czy_ksylitol_jest_szkodliwy4

Ksylitol jest szkodliwy, powoduje zawały i udary – ile w tym prawdy?

Jakieś dwa tygodnie temu w polskich mediach[1] pojawiła się informacja o nowym amerykańskich badaniach, które (podobno) wykazały, że ksylitol jest niezdrowy, a jego spożywanie prowadzi do zawałów serca i udarów mózgu. Coraz więcej osób zaczęło przekazywać sobie tę nowinkę, coraz częściej trafiałam na komentarze, że ksylitol jest szkodliwy, więc postanowiłam sprawdzić te doniesienia.

Ksylitol jest szkodliwy - skąd takie wnioski?

Odpowiedzialnym za całe zamieszanie jest artykuł opublikowany 7 czerwca 2024 r. w czasopiśmie European Heart Journal[2]. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest zatem sięgnięcie do źródła. Wspomniana praca naukowa nie jest powszechnie dostępna, więc „przeciętny Kowalski” nie ma wglądu do pełnego tekstu. Ale po coś jest się dietetykiem siedzącym w Evidence Based Medicine i mającym znajomych o podobnych zainteresowaniach 😉

Tytuł tego artykułu można przetłumaczyć jako „Ksylitol ma działanie prozakrzepowe i jest związany z ryzykiem chorób układu krążenia”. Naukowcy w tej pracy skupili się przede wszystkim na wpływie ksylitolu na krzepnięcie krwi i częstość występowania MACE – Major Adverse Cardiovascular Events – czyli poważnych niepożądanych zdarzeń sercowo-naczyniowych, do których należą zawały serca, udary mózgu i śmierć z ich powodu. Dla ułatwienia w dalszej części tekstu będę pisać po prostu o zawałach i udarach.

Mając do dyspozycji tylko streszczenie (które akurat może przeczytać każdy użytkownik internetu) faktycznie można zrozumieć, że spożywanie ksylitolu powoduje zakrzepy i tym samym prowadzi do zawałów i udarów.

Konieczne jest jednak przeczytanie CAŁEGO tekstu, a wtedy okaże się, że w tym stwierdzeniu jest niewiele prawdy.

Przyznam szczerze – a przeczytałam już setki, jak nie tysiące badań naukowych – że ten artykuł jest dosyć trudny. Postaram się opisać i wytłumaczyć, co konkretnie robili naukowcy w możliwie prosty i zrozumiały sposób.

Zacznijmy od tego, że przeprowadzili oni 3 rodzaje badań:

1. zależność między stężeniem ksylitolu we krwi a występowaniem zawałów i udarów

2. stężenie ksylitolu we krwi po jego spożyciu

3. wpływ ksylitolu na krzepliwość krwi

Przyjrzymy się teraz szczegółowo tym badaniom.

Zależność między stężeniem ksylitolu we krwi a występowaniem zawałów i udarów

Badano stężenie ksylitolu we krwi u 3306 osób przez 3 lata, jednocześnie odnotowując występowanie u nich zawałów i udarów.

Co ważne, badana grupa osób

    • to osoby w wieku 55-72 lata
    • z nadwagą i otyłością (BMI 25,4-32,2)
    • 70% miało nadciśnienie
    • 77% już chorowało na choroby układu krążenia
    • 43% było po przebytym już zawale
    • ogromna większość przyjmowała leki (statyny, aspirynę, leki na cukrzycę, nadciśnienie)

Wykazano, że u osób mających wyższe stężenie ksylitolu we krwi częściej dochodziło do zawałów i udarów.

Napiszę to jeszcze raz: obserwowana zależność jest całkowicie niezwiązana ze spożyciem!

Stężenie ksylitolu we krwi po jego spożyciu

Badano stężenie ksylitolu we krwi u 10 zdrowych osób po wypiciu przez nie na czczo wody słodzonej 30 g ksylitolu.

    • najwyższe stężenie ksylitolu obserwowano po 30 minutach, było ono 1000 razy wyższe niż na czczo
    • podwyższony poziom ksylitolu utrzymywał się przez 4-6 godzin, a po 12 godzinach wrócił do wartości wyjściowych (które można uznać za naturalne, fizjologiczne)
    • poziom ksylitolu na czczo w tym badaniu (tj. u osób zdrowych) odpowiadał stężeniu u osób mających najniższe ryzyko sercowo-naczyniowe w poprzednim badaniu

Wpływ ksylitolu na krzepliwość krwi

Następnie badano, jak ksylitol wpływa na proces krzepnięcia krwi, wykonując testy in vitro (czyli w probówce albo innym szkle laboratoryjnym) oraz na myszach.

    • w testach in vitro obserwowano powstawanie skrzepów przy różnych stężeniach ksylitolu – im wyższe było stężenie ksylitolu, tym bardziej nasilony był proces krzepnięcia krwi
    • w badaniu na myszach zwierzętom podawano ksylitol dożylnie – zaobserwowano szybsze tworzenie się skrzepów krwi

Obserwowano tworzenie skrzepów przy stężeniu ksylitolu, które dla ludzi jest fizjologiczne (czyli to stężenie, które dla ludzi jest naturalne, dla myszy jest bardzo wysokim).

Problemy z tym badaniem

To badanie ma dużo słabych stron, które zresztą podkreślają sami autorzy (ale żeby to wiedzieć, trzeba przeczytać cały tekst a nie tylko streszczenie).

1. Zależność między stężeniem ksylitolu we krwi a częstością występowania zawałów serca i udarów mózgu nie jest związana z jego spożyciem. Zbadane tutaj stężenie ksylitolu wynika z jego produkcji w organizmie, a nie spożycia. Pozwolę sobie tutaj wstawić – według mnie bardzo ważne – zdanie, które pojawia się w artykule:

Najprościej mówiąc, ksylitol powstaje „przejściowo” podczas wytwarzania kwasu glukuronowego (trudna nazwa…). Z kolei kwas glukuronowy bierze udział m.in. w neutralizowaniu szkodliwych albo obcych dla organizmu substancji. Zostańmy na chwilę przy tym związku.

    • W jednym z badań[3] stwierdzono, że stężenie kwasu glukuronowego zwiększa się wraz z wiekiem.
    • Kwas glukuronowy bierze udział w metabolizowaniu leków[4], w tym aspiryny[5], którą w omawianym badaniu zażywało ok. 75% osób.

Nasuwa się pytanie typu „co było pierwsze?”. Czy to ksylitol we krwi zwiększa ryzyko zawałów i udarów czy raczej osoby, które mają wysokie ryzyko zawałów i udarów mają wyższe stężenie ksylitolu we krwi (bo np. są w bardziej zaawansowanym wieku, przyjmują dużo leków albo coś jeszcze innego)?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się kluczowa. Co jest przyczyną, a co skutkiem i czy faktycznie jakiś związek przyczynowo-skutkowy tutaj jest. Obserwacja, że coś występuje w tym samym czasie, co coś innego, nie pozwala wnioskować o zależności i jej rodzaju. Chciałabym podkreślić, że stawiam tutaj pytania, duże znaki zapytania, duże MOŻE (a może wiek? a może leki? a może coś innego? – ja tego nie wiem, to tylko gdybanie).

2. W badaniu wzięły udział osoby po 55. r.ż., w znacznej większości już cierpiące na choroby układu krążenia, po zawałach, przyjmujące leki itd. Czyli osoby, które i tak mają wysokie ryzyko incydentów sercowo-naczyniowych.

3. Nie zbierano danych dotyczących spożywania przez te osoby ksylitolu i produktów go zawierających.

4. Badania in vitro są generalnie badaniami o niskiej wartości naukowej – nie da się „przenieść” wyników testu, gdzie mamy komórki/tkanki „wyjęte” z organizmu do rzeczywistej sytuacji.

5. Podobnie jest z badaniami na zwierzętach: nie można wyników testów z udziałem zwierząt tak po prostu „przenieść” na ludzi. Zresztą w omawianym badaniu jest podkreślone, że ksylitol wchłania się w bardzo małym stopniu u myszy, a u ludzi wchłania się w bardzo dużym stopniu i bardzo szybko.

6. Proces krzepnięcia krwi jest skomplikowany i złożony, bierze w nim udział wiele czynników. Ksylitol nie zapoczątkowuje tego procesu, ale go przyspiesza. Nie jest tak, że po spożyciu ksylitolu we krwi tworzą się skrzepy, które zatykają naczynia krwionośne i powodują zawały i udary. Musi najpierw dojść do uszkodzenia tętnicy np. przez zaawansowany proces miażdżycowy. Zatem teoretycznie najgorsze skutki miałoby spożycie ksylitolu 30 minut przed tym, jak dojdzie do uszkodzenia naczynia krwionośnego. Powiedzmy sobie szczerze, że to raczej nie jest częsta sytuacja…

7. Nie wiadomo, jak zmienia się stężenie ksylitolu we krwi po spożyciu produktu/-ów nim słodzonych. Wypicie na czczo (czyli po 12 godzinach niejedzenia) wody z 30 g ksylitolu nie odzwierciedla rzeczywistych sytuacji. Czy wtedy ksylitol wchłania się tak samo szybko?

8. Kompletnie nic nie wiemy o skutkach regularnego spożywania ksylitolu przez dłuższy czas.

 

Z kolei nawiązując do wyciąganych przez co po niektórych wniosków, że ksylitol jest szkodliwy dla zdrowia, dodam jeszcze, że:

9. Dla „przeciętnego Kowalskiego” oznacza to, że lepiej jeść cukier. Bo skoro ten „zdrowy zamiennik cukru” nie jest wcale zdrowy, to cukier jest lepszym wyborem. Nawet teoretycznie zakładając, że ksylitol zwiększa ryzyko zawałów i udarów (czego omawiany artykuł wcale nie potwierdza), to spożywanie cukru i zawierających go produktów zwiększa to ryzyko wielokrotnie bardziej! Patrząc na asortyment produktów w Polskich sklepach, słodkości słodzone ksylitolem, erytrolem albo maltitolem jednocześnie mają ogólnie lepszy skład, nie zawierają oleju palmowego i tłuszczów trans (a olej palmowy i tłuszcze trans najbardziej sprzyjają chorobom układ krążenia). Posłodzenie domowego ciasta ksylitolem to nadal lepszy wybór niż cukier. Poza tym ksylitol w większych ilościach powoduje biegunkę, więc można by rzec, że sam ogranicza swoją ilość.

10. Idąc tokiem myślenia „ksylitol jest szkodliwy, bo zwiększa krzepliwość krwi” należałoby stwierdzić, że „zielone warzywa liściaste są szkodliwe, bo zawierają witaminę K, która zwiększa krzepliwość krwi”. Takie są fakty: witamina K jest kluczowa w procesie krzepnięcia krwi, a jej najbardziej bogatym źródłem są zielone warzywa liściaste. Jednak nie są one przeciwwskazane nawet w diecie osób, które mają podwyższone ryzyko zakrzepów (nie będę się wdawać teraz w szczegóły).

Podsumowując – postaram się krótko, bo z powodu swojego perfekcjonizmu mam tendencję do pisania esejów…

Grafika: wayhomestudio on Freepik

jak-sie-nie-przejesc-w-swieta

Święta: Jak się nie przejeść? Jak odmawiać? Bezpłatny e-book

Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Z czym kojarzą Wam się nadchodzące święta? Choinka? Śpiewanie kolęd? Prezenty? Jedzenie? Zatrzymajmy się przy tym ostatnim. Jako dietetyk i psychodietetyk bardzo często jestem pytana, jak radzić sobie podczas świąt i innych spotkań towarzyskich: Jak się nie przejeść? Jak odmawiać, żeby nie skończyło się to rodzinną awanturą?

Jak się nie przejeść?

Kto nigdy nie przejadł się w święta, podczas urodzinowej imprezy, wesela czy innego spotkania towarzyskiego ręka w górę! No co, nikt??? Wcale mnie to nie dziwi…

Ja też wielokrotnie wstawałam od stołu z tym koszmarnym uczuciem, że zaraz pęknę. Że jest mi niedobrze, boli mnie brzuch. Ale jak tu się powstrzymać, jak tyle pyszności na stole? Tyle różnych smakowitości – przecież trzeba wszystkiego spróbować! Chociaż po odrobince! No, może jednak trochę większej odrobince. Jakie to dobre, wezmę jeszcze. O, tego jeszcze nie próbowałam! O, matulu, jakie to pyszne, łyżka czy dwie więcej mi przecież nie zaszkodzą, no bo co to jest łyżka?? Tyle co nic!

Ups, już sporo zjadłam, czuję się prawie syta, a to dopiero przystawki…

Ojejku, jestem już tak strasznie najedzona, a zaraz będzie deser. Ciasta mama piekła, a przecież mama robi najlepsze ciasta pod słońcem! Jak to pięknie wygląda i jak smakowicie pachnie! Przecież te kawałki nie są takie znowu duże…

Brzmi znajomo?

Jak odmawiać?

     

      • Spróbuj jeszcze tej sałatki, jest wyśmienita! Jak to nie? No masz, nałożę ci.

      • Czy jadłaś już moją pieczeń? Nie? To musisz spróbować, marynowałam ją w przyprawach dwa dni! Jak to nie chcesz? Chcesz, chcesz! Jak spróbujesz, to zaraz sięgniesz po kolejny kawałek, zobaczysz!

      • Może jeszcze kawałeczek karpia? Patrz, zostały tylko 4 dzwonka, jak każdy zje po jednym, to skończymy. Jak to nie chcesz? Zostanie jeden kawałek i co ja potem z nim zrobię? No weź, zjedz, nie rób problemu!

      • Ile wlać ci zupy? Już? Tak mało!? Jak to już się najadłaś? To tylko zupa, sama woda, nie przesadzaj!

      • Jeszcze serniczka? Jak to nie? Babcia Krysia piekła, jest pyszny! Nieee? No weź, zjedz. Babci będzie przykro, jak nie zjesz.

    Słyszeliście tego typu teksty? I jak tu odmówić???

    Jedzenie w sytuacjach towarzyskich. Jak nie tracić kontroli i nie poddawać się presji innych? – bezpłatny e-book

    W odpowiedzi na pytania, co robić podczas spotkań przy stole, napisałam poradnik psychodietetyczny.

    Nie jest to nowość na mojej stronie. Jest już dostępny od jakiegoś czasu, więc część z Was pewnie już tego e-booka pobrała, niektórzy może go nawet przeczytali 😉 Pomyślałam sobie jednak, że co jak co, ale Boże Narodzenie to idealna okazja, żeby przypomnieć o jego istnieniu.

    Zatem oddaję w Wasze ręce tego e-booka. Jest to 19 stron konkretnych porad i technik, bez lania wody. Jak to zwykło się mówić – „samo mięso”. Sporo przykładów, przejrzysta forma, punkty, podpunkty i grafiki zamiast ściany tekstu.

    Mam nadzieję, że się przyda!

    A! I prawie zapomniałam o bardzo ważnej informacji. To wszystko daję Wam całkowicie BEZPŁATNIE! Taki prezent świąteczny ode mnie 😉

    BEZPŁATNY E-BOOK

    Autor: Małgorzata Rusek

    Liczba stron: 19

    Obrazek w nagłówku: Freepik.com

    dietetyk-czy-psychodietetyk-1

    Dietetyk czy dietetyk kliniczny – kogo wybrać?

    Szukając specjalisty do spraw żywienia można spotkać się z różnymi określeniami. Wzbudzają one często wątpliwości. Niejednokrotnie widziałam w internecie dyskusje dotyczące tego, czym różni się dietetyk kliniczny od „zwykłego”.

    Czy dietetyk kliniczny jest „lepszy”?

    Część osób przekonuje, że dietetykiem klinicznym jest osoba po studiach na uniwersytecie medycznym. Inni twierdzą, że dietetyk jest „kliniczny” jeżeli pracuje w szpitalu. Jeszcze inni uważają, że dietetykiem klinicznym zostaje się po ukończeniu dodatkowych kursów. A nawet spotkałam się z teorią, że niektórzy specjaliści dopisują sobie „kliniczny”, żeby podnieść sobie ego…

    To wszystko nieprawda.

    Po pierwsze: w Polsce nie ma oficjalnych specjalizacji dla dietetyków, jak to jest w przypadku lekarzy. Po drugie: wszystkie uczelnie oferujące kierunek „dietetyka” realizują bardzo podobny program kształcenia – większość przedmiotów i nauczanych zagadnień jest taka sama. Różnice między uczelniami oczywiście są, ale pewna „baza” jest wspólna dla wszystkich. Absolwenci tego kierunku zawsze mają wiedzę i z dietetyki klinicznej, i sportowej, i pediatrycznej i tak dalej.

    Dlaczego niektórzy specjaliści opisują siebie jako „dietetyk kliniczny”?

    Tak jak wspomniałam, w dietetyce nie ma oficjalnych specjalizacji. Jednak jest to dziedzina tak ogromna, że nie da się zajmować wszystkim. No dobra, da się, ale – przepraszam, będę okrutna – specjalista od wszystkiego to specjalista do niczego. Dietetyk, który pomaga dosłownie wszystkim – od pacjentów po operacjach bariatrycznych, poprzez kobiety ciężarne, karmiące i małe dzieci, po zawodowych sportowców nie może być we wszystkim dobry. Bo po prostu jest to niewykonalne.

    Dlatego dietetycy mają swoje tematy, w których się specjalizują. Które dokładnie zgłębiają, są na bieżąco z doniesieniami naukowymi i zaleceniami postępowania w danych dziedzinach. Stąd biorą się określenia typu „dietetyk kliniczny”. Jest to termin wskazujący, w jakich zagadnieniach dana osoba się specjalizuje. „Dietetyk kliniczny” to inaczej „dietetyk, który specjalizuje się w dietetyce klinicznej”. Ale chyba sami przyznacie, że na wizytówce, w tytule profilu na Facebooku czy podczas zwykłej rozmowy łatwiej użyć takiego dwuwyrazowego określenia.

    Nie tylko „kliniczny” ale też „pediatryczny”, „diabetologiczny”, „onkologiczny” itd.

    Różne specjalności pociągają za sobą powstawanie różnych określeń. I tak możecie natknąć się na dietetyków endokrynologicznych, metabolicznych, diabetologicznych, nefrologicznych, onkologicznych, geriatrycznych, bariatrycznych, pediatrycznych, sportowych, holistycznych (w tym akurat przypadku mam wątpliwości, co miała na myśli osoba określająca siebie w ten sposób) i tak dalej.

    Również psychodietetyk to tylko określenie specjalizacji. Nie istnieje taki „oddzielny” zawód jak psychodietetyk. Najczęstsze wątpliwości w tym temacie wyjaśniłam w artykule dla przychodni NZOZ Twoje Zdrowie.

    Jak wybrać specjalistę?

    Powtarzam to bardzo często i powtórzę raz jeszcze: szukając dietetyka dla siebie koniecznie upewnij się co do wykształcenia danej osoby. Uważaj na dietetyków po kursach, a jeżeli dietetyk ukończył coś co się nazywa akademią/szkołą/instytutem jakiśtam i pierwszy raz o czymś takim słyszysz, to sprawdź w internecie, co to jest. Kilkunastogodzinne kursy dietetyki oferują firmy o nazwach sugerujących uczelnie wyższe i nawet poświadczone certyfikatem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który to certyfikat nawet potrafi wyglądem przypominać dyplom ukończenia studiów.

    Podsumowując, nazwa „dietetyk kliniczny” to wskazówka, czym dana osoba się zajmuje. W tym wypadku pracą z osobami chorymi. Zakres dietetyki klinicznej jest bardzo rozległy i widzę, że coraz częściej specjaliści bardziej precyzują swój obszar pracy używając określeń: diabetologiczny, endokrynologiczny, onkologiczny, nefrologiczny, metaboliczny, kardiologiczny itd.

    Przy czym wcale to nie znaczy, że ktoś mianujący się „tylko” dietetykiem, jest gorszy. Nie ma obowiązku używania tych bardziej precyzyjnych określeń. Jedynym oficjalnym zawodem jest po prostu dietetyk, a cała reszta to określenia całkowicie nieoficjalne, aczkolwiek coraz bardziej popularne. Czy to dobrze? Z jednej strony ma to pomóc potencjalnym pacjentom/klientom w znalezieniu odpowiedniego specjalisty, a z drugiej – wywołuje wątpliwości i może być opacznie zrozumiane.


    Grafiki na licencji CC0, pch.vector, Freepik na freepik.com

    pelnoziarniste-chaczapuri-ze-szpinakiem-1

    Pełnoziarniste chaczapuri ze szpinakiem

    Dzisiaj zaklinam wiosnę mocno zielonym przepisem, żeby rozgościła się u nas na dobre. Wrzuciłam wczoraj jedno zdjęcie na swoje media społecznościowe i zgadliście perfekcyjnie, co to jest ?. Dokładnie tak! Pełnoziarniste chaczapuri ze szpinakiem i fetą! Zresztą kształt tego wypieku jest tak charakterystyczny, że każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z chaczapuri, nie pomyli go z niczym innym.

    Dla reszty, która widzi tę dziwną nazwę na oczy po raz pierwszy w życiu, śpieszę z krótkim wyjaśnieniem: jest to tradycyjne gruzińskie danie z ciasta drożdżowego najczęściej w charakterystycznym kształcie przypominającym łódkę i różnymi farszami. Bardzo często używanym składnikiem są wszelkiego rodzaju sery, niekiedy w nadzieniu robi się zagłębienie i wbija w nie jajko. Powiedzmy sobie szczerze, że potrawa składająca się z ciasta drożdżowego i farszu daje ogromne pole do popisu i kombinowania na dziesiątki sposobów.

    Przygotowując ten przepis nie kierowałam się żadnymi tradycyjnymi recepturami, ot wykorzystałam moje sprawdzone ciasto drożdżowe z mąki pełnoziarnistej plus szpinak z dodatkami. Farszu wychodzi dużo, więc te chaczapuri są baaardzo szpinakowe!

     

     

    Składniki:

    na 4 porcje

    • ciasto dokładnie jak w przepisie na pełnoziarnistą pizzę – takie same ilości składników
    • 2 opakowania mrożonego szpinaku (900 g)
    • 6 ząbków czosnku – ja lubię duuuużo! ???
    • 1 łyżka oleju rzepakowego (10 g)
    • 1 kulka mozzarelli light (125 g)
    • ½ opakowania sera typu feta półtłustego (135 g)

     

    Wykonanie:

    1. Czosnek drobno posiekać lub przecisnąć przez praskę. Na patelni rozgrzać olej, wrzucić czosnek i podsmażyć do lekkiego zrumienienia (bardzo ważne jest, żeby nie przypalić czosnku!).
    2. Dodać zamrożony szpinak, przykryć patelnię i czekać aż się rozmrozi, mieszając od czasu do czasu. Następnie odkryć pokrywkę i dokładnie (!) odparować – farsz nie może być zbyt mokry. Wystudzić.
    3. Gdy szpinak będzie stygł, polecam zrobić ciasto – wykonanie, tak samo jak składniki, jest w przepisie na pełnoziarnistą pizzę. Zostawić do wyrośnięcia.
    4. Do wystudzonego szpinaku dodać startą na dużych oczkach tarki mozzarellę i pokrojoną na kawałki fetę. Dokładnie wymieszać. Można doprawić wedle gustu; ja już niczego więcej nie dodawałam.
    5. Wyrośnięte ciasto podzielić na 4 części. Dłońmi delikatnie posmarowanymi olejem formować okrągły placek, nakładać farsz zostawiając wolne brzegi. Zrolować ciasto po bokach tworząc „burty” i dokładnie zlepiać ze sobą tworząc te charakterystyczne spiczaste końce.
    6. Zostawić do wyrośnięcia na około 20 minut.
    7. W międzyczasie nagrzać piekarnik do 200°C. Chaczapuri włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec około 20 minut.

     

     

    1 porcja dostarcza:

    swiateczna-goraczka

    Świąteczna gorączka

    Przed świętami: Najlepsze przepisy na święta! Wypróbuj je wszystkie!

    Po świętach: Jak schudnąć po świętach?

     

    Przed świętami: 7654360953 pomysłów na świąteczne prezenty!

    Po świętach: Co zrobić z nietrafionymi prezentami?

     

    Przed świętami: Nie rusz, to na święta!

    Po świętach: Jedz, jedz, bo się zmarnuje!

     

    Wigilia już w piątek, więc świąteczna paranoja osiąga apogeum. Niektórzy jedzenie zaczęli szykować już w zeszłym tygodniu, bożonarodzeniowe akcenty atakują ze sklepowych półek zaraz po tym, jak zniknęły z nich znicze, świąteczne piosenki i reklamy w tv wwiercają się w mózg od początku grudnia, a słowo „prezenty” odmienione przez wszystkie przypadki pojawia się tak często, że mogłoby robić za spójniki…

     

    Nie mam na celu nikogo krytykować – bo są osoby, którym święta razem z całą ich otoczką sprawiają autentyczną radość – tylko podzielić się swoimi przemyśleniami i może zainspirować do refleksji.

     

    Stopień, w jakim te święta zostały skomercjalizowane i to, jak nakręca się przy ich okazji konsumpcjonizm, są według mnie chore. Na pierwszy plan wysuwa się kupowanie prezentów i robienie kosmicznej ilości jedzenia. Kupuj! Więcej! Lepiej! Drożej! Jakie skarpetki pod choinkę!? Kup smartfona! Luksusowe perfumy! Smart zegarek! I tak dalej. Sprzątaj! Wypucuj cały dom! Gotuj! Piecz! Więcej! Za mało! Jeszcze to! Jeszcze tamto!

     

    Większa choinka! Więcej lampek! Więcej bombek! Jeszcze 2 łańcuchy! I gwiazda na czubku! Co taka mała? Daj większą! Lepszą! Nową, ta jest z zeszłego roku!

     

    Naharuj się! Zasuwaj więcej! Przecież goście przyjdą! Więcej jedzenia! Więcej prezentów! Więcej dekoracji! (patrz, ile ma sąsiad!) Zarżnij się tą robotą, bo przecież to święta!

     

    Nie, koniec, stop!

    • To tylko dwa dni + kolacja wigilijna – czy naprawdę trzeba robić jedzenia jak dla pułku wojska?
    • Czy naprawdę trzeba gotować, piec, smażyć i pichcić przez 2 tygodnie przed świętami?
    • Czy naprawdę potrzeba tyle jedzenia w czasach, gdy na co dzień jedzenia mamy w bród?
    • Czy naprawdę stół musi się uginać pod talerzami, półmiskami, wazami?
    • Czy naprawdę prezenty muszą wylewać się spod choinki?
    • Czy naprawdę trzeba godzinami szukać upominków biegając w tę i we w tę po zatłoczonym centrum handlowym?
    • Czy naprawdę trzeba stać w kilometrowych kolejkach do kas?
    • Czy naprawdę trzeba wypucować calusieńkie mieszkanie na błysk?
    • Czy naprawdę trzeba zmieść każdą drobinkę kurzu?
    • Czy naprawdę trzeba się zażynać robotą przez dwa tygodnie a potem paść bez siły?
    • Czy naprawdę po raz pierdyliardowy trzeba obejrzeć „Kevina”? (szczerze, kompletnie nie rozumiem tej „tradycji”; ale jeżeli ktoś lubi, to proszę bardzo)

     

    Czy po to są święta? Czy najważniejsze są wymyślne prezenty, niebotycznie wystrojona choinka i góry jedzenia?

     

    Mam do Ciebie pytanie: Gdybyś wyrzucił z głowy wszystkie „ale taka jest tradycja”, „zawsze tak było”, „tak wypada”, „tak należy” i zastanowił się, czego TY CHCESZ od świąt? Co w świętach jest dla Ciebie ważne?

     

    Odpoczynek? Spokój? Spotkania z rodziną? Rozmowa z przyjaciółmi? Przyjemnie spędzony czas? Chwila zapomnienia o codziennych obowiązkach, pracy? Czas, żeby się zatrzymać w pędzie codziennego życia? Ludzie czy przedmioty? Relaks czy świąteczna harówka? Bycie razem czy jedzenie?

     

    A teraz mam do Ciebie kolejne pytanie: Czy dobrze się czujesz z tym, jak spędzasz święta? Czy może padasz przed Wigilią z przepracowania? Nogi się pod Tobą uginają na myśl o lepieniu 500 pierogów? Szukanie prezentów jest katorgą?

    Jeżeli czujesz jakiś dyskomfort w związku ze świętami, to zastanów się nad tym. Twój organizm daje Ci w ten sposób znać, że coś jest nie tak. Że postępujesz wbrew sobie. Że wizja tego, jak Ty byś chciał, żeby wyglądały święta, rozmija się ze stanem faktycznym.

     

    Ja osobiście mam dosyć takich skomercjalizowanych na maksa świąt i nakręcania konsumpcjonizmu do granic. Nie oglądam telewizji i nie słucham radia, bo od świątecznych reklam, last kristmasów, santa klałsów, dżingl belsów i całej reszty dostałabym świra (oj, chyba mam niski poziom tolerancji świątecznych piosenek…). Centrów handlowych w okresie świątecznym unikam jak ognia.

    Mam wrażenie, że obecnie przy świątecznym stole ludzie są tylko dodatkiem do jedzenia. Świąteczne potrawy są ważniejsze niż rodzina, z którą widzimy się czasami tylko ten jeden raz w roku. Bardziej istotne jest to, co kupimy innym i sami dostaniemy pod choinkę niż bycie razem.

    W zeszłym roku udało mi się wreszcie namówić najbliższą rodzinę, żebyśmy nie dawali sobie prezentów pod choinkę. Bo tak serio – po co? Jak nam czegoś potrzeba, to się kupuje i tyle. I wiesz co? To była dla wszystkich ogromna ulga! Będziemy tę „nową tradycję” kontynuować, bo jest to zwyczajnie fajne. Oczywiście, jak w rodzinie są małe dzieci, to coś takiego raczej nie przejdzie. Ale może się umówić, żeby kupić coś tylko dzieciakom? Chyba, że Ty i Twoja rodzina autentycznie to lubicie – to oczywiście przy tym zostańcie. Ja chcę pokazać, że można inaczej. Że można się sprzeciwić tradycjom, które tylko nas męczą.

    A jeżeli boisz się wyjść przed szereg (ta rada sprawdzi się zawsze, kiedy obawiasz się coś zaproponować czy o coś poprosić) odpowiedz sobie szczerze: co najgorszego może się wydarzyć? No, w najgorszym wypadku się nie zgodzą. Czyli zostanie po staremu. Widzisz? – niczego nie ryzykujesz, niczego nie stracisz! Możesz natomiast zyskać, jeżeli się zgodzą.

     

    To jak chcesz spędzać święta? Ja chcę odpocząć, spędzić czas z rodziną, a zamiast kupować prezenty wspieram organizacje charytatywne.

     

    Zdjęcia i grafiki na licencji CCO, pixabay.com i unsplash.com

    kapusniak-z-soczewica-i-wedzonym-tofu-1

    Kapuśniak z soczewicą i wędzonym tofu

    Popularne powiedzenie mówi, że potrzeba jest matką wynalazków. W tym przypadku potrzebą była litość wobec zalegającego w lodówce kawałka kapusty, a „wynalazkiem” – kapuśniak z soczewicą i wędzonym tofu. Dumałam, co by tu zrobić, do mojej głowy uparcie dobijała się myśl z gołąbkami bez zawijania w roli głównej, ale zwyciężyło… lenistwo. Przyznaję, że już od dosyć długiego czasu nie mam weny na gotowanie, a eksperymentowanie w kuchni przestało sprawiać mi przyjemność… Myślę, że mi to w końcu przejdzie, ale póki co zgodnie z zasadą „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” wymyślam przepisy na dania, przy których nie trzeba się narobić. A czy może być coś, co lepiej spełnia te kryteria niż pożywny jednogarnkowiec?

     

     

    Składniki:

    na około 4 porcje

    • ⅓ główki kapusty (ok. 800 g)
    • 3 marchewki (250 g)
    • 1 szklanka czerwonej soczewicy (200 g)
    • 1 kostka wędzonego tofu (180 g)
    • 1 pęczek koperku
    • 1 puszka krojonych pomidorów (400 g) – można użyć też świeżych
    • 1 łyżka koncentratu pomidorowego (25 g)
    • przyprawy:
      • liść laurowy (ok. 3 sztuki albo wedle gustu)
      • ziele angielskie (ok. 5 sztuk albo wedle gustu)
      • sól
      • pieprz
      • opcjonalnie wędzona słodka papryka w proszku
    • nierafinowany olej rzepakowy

     

    Wykonanie:

    1. Soczewicę zalać wrzątkiem i zostawić do napęcznienia.
    2. W tym czasie kapustę posiekać w niezbyt długie paski. Wrzucić do dużego garnka, wlać wodę do mniej więcej ¼ wysokości kapusty i gotować bez przykrycia aż kapusta wyraźnie zmniejszy swoją objętość. Jeżeli kapusta miała gorzkawy posmak, to można tę wodę wylać; ja praktycznie nigdy tego nie robię.
    3. Do garnka z kapustą dodać startą na grubej tarce marchewkę, soczewicę (razem z nadmiarem płynu, jeżeli nie wchłonęła wszystkiego) oraz liście laurowe i ziele angielskie i wymieszać. Dolać tyle wody, żeby prawie przykryła wszystkie składniki. Gotować około 10 minut aż soczewica będzie prawie miękka.
    4. Dolać pomidory wraz z zalewą i gotować kolejne 5-10 minut. W międzyczasie dorzucić pokrojone w drobną kostkę tofu, a gotową zupę wymieszać z koncentratem pomidorowym (można dać mniej lub więcej, zależnie, jakie smaki lubicie), posiekanym koperkiem i doprawić solą, pieprzem oraz opcjonalnie wędzoną słodką papryką.
    5. Przed wylaniem na talerze wymieszać z nierafinowanym olejem rzepakowym (1 łyżka na porcję).

     

     

    1 porcja (naprawdę duża porcja!) dostarcza:

    wysoka-wrazliwosc-1

    Od zawsze czułam się „inna”. Teraz wiem, że to Wysoka Wrażliwość.

    Wysoka Wrażliwość to moje odkrycie roku. Co prawda przez najbliższe 4 miesiące potencjalnie może się jeszcze sporo wydarzyć, ale wątpię, żeby cokolwiek było w stanie przebić zrozumienie samej siebie, które dał mi temat Wysokiej Wrażliwości.

     

    Droga do zrozumienia

    Spotkałam się z tym sformułowaniem po raz pierwszy kilka lat temu. Ot, gdzieś tam mignęło mi to pojęcie. Osoba Wysoko Wrażliwa. Przed oczami stanął mi obraz ubranej w zwiewną sukienkę dziewczyny wypłakującej oczy podczas oglądania romansideł. Pomyślałam sobie, że fakt, w sumie jestem dosyć wrażliwą osobą, ale bez przesady. Wrażliwa – owszem, ale żeby wysoko wrażliwa? Z moim zamiłowaniem do dosyć brutalnych książek i ciężkiej muzyki – phi, gdzieee, tam. I tak oto durne stereotypowe myślenie, które nie wiem, skąd wzięło się w mojej głowie, pozbawiło mnie szansy na ważne życiowe odkrycie.

    Niedawno jednak, przez zupełny przypadek, wpadła mi w ręce (no dobra, nie wpadła, sama ją wzięłam spontanicznie przechadzając się między empikowymi półkami) książka „Kobiety, które czują za bardzo”. Przeczytałam kilka pierwszych zdań zamieszczonych na tylnej okładce: „Czujesz się przytłoczona własnymi emocjami? Bardzo łatwo cię zranić? Fatalnie radzisz sobie w tłumie ludzi? Masz wrażenie, że nie pasujesz do współczesnej rzeczywistości? Nadmiernie przejmujesz się krytyką i zdaniem innych? Czasami chciałabyś po prostu schować się przed całym światem?”

    Tak. Tak! Taak! TAAK! OJ TAK!! TAAAAAAK!!!!

    I w ten mniej więcej sposób odkryłam, że jestem Wysoko Wrażliwą Osobą (WWO). I wierzcie mi, to było dosłownie jak objawienie. Jakbym doznała nagłego olśnienia. Spłynęło na mnie Zrozumienie. Że nie jestem „zepsuta”. Że nie jestem nienormalna. Że to „coś, co jest ze mną nie tak” ma swoją nazwę. Że to zostało opisane. Że nie jestem jedyna! Że należę do grupy 15-20% osób, które są Wysoko Wrażliwe. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego inni mnie… nie rozumieją.

     

    Wysoko Wrażliwa Osoba – czyli jaka?

    Widzę, ile dała mi świadomość na temat wysokiej wrażliwości, dlatego czuje się wręcz w obowiązku szerzenia tej wiedzy dalej. Może wśród Was znajdą się osoby, które po przeczytaniu tego tekstu odkryją, że są (albo mogą być) wysoko wrażliwe? A może macie w swoim otoczeniu WWO, które nie są świadome tej cechy? Albo chcecie lepiej zrozumieć osoby wysoko wrażliwe ze swojego otoczenia? Wyjaśnijmy sobie zatem pokrótce czym jest wysoka wrażliwość.

    Jest to cecha wrodzona, uwarunkowana genetycznie, występuje tak samo często wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn – chociaż niestety u mężczyzn jest społecznie postrzegana jako coś niepożądanego. Nie jest to cecha „zarezerwowana” dla ludzi – wśród zwierząt również 15-20% charakteryzuje się wysoką wrażliwością! Zatem Wasi puchaci pupile też mogą być wysoko wrażliwi.

    Wysoka wrażliwość odnosi się do innego działania układu nerwowego – jest on bardziej czuły na bodźce, pobudzają go delikatniejsze sygnały. Stąd WWO zwracają uwagę na szczegóły, których reszta nie zauważa, mają tendencję do dokładnego i dogłębnego analizowania, czują przesyt bodźcami przy dużo mniejszej ich liczbie, potrzebują pobyć w spokoju i samotności.

     

     

    Nie oznacza to jednak, że osoby wysoko wrażliwe są tym samym słabe, płaczliwe, rozhisteryzowane, nie radzą sobie totalnie w życiu i są nieprzystosowane do życia w społeczeństwie! A tak trochę się ta „wrażliwość” może kojarzyć. Poza tym wysoka wrażliwość to nie to samo co nieśmiałość czy introwertyzm – aczkolwiek około 70% WWO to introwertycy.

    We wspomnianej przeze mnie książce postawione jest pytanie, czy wysoka wrażliwość jest darem czy przekleństwem. Odpowiem jak na lubiącą dogłębnie analizować WWO przystało – i tym, i tym. Wysoka wrażliwość niesie ze sobą wiele zalet, ale też wiąże się z różnymi trudnościami i specyficznymi potrzebami WWO.

     

    Wysoka wrażliwość jako atut

    Osoby wysoko wrażliwe:

    • charakteryzują się wysokim poziomem empatii, co przydaje się w kontaktach z ludźmi, pomaga w pracy psychologa, psychoterapeuty, pielęgniarki itp. w tym również w pracy dietetyka i psychodietetyka;
    • zwracają uwagę na szczegóły, więc są dokładne, sumienne; dogłębnie analizują, co również jest atutem w pracy na stanowisku lekarza, w badaniach naukowych, zawodach, gdzie przydatne jest łączenie faktów, szukanie powiązań itp.; w mojej pracy jako dietetyka pomaga mi w całościowym spojrzeniu na pacjenta;
    • często mają zdolności artystyczne; są kreatywne, twórcze, poszukują nieszablonowych rozwiązań;
    • mają dobrą intuicję; wyczulenie na subtelne bodźce, skłonność do dogłębnego i analitycznego myślenia, zdolność do skupienia się na zewnętrznych i wewnętrznych sygnałach sprawiają, że WWO wykształcają w sobie intuicję, na której z powodzeniem można polegać;
    • są wierne – zarówno wierne swoim zasadom i ideom, jak i wierne innym ludziom; zazwyczaj mają niewielki krąg przyjaciół, ale te relacje są bardzo silne, oparte na wzajemnym zaufaniu; WWO są też świetnymi parterami, żonami, mężami oraz kochającymi i troskliwymi rodzicami;

     

    Wysoka wrażliwość jako utrapienie

    Bycie WWO potrafi też „dać w kość” i predysponuje niestety do poważnych problemów:

    • wysoki poziom empatii wiąże się też z przejmowaniem emocji innych osób, braniem do siebie ich problemów, co może szybko prowadzić do emocjonalnego przeciążenia, wypalenia zawodowego oraz jeszcze bardziej poważnych problemów psychicznych; WWO potrafią bardzo mocno przeżywać np. bieżące wiadomości z kraju i zagranicy, przeczytane historie innych ludzi, filmy oparte na faktach, pobyt w szpitalu, hospicjum itp.;
    • WWO gorzej radzą sobie ze stresem, są bardziej narażone na uzależnienia, stany lękowe, depresję, zaburzenia odżywiania czy występowanie objawów psychosomatycznych;
    • WWO zmagają się często z niskim poczuciem własnej wartości; są podatne na opinie innych – potrzebują docenienia i dobrego słowa, a jednocześnie są nieodporne na krytykę; bardzo mocno biorą do siebie każdy negatywny komentarz odnośnie siebie, bez względu na to, jak bardzo jest nieuzasadniony czy wręcz absurdalny; wszelkie słowa pod swoim adresem traktują jako „prawdę o sobie” a nie czyjąś opinię, z którą wcale nie trzeba się zgadzać;
    • dogłębne analizowanie i przywiązanie do szczegółów potrafi doprowadzić do szału zarówno WWO, jak i otoczenie; osoby wysoko wrażliwe mają w związku z tym często problem z podejmowaniem decyzji, nie lubią działać spontanicznie, potrafią spędzić mnóstwo czasu dopieszczając detale, na które nikt nie zwróci uwagi (ale i tak musi być zrobione na tip-top!), zamartwiając się „pierdołami” czy zastanawiając się przez godzinę, jak napisać 2 zdania w mailu, żeby ktoś przypadkiem nie poczuł się urażony (seeerio!);
    • wiele WWO czuje wewnętrzną potrzebę pomagania innym – stąd często wybierają zawody związane z niesieniem pomocy – ale jednocześnie mają tendencję do stawiania potrzeb innych ponad własne, mają problem z wyznaczaniem granic i chronieniem siebie; niestety dają się też łatwo wykorzystywać;
    • osoby wysoko wrażliwe są jak czuła antena, które zbiera wszystkie bodźce z otoczenia zewnętrznego, jak i wewnętrzne; dlatego łatwo ulegają przeciążeniu nadmiarem bodźców (przestymulowaniu), potrzebują pobyć w samotności (koniecznie!), żeby odciąć się od nadmiernej stymulacji i wrócić do wewnętrznej równowagi;

     

    Będąc WWO warto poznać swoje atuty, jak też być świadomym „zagrożeń”, które wiążą się z tą cechą po to, żeby lepiej zadbać o swoje potrzeby, wyznaczyć granice i lepiej chronić siebie.

     

     

    Oczywiście w tym wpisie tylko liznęłam temat, starając się przedstawić Wam najważniejsze elementy. Zresztą nie jestem właściwą osobą, żeby przestawiać szczegóły, bo to zwyczajnie „nie moja działka”. Natomiast spokojnie mogę polecić te dwie książki, których zdjęcia zamieściłam, czyli:

    • „Kobiety, które czują za bardzo” Katarzyna Kucewicz, wydawnictwo Rebis – szczególnie pisałam o tej książce, bo ją przeczytałam jako pierwszą, więc siłą rzeczy wywarła na mnie dużo większe (bo pierwsze) wrażenie; jest napisana bardzo przystępnie, a autorka odnosi się do polskich – więc dużo nam bliższych – realiów.
    • „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza” Elaine N. Aron, wydawnictwo Feeria – autorka jest amerykańską psycholożką i psychoterapeutką, pionierką badań na ten temat; to ona opracowała termin Wysoko Wrażliwej Osoby; bez przesady można ją uznać za największy światowy autorytet w tej kwestii.

     

    Ciekawa jestem, czy są wśród Was WWO?

    Może komuś podczas czytania przyszło do głowy „To o mnie!”

    A może zgłębiliście już ten temat i macie jakieś godne polecenia książki?

     

    Piszcie śmiało w komentarzach!

     


    Zdjęcie w nagłówku na licencji CC0, Unsplash.com.

    duszone-kotlety-sojowe-z-wędzona-papryka-1

    Duszone kotlety sojowe z wędzoną papryką

    Zanim zabrałam się za pisanie dla Was tego przepisu na duszone kotlety sojowe z wędzoną papryką wypróbowałam kilka wersji z różnymi przyprawami, żeby zdecydować, która jest najlepsza. I co się okazało? Otóż znowu wygrała zasada „im mniej tym lepiej” ?.

    To danie jest bardzo proste i szybkie do zrobienia i sądzę, że mięsożercy nieświadomi, co jedzą, nie zorientują się, że nie ma tu ani grama mięsa. Jak już wielokrotnie pisałam (i myślę, że udowodniłam poprzednimi przepisami) gotować lubię, ale jak tylko się da, to szukam najłatwiejszych rozwiązań. Dlatego nie chce mi się bawić w namaczanie kotletów sojowych w bulionie, tylko zalewam je wrzątkiem, żeby zmiękły. Potem i tak duszą się z pozostałymi składnikami, więc nabierają smaku. A czym je doprawić? Ano, znowu lenistwo górą – sos sojowy, trochę koncentratu pomidorowego i wędzona papryka. Oczywiście możecie się pobawić z innymi przyprawami, ale ja zaczęłam właśnie od wersji z dużą ilością aromatycznych dodatków tylko po to, żeby finalnie się ich pozbyć.

    Polecam Wam te kotlety sojowe z wędzoną papryką – są delikatne w smaku, dlatego skomponowałam je z ryżem basmati.

     

     

    Składniki:

    na 3-4 porcje

    • 1 opakowanie kotletów sojowych (100 g) – takich najzwyklejszych, bez żadnych przypraw
    • 2 średnie cebule (200 g)
    • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)
    • 1 łyżka koncentratu pomidorowego (25 g)
    • 3 łyżki sosu sojowego (30 g)
    • 1 płaska łyżka mielonej słodkiej wędzonej papryki
    • pieprz

     

    Wykonanie:

    1. Kotlety zalać wrzątkiem i zostawić na około 10 minut – mają zmięknąć tylko tyle, żeby dały się pokroić. Odcedzić (można zachować ½ szklanki wody) i zostawić, żeby przestygły.
    2. Cebule obrać i pokroić w piórka. Na patelni rozgrzać olej, wrzucić cebulę i zrumienić na niezbyt dużym ogniu – przyznaję, że bardzo rzadko coś smażę w taki klasyczny sposób, ale tutaj przyrumieniona cebula nadaje smaku ?.
    3. W międzyczasie kotlety pokroić na mniejsze kawałki / paski – jak kto lubi. Dorzucić do cebuli, dolać ostrożnie wodę, dodać sos sojowy i koncentrat pomidorowy. Dokładnie wymieszać składniki i dusić pod przykryciem około 10 minut, żeby kotlety zmiękły już całkowicie i przeszły smakiem pozostałych składników.
    4. Na koniec doprawić wędzoną papryką i pieprzem. Podawać z ryżem / kaszą / ziemniakami i warzywami – u mnie ryż basmati i surówka a’la coleslaw (kapusta pekińska, marchewka, natka pietruszki, jogurt naturalny i majonez).

     

     

    Przy podziale na 4 porcje, 1 porcja dostarcza:

    pestofu-z-ryzem-i-warzywami-1

    Pestofu z ryżem i warzywami

    W związku z kolejną falą upałów mam dla Was przepis na danie, które dobrze się sprawdza w taką pogodę, czyli pestofu z ryżem i warzywami. Owo „pestofu” to moja radosna słowotwórczość własna, więc nie dziwcie się, że o czymś takim nie słyszeliście ?. Jest to po prostu tofu wymieszane z pesto. Na taki pomysł wpadłam jakoś całkiem spontanicznie i okazało się to być bardzo fajnym połączeniem – bazyliowy sos skutecznie nadaje orzeźwiającego ziołowego smaku nijakiemu tofu.

    Jest to dobra potrawa na upały, bo część składników jest na zimno. Poza tym aktualna temperatura nie zachęca do długiego przebywania w kuchni, a taki obiad jest bardzo szybki do zrobienia i wymaga tak naprawdę minimalnych nakładów pracy. Czyli znowu kulinarna prostota i minimalizm górą!

    Oczywiście możecie wykorzystać pomysł na pesto z tofu i dowolnie pokombinować ze składnikami – a to użyć pesto z innych składników niż najbardziej tradycyjnej bazylii, wykorzystać inne warzywa, a ryż zamienić na kaszę, makaron albo na co tam macie ochotę

     

     

    Składniki:

    • tofu naturalne
    • pesto domowe lub kupne
    • ryż (u mnie czerwony) – dobrze będzie pasować też makaron
    • cukinia
    • pomidorki koktajlowe

     

    Wykonanie:

    1. Poprzedniego dnia (ważne!) tofu pokroić w drobną kostkę, wymieszać z pesto i włożyć do lodówki, żeby „nasiąkło smakiem” – na 1 kostkę tofu polecam użyć 2-3 płaskie łyżki pesto.
    2. Ryż ugotować zgodnie z czasem podanym na opakowaniu (ja nie solę, bo pesto jest dla mnie wystarczająco słone).
    3. Cukinię pokroić w kostkę i poddusić na patelni z niewielką ilością wody, że lekko zmiękła. Początkowo dusić pod przykryciem, potem zdjąć pokrywkę i odparować nadmiar wody. Wymieszać cukinię z ugotowanym ryżem.
    4. Na talerze wykładać ryż z cukinią, na po porozkładać pestofu i pokrojone na połówki pomidorki.

     

    tofucznica-ze-szparagami-1

    Tofucznica ze szparagami

    Sezon na szparagi się kończy, więc śpieszę do Was z przepisem na tofucznicę ze szparagami, bo inaczej mnie zima zastanie z tym przepisem jeszcze nieopublikowanym ?.

    A że sezon na te podłużne warzywa jest krótki, to trzeba korzystać i najeść się na kolejne miesiące. Dzisiejszy przepis to kolejna odsłona tofucznicy, czyli „zweganizowanej” jajecznicy. Oczywiście możecie zainspirować się tym przepisem i zrobić bardziej klasyczną wersję, z jajkami. Ja chyba nie pokuszę się o publikowanie przepisu na jajecznicę na blogu, bo lubię tylko porządnie ściętą – jajka w formie półpłynnej to nie moja „bajka”. I wtedy wyszłoby na jaw, że czegoś tak banalnego jak jajecznica nie umiem ugotować. Bo znawcy tematu jakby zobaczyli te moje ścięte na wiór jajka, to by mnie zlinczowali za ową profanację ?.

    Zostaję zatem w bezpiecznych rejonach i prezentuję Wam pomysł na tofucznicę ze szparagami.

     

     

    Składniki:

    na 2 porcje

    • 1 kostka tofu naturalnego (180 g)
    • ⅓ – ½ pęczka szparagów (200-300 g; ja dałam ½ pęczka)
    • ½ łyżeczki kurkumy
    • ⅓ – ½ łyżeczki czarnej soli Kala Namak
    • 2 łyżki płatków drożdżowych
    • świeżo mielony pieprz
    • 1 łyżka oleju rzepakowego nierafinowanego (10 g)

     

    Wykonanie:

    1. Tofu pokruszyć w palcach lub rozgnieść widelcem i wymieszać z kurkumą, solą i 2-3 łyżkami wody.
    2. Szparagi umyć i odłamać zdrewniałe końce. Odłamane końcówki obrać z łykowatej skórki (przy starszych szparagach to niestety nie pomaga, ale jeżeli tylko da się coś jeszcze wykorzystać, to ja tak robię).
    3. Odciąć główki szparagów, resztę pokroić na kilkucentymetrowe kawałki. Wrzucić na patelnię (główki na razie zostawić!), wlać odrobinę wody i dusić pod przykryciem 3-5 minut zależnie od grubości szparagów.
    4. Dodać tofu, pozostawione główki szparagów, wymieszać i dusić bez przykrycia kolejne 2-3 minuty tak, żeby nadmiar wody odparował, ale nie przypalić. Mieszać od czasu do czasu.
    5. Gotową tofucznicę wymieszać z płatkami drożdżowymi, olejem i świeżo mielonym pieprzem. Nałożyć na talerze i zjeść w towarzystwie większej ilości warzyw (ja jestem zdania, że śniadanie bez pomidorów, to nie śniadanie, a Wy? ?) i dobrej jakości chleba.

     

     

    1 porcja dostarcza: