad treścią i wykraczanie poza swoje kompetencje. Diagnozowaniem zajmują się lekarze, a nie dietetycy.

 

4. Dostajesz gotowy jadłospis wyciągnięty z szuflady

Tak jak pisałam we wcześniejszym punkcie, dieta to jest sprawa bardzo indywidualna, bo na finalny jadłospis składa się całe mnóstwo czynników. Więc gotowiec wyciągnięty z szuflady siłą rzeczy nie jest indywidualnie dopasowaną dietą. Równie dobrze można sobie kupić kolorowe pisemko dla kobiet i skorzystać ze znalezionej tam „cudownej” diety (może w pisemkach dla mężczyzn też są, ja się tam nie znam ?). Niektórzy dietetycy oferują gotowe zbilansowane jadłospisy ułożone przez nich samych, przeznaczone zazwyczaj dla osób zdrowych, ale wiadomo wtedy, że nie jest to rozpiska indywidualna i zawsze taka informacja przy tych jadłospisach się znajduje. Takie jadłospisy są też znacznie tańsze, bo nie są układane z myślą o konkretnej osobie. Natomiast jeżeli dostajesz taki jadłospis jako rzekomo dostosowany do Twojego przypadku (i oczywiście w cenie indywidualnego jadłospisu), to jest to zwykłe oszustwo. Dieta z szuflady powinna w tej szufladzie pozostać ?.

 

5. Jesteś otyły, a dostajesz dietę na 1000-1200 kcal

Zmaganie z nadmiarowymi kilogramami to najczęstszy powód wizyt u dietetyka. Jeżeli w takiej sytuacji dostajesz dietę na 1000, 1200 kcal, a czasami nawet mniej, to od takiego „specjalisty” lepiej trzymać się z daleka. Odchudzanie to nie głodówka! Stosowanie diet o tak niskiej kaloryczności nie jest drogą do trwałego pozbycia się nadmiernych kilogramów i nie ma nic wspólnego ze zdrowym odchudzaniem. Zbyt niska energetyczność diety wiąże się z dużym ryzykiem efektu jo-jo, tzw. spowolnieniem metabolizmu oraz niedoborami składników pokarmowych, które mogą objawiać się np. wypadaniem włosów, łamliwością paznokci, pogorszeniem stanu skóry, niedokrwistością i tak dalej, i tak dalej. Poza tym dieta to naprawdę nie jest katowanie się, skazywanie się (albo kogoś) na mękę. Dietetyk z racjonalnym podejściem do tematu na pewno nie zafunduje Ci takiego odchudzania z grubej rury.

 

6. Twój jadłospis jest monotonny

Masz rozpisane 5 posiłków, ale każdy posiłek to kurczak z ryżem i warzywami? Albo karczek na smalcu z pomidorem? Jajka z boczkiem? Albo jakieś inne równie „fantazyjne” kompozycje? W takiej sytuacji również powinna Ci się zapalić czerwona lampa ostrzegawcza. Jedzenie w koło Macieju tego samego to nie jest zdrowa, racjonalna i zbilansowana dieta. Raz, że czymś takim można się znudzić już po pierwszym dniu (jak wytrzymasz tydzień to szacun ?). Dwa, jedną z podstawowych zasad zdrowego odżywiania jest urozmaicenie, ponieważ tylko urozmaicona dieta jest w stanie dostarczyć wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Przy monotonnej diecie niedobory gwarantowane. Już kiedyś pisałam na temat monodiet, więc nie będę się tutaj specjalnie powtarzać.

 

7. W jadłospisie wyeliminowano pewne produkty / grupy produktów bez powodu

Ostatnio bardzo modne stały się różne diety eliminacyjne, zwane przez niektórych dietetyków pieszczotliwie „dietami bezowymi”. Bezglutenowa, bezmleczna, bezlaktozowa, bezzbożowa i inne bez… Jeżeli masz alergie, nietolerancje, celiakię albo inne wskazania do wykluczenia pewnych produktów, to oczywiście powinieneś otrzymać dietę eliminującą jakieś konkretne pokarmy. Ale niestety wielu „dietetycznych szamanów” postanawia dietami bezowymi leczyć… wszystko.

Są fani „wyrzucania” z diety wszystkich produktów zawierających gluten, bo tak albo mleka i produktów mlecznych, albo osoby, które rozpisują w jadłospisie produkty bezlaktozowe, bo taka teraz moda. Są i tacy, którzy „wywalają” z jadłospisu wszystkie produkty zbożowe i ziemniaki („bo węglowodany tuczą!”) albo rośliny strączkowe („bo strączki są be! bo fitoestrogeny!”) albo owoce („owoce to cukier!”) i fani innych dziwnych, bezzasadnych wykluczeń. Albo niełączenia w jednym posiłku węglowodanów i białek (moje ulubione „uzasadnienie” jest takie, że białka są trawione w żołądku przez wiry lewoskrętne, a węglowodany prawoskrętne, więc jak je wymieszamy, to wiry się wzajemnie znoszą ?). Więc jak dostaniesz od dietetyka jadłospis, to przyjrzyj się, czy czegoś w nim nie brakuje, co być powinno. Pamiętaj, że masz prawo się dopytać, dlaczego jadłospis jest taki a nie inny, spytać, dlaczego jakieś produkty w nim nie występują. Jeżeli w odpowiedzi usłyszysz, że coś jest trucizną, szkodzi, zabija albo „dietetyk” zacznie Ci opowiadać o wirach w żołądku, to zrób minę w stylu „chyba cię poje%$#@” i zrezygnuj ze współpracy.

Specjalnie napisałam o „wyrzucaniu” bądź „wywalaniu” czegoś z jadłospisu w cudzysłowie, ponieważ niektórzy „specjaliści” naprawdę takich określeń używają. Jak słyszę czy widzę coś takiego, to dostaję skrętu wnętrzności. Dietetyk z racjonalnym podejściem do swojej pracy nie używa takich określeń, podobnie jak nie dzieli produktów na „dozwolone” i „zakazane”. Bo przecież wiadomo, że zakazany owoc smakuje najbardziej. To zero podejścia psychologicznego do tematu.

 

8. Dietetyk zaleca Ci odkwaszanie organizmu, oczyszczanie z toksyn, odgrzybianie

Kolejne bardzo modne obok diet bezowych są kuracje odkwaszające, oczyszczające itp. Jeżeli chodzi o odkwaszanie, to nasz organizm świetnie sobie radzi z utrzymaniem pH na właściwym poziomie, a jeżeli sobie nie radzi (czyli dochodzi do tzw. kwasicy albo zasadowicy metabolicznej), to jak najszybciej powinieneś znaleźć się na ostrym dyżurze. W takim stanie raczej nie poszedłbyś sobie na konsultację do dietetyka.

Jeżeli chodzi o oczyszczanie z toksyn, metali ciężkich, usuwanie jakiś toksycznych złogów zalegających w jelitach, to generalnie jest kolejny chwyt marketingowy. Za oczyszczanie naszego organizmu odpowiada wątroba jako narząd-strażnik, w którym wszystko co dostaje się do organizmu, musi przejść „kontrolę” oraz narządy, które biorą udział w wydalaniu niepotrzebnych i szkodliwych produktów na zewnątrz: nerki (z moczem), jelita (z kałem), skóra (z potem), płuca (z powietrzem). Faktem jest, że pewne szkodliwe substancje mogą się w naszym organizmie gromadzić. Faktem jest, że odpowiednią dietą możemy wspomóc pracę wątroby i innych narządów, a dodatkowo tak się odżywiać, żeby naszej wątrobie nie dokładać roboty. Ale nie jest prawdą, że wszyscy jak jeden mąż potrzebujemy cudownych oczyszczających kuracji dietetycznych czy oczyszczających suplementów. Nasz organizm cały czas zmaga się z różnych substancjami, które w niewielkich ilościach wcale mu nie szkodzą. Problemem jest, gdy jest ich za dużo, ale wtedy zazwyczaj konieczna jest interwencja medyczna a nie dieta.

Natomiast w kwestii odgrzybiania – a co ja klimatyzacja jestem, żeby mnie odgrzybiać??? A tak na poważnie, to mamy te grzyby cały czas w sobie i dopóki nasz układ odpornościowy pracuje prawidłowo, to trzyma je w ryzach. I znowu niebezpieczna dla zdrowia jest sytuacja, gdy jest ich za dużo i znowu konieczne jest udanie się do lekarza, a nie dietetyka. Dieta wspomaga leczenie kandydozy, ale sama nie wystarczy. A diagnozowanie kandydozy to zadanie dla lekarza, a nie dietetyka na podstawie objawów takich jak zmęczenie. Bo kto w dzisiejszych czasach nie jest zmęczony? ?

 

9. Dietetyk wykonuje Ci badanie żywej kropli krwi

I znowu jak bumerang wracamy do tego, że dietetyk nie jest od diagnozowania. Ale nawet bardziej istotne jest to, że tzw. badanie żywej kropli krwi to zwyczajne oszustwo. Prezydium Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych nazwało to delikatnie „usługami znachorskimi”. To, co rzekomo widać pod mikroskopem, wcale nie jest tym, co wykonujący badanie twierdzi. Pasożyty we krwi, kryształki metali ciężkich, grudki cholesterolu, bakterie i inne „ciekawe rzeczy” – tego wcale nie da się zobaczyć pod mikroskopem i często wcale nie mamy tego we krwi.

Po pierwsze zastanówmy się, po co by były badania w specjalistycznych laboratoriach, skoro wystarczy włożyć szkiełko z kroplą krwi pod mikroskop i wszystko widać? Na obecność pasożytów wykonuje się najczęściej badania kału, a najpowszechniej występujące pasożyty podczas swojego cyklu życiowego w ogóle nie dostają się do krwi. Żeby zobaczyć bakterie, trzeba je najpierw wybarwić i użyć bardzo dobrego mikroskopu albo wykonać posiew. Poza tym obecność bakterii we krwi to ciężki stan zagrażający życiu (słyszałeś zapewne o czymś takim jak sepsa?). Podobnie z grzybami – nie zobaczymy ich tak po prostu we krwi, a jeżeli faktycznie by tam były, to byś już dawno leżał w szpitalu a nie wybrał się do dietetyka. Cholesterol i metale ciężkie znajdują się we krwi w połączeniu z białkami, dlatego wcale ich nie widać, nie mają postaci kryształków, grudek i patrząc na krew pod mikroskopem wcale nie machają do Ciebie łapkami „hej, tu jestem! patrz!”. Więc już chyba rozumiesz, że takie badanie to tylko skok na kasę.

Poza tym dietetyk nie ma uprawnień do tego, żeby pobierać krew, więc nakłucie przez dietetyka to znowu wykraczanie poza jego kompetencje (ja tam nie mam nic przeciwko, nie lubię igieł ?). Dietetyk ewentualnie może wykonać Ci proste badanie poziomu cukru we krwi z użyciem glukometru, ale pod warunkiem, że sam nakłujesz sobie palec

 

10. Dietetyk nie ma dla Ciebie szacunku, obraża Cię

Uważam, że dietetyk, tak samo jak lekarz czy pielęgniarka, powinien być życzliwy, pełen empatii. To praca z ludźmi i dla ludzi, żeby im pomóc. Nie wyobrażam sobie, żeby dietetyk miał być niemiły, miał obrażać swoich pacjentów, „motywować” ich jakimiś obraźliwymi tekstami. Do napisania tego punktu natchnęło mnie czytanie historii osób, które borykają się z nadmierną masą ciała, o złośliwościach, jakimi byli „obdarzani” przez niektórych lekarzy i pielęgniarki. Szczerze mówiąc nie wiem, jak to jest w odniesieniu do dietetyków, nie spotkałam się z jakimiś historiami na ten temat, ale stwierdziłam, że nie jest to, niestety, wykluczone. Moim zdaniem niedopuszczalne jest traktowanie przez dietetyka swoich pacjentów w sposób złośliwy, obraźliwy, z brakiem szacunku. A także stawianie siebie w roli wielkiego guru, który coś karze zrobić, a czegoś innego zakazuje. Czy wymyślanie kar za zjedzenie czegoś „niedozwolonego” i inne tego typu sytuacje. Dietetyk powinien być wsparciem, pomocą, przyjacielem. Na równi z pacjentem, a nie ponad nim. Dlatego też dietetyk powinien posiąść pewną wiedzę i umiejętności z zakresu psychologii. Żeby być efektywnym specjalistą, a nie nadętym wywyższającym się gburem. Dlatego uważam, że jeżeli nie odpowiada Ci sposób bycia jakiegoś dietetyka, to możesz spokojnie poszukać takiego specjalisty, który będzie Ci odpowiadał.

 

Uff, trochę mi tego tekstu wyszło ?. Starałam się jednak, żeby czytanie było dla Ciebie przyjemne. I oczywiście wartościowe. Żebyś mógł świadomie wybrać dobrego specjalistę, który faktycznie Ci pomoże, który opiera swoją pracę o wiedzę potwierdzoną naukowo. Żebyś trafił na dietetyka z prawdziwego zdarzenia, któremu będziesz mógł powierzyć swoje zdrowie.

 

Zdjęcie w nagłówku: Designed by Freepik
Pozostałe zdjęcia na licencji CC0, pixabay.com.

surowy-dzem-wisniowy-z-chia-1

Surowy dżem wiśniowy z chia

Pomysł na surowy dżem z chia krąży po internecie już od jakiegoś czasu i przymierzałam się, żeby go wypróbować, ale jakoś ciągle odkładałam to na później. I to był błąd, trzeba było zrobić go już dawno, bo jest genialny! Przymierzałam się, żeby zrobić go w wersji truskawkowej, ale przegapiłam okazję, więc zrobiłam surowy dżem wiśniowy z chia. Nasionka szałwii hiszpańskiej chłoną dość duże ilości płynu, więc świetnie zagęszczają i nadają taką właśnie „dżemowatą” konsystencję ?. Szczególnie jeżeli je zmielimy przed dodaniem do zmiksowanych owoców. Ten dżem robi się naprawdę szybko, najdłużej schodzi z wyjęciem pestek z wiśni, a reszta to już… pestka ?. Oprócz tego, że zrobienie tego dżemu to parę chwil, to jeszcze jego dużą zaletą jest to, że jest surowy, czyli mamy zachowane wartości odżywcze owoców, szczególnie witaminę C, która „ulatnia się” przy wzroście temperatury. Dodatkowo mamy pełne zdrowych tłuszczów nasionka chia. Nie jest to dżem, który możemy sobie włożyć do słoików i przechować do zimy, jest to dżem do szybkiego zjedzenia. Jeżeli chcemy takim dżemem cieszyć się w miesiącach zimowych, to musimy sobie zrobić zapas mrożonek.

Taki surowy dżem możemy wykorzystywać podobnie jak „zwykły” dżem – do kanapek (u mnie na zdjęciach na domowych bułkach owsianych), do naleśników, pyszny jest jako dodatek do owsianki. A, i byłabym zapomniała o jeszcze jednej zalecie tego dżemu (w każdym bądź razie dla mnie to jest zaleta ?) – możemy go sobie dosłodzić wedle własnego widzimisię. Podałam proporcję na wersję niezbyt słodką, gdzie niewielki dodatek erytrolu delikatnie przełamuje naturalną kwaśność wiśni, ale dżem pozostaje nadal kwaskowaty, orzeźwiający. Spróbujcie koniecznie! ?

 

 

Składniki:

  • 300 g wiśni (waga po wypestkowaniu)
  • 3 łyżki nasion chia (30 g)
  • 2,5 łyżki erytrolu (25 g)

 

Wykonanie:

  1. Chia zmielić w młynku.
  2. Wiśnie wypestkować, zmiksować z erytrolem, dodać chia i zmiksować tak, żeby składniki dobrze się połączyły. Zostawić na przynajmniej 15 minut do zgęstnienia.

 

 

1 łyżka (25 g) dostarcza:

czekoladowa-komosanka-z-malinami-3

Czekoladowa komosanka z malinami

Znowu mam propozycję dla tych, co lubią śniadania na słodko ?. Chociaż na drugie śniadanie też się nada. Jest to czekoladowa komosanka z malinami, czyli taka wariacja na temat owsianki, gdzie zamiast płatków owsianych występuje komosa ryżowa. Quinoa podobnie jak kasza jaglana, bardzo fajnie sprawdza się w potrawach na słodko. Jak robię owsiankę i różne owsianko-podobne twory, zazwyczaj nie daję niczego do posłodzenia, a samym źródłem słodkiego smaku są owoce. Tym razem użyłam odrobiny stewii, żeby przełamać naturalnie gorzki smak kakao i zrobić tę komosankę w smaku gorzkiej czekolady. Bo muszę przyznać, że połączenie smakowe gorzkiej czekolady i słodko-kwaśnych malin baaardzo mi odpowiada. Więc można by rzec, że to takie trochę połączenie śniadania z deserem ?.

 

 

Składniki:

na 1 porcję

  • 50 g komosy ryżowej
  • 1 szklanka mleka / niesłodzonego napoju roślinnego (250 g)
  • 1,5 łyżki kakao (8 g)
  • 2 tabletki stewii / 1 łyżka erytrolu
  • 100 g malin
  • 1 łyżka płatków migdałowych

 

Wykonanie:

  1. Komosę wypłukać na sicie pod bieżącą wodą. Wrzucić do garnka, wlać mleko i gotować do miękkości (około 15 minut). Posłodzić, dodać kakao i dokładnie wymieszać. Zostawić pod przykryciem na 5-10 minut, żeby quinoa wchłonęła jeszcze trochę płynu.
  2. Podawać z malinami i posypane płatkami migdałowymi.

 

 

Całość (z użyciem mleka krowiego 1,5 %) dostarcza:

pieczone-kotlety-z-bobu-w-otrebach-1

Pieczone kotlety z bobu w otrębach

Pomyślałam sobie, że nie może tak być, że sezon na bób się skończy, a ja nie opublikuję żadnego przepisu z tym sezonowym strączkiem. Więc kupiłam kilogramową paczkę i zrobiłam pieczone kotlety z bobu w otrębach pszennych. Wykorzystałam fakt, że osłonki bobu też są jadalne i zmieliłam na te kotlety surowy bób tak ot po prostu w całości ?. Zresztą tak jest prościej i szybciej, a ja często do moich przepisów dodaję tę szczyptę lenistwa ?.

Te kotlety to niezła dawka błonnika pokarmowego, więc sycą naprawdę na długo (jak zjadłam 6, to myślałam, że już nigdy nie zrobię się z powrotem głodna ?). Poza tym dostarczają dużo żelaza i kwasu foliowego. I dlatego, że są bogate w żelazo, zjadłam je m.in. z czerwoną papryką, którą widzicie na zdjęciach, bo jest ona dobrym źródłem witaminy C, która zwiększa przyswajalność żelaza.

Dzięki temu, że te kotlety obtoczone są w otrębach, nie przyklejają się do papieru podczas pieczenia i powstaje na nich fajna, lekko chrupiąca otrębowa „skórka”. Do masy dodałam mąkę owsianą i mielone siemię lniane do sklejenia, więc po upieczeniu kotlety bez problemu zachowują swój kształt. Są pyszne na ciepło i na zimno, więc można je zabrać do zjedzenia na wynos. Przepis jest na dużą ilość, część można zamrozić na później ?.

 

 

Składniki:

na około 25 kotletów

  • 1 kg bobu
  • 1 duża cebula (150 g)
  • 1 łyżka oleju rzepakowego (10 g)
  • 1 łyżeczka soli (5 g)
  • 2 pęczki koperku (30 g)
  • 1 łyżka suszonego lubczyku
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 100 g mąki owsianej
  • 3 łyżki mielonego odtłuszczonego siemienia lnianego (30 g)
  • otręby pszenne do obtoczenia – wychodzi około 25 g

 

Wykonanie:

  1. Cebulę obrać, pokroić w kostkę i delikatnie przyrumienić na 1 łyżce oleju.
  2. Bób umyć (nie obierać) i zmiksować  w urządzeniu typu malakser* dodając 100 ml wody, podsmażoną cebulę, sól, pieprz i lubczyk.
  3. Koperek umyć i posiekać. Dodać do masy na kotlety razem z mąką owsianą i mielonym siemieniem. Dokładnie wymieszać – najwygodniej ręką.
  4. Nastawić piekarnik na 180°C, blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia. Formować średniej wielkości kotlety, obtaczać w otrębach i kłaść na blasze.
  5. Piec około 30 minut (ja ustawiłam grzanie góra-dół), można po 20 minutach odwrócić na drugą stronę, ale nie jest to konieczne.

*jeżeli nie macie malaksera czy urządzenia typu thermomix, to myślę, że można się posłużyć maszynką do mielenia; blender ręczny mógłby nie dać tu rady.

 

 

1 kotlet dostarcza:

makaron-gryczany-z-tofu-w-sosie-pomidorowym-1

Makaron gryczany z tofu w sosie pomidorowym

Przepis na makaron gryczany z tofu w sosie pomidorowym to zwegetarianizowany, a nawet zwegowany (tj. przekształcony  odpowiednio w wegetariański albo wegański ?) przepis na ziołowego kurczaka w sosie pomidorowym z makaronem, którego robiłam dosyć często zanim przeszłam na dietę bezmięsną. Zamiast kawałków piersi kurczaka obficie posypanych suszonymi ziołami teraz używam ziołowego tofu. Tak jest nawet szybciej ?. Dodatkowo podczas zakupów wpadł mi w ręce makaron gryczany, więc dla odmiany użyłam tych bardzo ciemnych rurek. Dorzuciłam do tego spoglądającą na mnie błagalnym wzrokiem z doniczki na parapecie bazylię i czerniące się w lodówce oliwki ?. Ale bez oliwek, z suszoną bazylią i zwykłym makaronem pełnoziarnistym też jest pycha – szczególnie jak ktoś jest takim pomidoroholikiem jak ja ? ?.

 

 

Składniki:

  • makaron gryczany
  • tofu ziołowe
  • pomidory świeże lub z puszki
  • czosnek
  • świeża bazylia
  • oliwki
  • olej rzepakowy
  • sól

 

Wykonanie:

  1. Tofu pokroić w kostkę i podsmażyć na niewielkiej ilości oleju, przekręcając od czasu do czasu, żeby podsmażyło się ze wszystkich stron. Odłożyć na bok.
  2. Pomidory sparzyć, obrać ze skórki i pokroić. Czosnek obrać i drobno posiekać albo przecisnąć przez praskę. Na patelni rozgrzać odrobinę oleju i delikatnie podsmażyć czosnek (trzeba uważać, żeby się nie przypalił). Dorzucić pomidory i dusić pod przykryciem parę minut aż pomidory zaczną się rozpadać.
  3. W międzyczasie, jak pomidory przekształcają się w sos ?, ugotować makaron al dente w lekko osolonej wodzie, pokroić bazylię i oliwki.
  4. Gdy pomidory zaczną się rozpadać, zdjąć pokrywkę i odparować nadmiar wody do uzyskania konsystencji gęstego sosu. Lekko posolić, dodać ugotowany makaron, tofu, bazylię i oliwki, wymieszać.

 

fasolowe-brownie-z-malinami-1

Fasolowe brownie z malinami

Maliny – kolejne sezonowe pyszności, które są tak krótko w roku. Bardzo mi pasują w połączeniu ze smakiem gorzkiej czekolady, więc zrobiłam fasolowe brownie z malinami. Postanowiłam, że będzie to ciasto w wersji, którą mogą zjeść osoby z cukrzycą czy insulinoopornością, dlatego do posłodzenia użyłam erytrolu, a nie daktyli. To ciasto jest lżejsze niż tradycyjne brownie nie tylko dlatego, że dostarcza dużo mniej kalorii ?, ale też ma delikatniejszą strukturę, nie jest takie ciężkie, zbite i „zakalcowate” jak typowe brownie.

Zanim przystąpi się do konsumpcji trzeba poczekać, żeby dobrze wystygło i nabrało bardziej zwartej konsystencji. Gdy jest jeszcze ciepłe, mocno się kruszy i za Chiny nie da się odkleić od papieru do pieczenia. Dlatego trzeba się uzbroić w cierpliwość i dać mu trochę spokoju zanim zatopi się w nim swoje zęby. Chociaż muszę przyznać, że jeszcze ciepłe jest naprawdę pyszne… Ale wierzcie mi, lepiej nie przerabiać etapu „Ratunku! Kruszy się i totalnie rozpada i jeszcze przywarło do papieru, co za klapa!”… Wiem, co piszę ?.

 

 

Składniki:

na 6 kawałków

  • 100 g suchej fasoli (ja użyłam adzuki ale może być dowolna)
  • 2 jajka kl. L (120 g)
  • 80 g erytrolu
  • 4 łyżki kakao (20 g)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)
  • 1 szklanka malin (150 g)

 

Wykonanie:

  1. Fasolę namoczyć przez około 8 godzin, odcedzić  i ugotować do miękkości w świeżej wodzie bez dodatku soli (w przypadku fasoli adzuki około 1 godziny). Wystudzić.
  2. Nastawić piekarnik na 180°C.
  3. Fasolę zmiksować na gładką masę z pozostałymi składnikami oprócz malin. Wylać do formy (u mnie o wymiarach 13 x 22 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Powciskać maliny, włożyć do nagrzanego piekarnika i piec około 40 minut.
  4. Wyjąć z formy i pokroić dopiero po całkowitym ostudzeniu.

 

 

1 kawałek dostarcza:

kasza-owsiana-z-truskawkami-1

Kasza owsiana z truskawkami i nerkowcami

Normalnie nie mogę przeboleć, że już kończą się truskawki. Ale póki jeszcze są, to mam dla Was przepis na kaszę owsianą z truskawkami i orzechami nerkowca, która jest fajną alternatywą dla klasycznej owsianki z płatków. Kasza owsiana jest mniej przetworzona niż płatki, dlatego zachowuje więcej wartości odżywczych, a owies generalnie jest zbożem pełnym cennych składników. Często polecam jedzenie produktów owsianych jako wartościowego elementu codziennego menu. Kilkanaście lat temu owsianka była passé, a owies uważano za dobry dla koni. Na szczęście poszliśmy po rozum do głowy i wróciliśmy do jedzenia wartościowych, a przy tym tanich produktów (o czym pisałam przy okazji wpisu „12 super-zdrowych i tanich produktów„).

Do kaszy owsianej z truskawkami dodałam orzechy nerkowca jako źródło zdrowego tłuszczu. One akurat najbardziej mi pasują do truskawek, bo są delikatne w smaku i lekko słodkawe. Mniam! ?

 

 

Składniki:

na 2 porcje

  • 100 g kaszy owsianej
  • 400 ml mleka / napoju roślinnego
  • 200 g truskawek
  • 2 łyżki orzechów nerkowca (30 g)

 

Wykonanie:

  1. Kaszę ugotować na mleku (około 25 minut) i zostawić do ostygnięcia. Stygnąc kasza wchłonie nadmiar płynu. Kaszę można ugotować poprzedniego dnia, a rano tylko podgrzać.
  2. Truskawki umyć, odszypułkować i pokroić na kawałki. Wyłożyć je na wierzchu kaszy i posypać nerkowcami.

 

 

1 porcja (z użyciem mleka krowiego 1,5%) dostarcza:

makaron-z-groszku-z brokulem-i-cukinia-1

Makaron z groszku z brokułem i cukinią

Dzisiaj mam dla Was przepis z wykorzystaniem makaronu z zielonego groszku, który od jakiegoś czasu można kupić w B., ale jest też dostępny w innych sklepach. Ja połączyłam makaron z groszku z brokułem i cukinią, podałam z pomidorkami koktajlowymi i posypałam prażonymi pestkami dyni. Generalnie mamy tu dużo zielonego ?. Makarony z roślin strączkowych są bogate w białko, więc potrawy z nimi tworzą zbilansowany posiłek. Kupując takie makarony warto zerknąć na wartość odżywczą, zwłaszcza w przypadku makaronów azjatyckich. Makaron zrobiony z mąki ze strączków ma 20-25% białka i około 10% błonnika, ale czasami takie makarony zrobione są z czystej skrobi (np. z grochu) i zawierają prawie same węglowodany.

Odpowiednie ugotowanie makaronu z groszku czy z innych roślin strączkowych jest trochę wyzwaniem, bo łatwo je rozgotować do konsystencji paćki ?. Dlatego radzę gotować ja na naprawdę niewielkim ogniu, mają tylko delikatnie pyrkotać, lepiej je gotować minimalnie krócej niż czas podany na opakowaniu i pod koniec gotowania sprawdzać, czy aby już nie są gotowe. A nawet jak pierwszym razem nie wyjdzie i się rozgotuje, to mówi się trudno i zbiera się doświadczenia na następny raz ?. Bp makaron z zielonego groszku to bardzo fajny produkt i warto go włączyć do swojego menu ?.

 

 

Składniki:

  • makaron z zielonego groszku
  • brokuł
  • cukinia
  • pomidory / pomidorki koktajlowe
  • pestki dyni
  • sól
  • olej rzepakowy

 

Wykonanie:

  1. Makaron ugotować w lekko posolonej wodzie. Najlepiej gotować go na małym ogniu (ma tylko delikatnie pyrkotać) około 6 minut. Pod koniec gotowania dość często sprawdzać stopnień ugotowania.
  2. Brokuła ugotować – ja mam swój ulubiony sposób na gotowanie brokuła.
  3. Cukinię umyć, pokroić na ćwierćplasterki. Na patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, wrzucić cukinię i delikatnie podsmażyć. Zmniejszyć grzanie i poddusić cukinię, żeby trochę zmiękła, ale pozostała al dente.
  4. Pestki dyni uprażyć na suchej patelni. Pomidorki umyć i pokroić.
  5. Można jeść na ciepło – wymieszać gorący makaron z brokułem, cukinią i pomidorkami (które także można podgrzać) i posypać pestkami albo na zimno – wymieszać składniki po wystudzeniu.

 

truskawkowa-smoothie-bowl-z-siemieniem-1

Truskawkowa smoothie bowl z siemieniem

Skoro mamy sezon na truskawki, to postanowiłam wykorzystać je do zrobienia śniadaniowej wariacji na temat owsianki – czyli truskawkowej smoothie bowl z siemieniem lnianym. Jest to taka zmiksowana owsianka w formie gęstego musu, który można jeść łyżeczką. To fajny sposób na przemycenie do swojego menu porcji siemienia lnianego ?. Taka owsianka à la koktajl wygląda dosyć niepozornie, wydaje się, że po zjedzeniu czegoś takiego będzie się dalej głodnym. Dlatego można być nieźle zaskoczonym, jak bardzo to syci ?. W dosyć sporej objętości mamy porządną dawkę błonnika pokarmowego i zdrowych tłuszczów. Taka smoothie-bowl świetnie nadaje się na śniadanie i skutecznie zaspokaja apetyt na parę godzin na początku dnia.

P.S. Próbowaliście już szarlotkowej smoothie bowl? ?

 

 

Składniki:

na 2 porcje

  • 100 g płatków owsianych górskich
  • 4 łyżki siemienia lnianego (40 g)
  • 2 szklanki mleka / napoju roślinnego (500 g)
  • 2 szklanki truskawek (300 g)

 

Wykonanie:

  1. Płatki i siemię lniane wymieszać i zalać mlekiem. Zostawić do napęcznienia na parę godzin np. na noc w lodówce.
  2. Truskawki umyć i odszypułkować (można zostawić kilka truskawek do pokrojenia na wierzch). Wszystkie składniki dokładnie zmiksować.

 

 

1 porcja (z użyciem mleka krowiego 1,5%) dostarcza: