podsumowanie-roku-2019-1

Podsumowanie roku 2019

Sylwester. Idealny czas, żeby przelecieć myślami kolejne miesiące mijającego roku i zastanowić się nad tym, co przyniósł rok 2019. Przypomnieć sobie sukcesy i wyciągnąć konstruktywne wnioski z popełnionych błędów. Pomyśleć, jak to zrobić, żeby kolejny rok był lepszy.

To był dla mnie ciężki rok, ale i rok przełomowy w kilku kwestiach. Zapraszam Was do przeczytania mojego prywatnego podsumowania mijających miesięcy.

 

Startup – pisząc o przełomowych rzeczach mam w głowie przede wszystkim rozpoczęcie działania na własną rękę na zasadzie startup’u. Ruszyłam z kopyta z indywidualnymi konsultacjami dietetycznymi prowadzonymi pod własnym „szyldem”. Ta praca jest bardzo wymagająca, ale daje też ogromną satysfakcję. W pracy z każdym z osobna lubię to, że każdy z nas jest inny, ma inne problemy, inne potrzeby, inną historię. Nie ma dwóch takich samych przypadków. Taka praca jest fascynująca i rozwijająca, pełna nowych wyzwań. Nie lubię monotonii, nie wyobrażam sobie siebie pracującej przy taśmie w fabryce, robiącej w koło Macieju to samo, dzień w dzień. Brrr… masakra… ? Jednocześnie taka praca, jak wspomniałam, jest bardzo wymagająca. Parafrazując słynny filmowy cytat – taka praca jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz ?. Prowadzenie konsultacji wymaga ode mnie absolutnego skupienia, analitycznego myślenia, łączenia faktów. Mózg pracujący na najwyższych obrotach przez kilka godzin bez przerwy sprawia, że wracam nieraz do domu całkiem wykończona. Ale jednocześnie usatysfakcjonowana, kiedy wiem, że przekazałam komuś mnóstwo wiedzy, cenne wskazówki, wyjaśniłam jego wątpliwości, dając mu porządne podstawy merytoryczne do zaczęcia działania we własnym zakresie.

Psychodietetyka – w czerwcu skończyłam swoje wymarzone studia podyplomowe z psychodietetyki na SWPSie w Warszawie. Wiedza psychologiczna bardzo się przydaje w zawodzie dietetyka (i nie tylko). Poza tym zagadnienia psychologiczne zawsze mnie fascynowały, więc chodziłam na te zajęcia z przyjemnością.

 

Fundacja Szczęśliwi Bez Cukru – nadal współpracuję z tą Fundacją, aczkolwiek w mniejszym zakresie niż w poprzednich latach. Ograniczyłam się właściwie do koordynowania projektu warsztatów w szkołach dofinansowanego przez Urząd Miasta. Przeprowadziłam również warsztaty dla prawie 500 dzieci, niejednokrotnie z nieocenioną pomocą naszych wolontariuszek ?.

 

Fundacja Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie – oj, tu to się działo! Z Fundacją udało mi się zrobić mnóstwo rzeczy. To z czego szczególnie jestem dumna, to warsztaty dla pacjentów w Warszawie. Razem z Asią Jaworską – moją fundacyjną drugą połówką, z którą idealnie się dopełniamy – udało nam się zorganizować i przeprowadzić 3 autorskie warsztaty dla pacjentów z insulinoopornością: warsztaty o diecie i aktywności fizycznej oraz warsztaty psychodietetyczno-coachingowe. Pozwoliłam sobie napisać, że napawa mnie to dumą – ależ to nieskromne! ;P – bo właściwie wszystko od A do Z zrobiłyśmy same: od opracowania warsztatów merytorycznie po sprawy organizacyjne. I chociaż przed warsztatami nie mogę spać ze stresu, a po warsztatach padam na twarz ze zmęczenia, to satysfakcja jest przeogromna! Poza tym wspólnie z innymi osobami z Fundacji stworzyliśmy sporo materiałów dla pacjentów, ebooki, konferencję i szkolenia dla specjalistów. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tak najróżniejszych projektach, zdobyć tyle unikatowych doświadczeń i poznać mnóstwo wspaniałych ludzi!

 

Blog – blog ostatnio leży i kwiczy, bo przy nawale najróżniejszych obowiązków zwyczajnie nie starcza mi na niego czasu. Staram się mimo wszystko od czasu do czasu coś wrzucić oraz zachęcam do korzystania ze starszych wpisów (wiecie, że w sumie jest już ich ponad 300??).

 

W przyszłym roku chciałabym popracować nad lepszą organizacją czasu i wyznaczaniem sobie priorytetów, bo praca 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu dała mi ostro popalić. Muszę znaleźć swój work-life balance. Chcę popracować nad swoimi przekonaniami – że robienie czegoś dla siebie to nie jest wcale egoizm, a poświęcanie czasu na przyjemności to nie lenistwo i nieróbstwo. Wiem, że wiele osób doświadcza tego samego, więc Wam też życzę zmiany swojego sposobu myślenia ?.

 

W tym roku też przekonałam się, jak wiele mam wokół siebie wspaniałych, życzliwych i wspierających mnie osób. Dziękuję Wam za to serdecznie! ?❤️ Dziękuję Wam, że jesteście ze mną i życzę Wam, żeby rok 2020 był pełen sukcesów, radosnych chwil. Żebyście spotykali się z życzliwością, empatią i wyrozumiałością. Bo dobro to jedna z nielicznych rzeczy, które się mnożą, kiedy się nim dzielimy ?. I siebie samych też tym obdarzajcie, dawajcie sobie czas na odpoczynek, na zatrzymanie się w tym pędzie współczesnego życia.

 

Do siego roku! ?

szpinakowe-nalesniki-z-dynia-i-wedzonym-tofu-1

Szpinakowe naleśniki z dynią i wędzonym tofu

Nie wiem jak Wy, ale ja sezonu na dynię jeszcze nie skończyłam ?. Dlatego dzisiaj podrzucam Wam przepis na zielono-pomarańczowe danie – szpinakowe naleśniki z dynią i wędzonym tofu. Przyznaję, że wymyślając tę potrawę dałam się ponieść kulinarnej fantazji, dlatego znajdziecie tutaj raczej nietypowe połączenia smaków i składników.

Mamy więc pełnoziarniste naleśniki z dodatkiem szpinaku do ciasta oraz nadzienie, które łączy w sobie delikatność dyni z charakterystycznym smakiem wędzonego tofu*, a także chrupiące kawałki orzechów włoskich. Doprawiłam tę mieszankę sporą ilością czosnku oraz suszoną szałwią. Brzmi intrygująco? Kto się skusi na takie kulinarne szaleństwo? ?

* możecie użyć naturalnego tofu – farsz będzie mniej szalony smakowo, jeżeli nie lubicie takich kombinacji ?

 

 

Naleśniki

Składniki:

na 16 naleśników średnicy ok. 21 cm

  • 300 g mąki pszennej pełnoziarnistej (typ 1850-2000)
  • ½ opakowania mrożonego rozdrobnionego szpinaku (225 g)
  • 1 szklanka mleka / napoju roślinnego (250 g)
  • 1 jajko (50 g)
  • 200 ml wody

 

Wykonanie:

  1. Szpinak rozmrozić i zmiksować z mlekiem. Dodać jajko, mąkę i wymieszać na ciasto (polecam użyć do tego celu miksera). Gdy mamy już gęste ciasto, należy je rozrzedzić do odpowiedniej konsystencji dolewając stopniowo wodę (może się okazać, że potrzeba jej mniej lub więcej niż podałam; zależy ile wody będzie w szpinaku). Gotowe ciasto zostawić na minimum pół godziny.
  2. Patelnię z dobrą, nieprzywierającą powłoką delikatnie posmarować olejem (np. przy pomocy pędzelka czy ręcznika papierowego), rozgrzać, wlać trochę ciasta i rozlać po powierzchni patelni. Smażyć aż ciasto się zetnie, brzegi zaczną lekko odstawać od patelni, a przy potrząśnięciu patelnią naleśnik sam się odklei. Przewrócić na drugą stronę. Nie smażyć zbyt długo, żeby naleśnik nie zrobił się chrupki.
  3. Kolejne naleśniki można smażyć nie używając już tłuszczu, chyba, że kolejne naleśniki zaczną się za bardzo przyklejać do patelni – wtedy delikatnie posmarować patelnię olejem.

 

Farsz

Składniki:

taka ilość farszu starczy na te 16 naleśników

  • 1200 g purée z pieczonej dyni (ja użyłam dyni piżmowej) – to będzie około 1,5 kg surowej
  • 2 kostki wędzonego tofu (360 g)
  • 60 g orzechów włoskich
  • 4 ząbki czosnku (20 g)
  • suszona szałwia
  • 1 łyżeczka oleju rzepakowego (5 g)

 

Wykonanie:

  1. Tofu rozgnieść widelcem, orzechy posiekać, czosnek przecisnąć przez praskę. Czosnek delikatnie podsmażyć na oleju, żeby wydobyć jego aromat.
  2. Dodać purée, tofu i orzechy. Dusić na patelni parę minut często mieszając. Na koniec doprawić suszoną szałwią do smaku.

 

fasolka-po-bretonsku-z-wedzonym-tofu-1

Fasolka po bretońsku z wędzonym tofu

Fasolka po bretońsku to jedno z bardziej znanych dań tradycyjnej kuchni polskiej. Jak na tradycyjną polską kuchnię przystało – danie ciężkie, tłuste, z boczkiem, tłustą kiełbasą. Potrawa ciężkostrawna, siadająca na żołądku, powodująca wzdęcia i gazy. Przyjęło się twierdzić, że to wina… fasoli. No bo fasola taka ciężkostrawna… Ale czy to faktycznie przez fasolę? Ależ skąd! Fakt, że rośliny strączkowe są trudniej trawione przez nasz organizm, ale jeżeli je odpowiednio przyrządzimy możemy naszemu organizmowi pomóc w ich przyswojeniu.vice versa, bo łącząc fasolę z boczkiem i kiełbasą (a może jeszcze smalczyku do tego?) tworzymy istne kowadło dla naszego przewodu pokarmowego ?.

Odżywiając się zdrowo wcale nie trzeba rezygnować ze wszystkich dobrze znanych smaków i potraw. Wiele dań można zmodyfikować, przyrządzić w inny sposób, zamienić jakieś składniki – zrobić zdrowszą wersję zachowując ich pierwotny charakter. Ja posłużyłam się wędzonym tofu w miejsce tłustego mięsiwa. Efekt – fasolka po bretońsku z aromatem wędzonki, w 100% ze składników pochodzenia roślinnego, nieosiadająca ciężarem na żołądku. Smacznego!

 

 

Składniki:

  • ugotowana fasola
  • wędzone tofu
  • cebula
  • czosnek
  • pomidory w puszce
  • koncentrat pomidorowy
  • ziele angielskie
  • liść laurowy
  • olej rzepakowy
  • pieprz
  • sól
  • opcjonalnie: wędzona słodka papryka

 

Wykonanie:

  1. Cebulę pokroić, czosnek przecisnąć przez praskę albo drobno posiekać. Na patelni rozgrzać olej (około 1 łyżka na 1 cebulę i 2 ząbki czosnku), wrzucić cebulę z czosnkiem i zeszklić.
  2. Dodać pomidory z puszki oraz kilka liści laurowych i kuleczek ziela angielskiego. Dusić pod przykryciem, żeby pomidory się rozprażyły, a następnie odkryć i częściowo zredukować nadmiar płynu.
  3. Tofu pokroić w kostkę. Wymieszać fasolę z sosem pomidorowym i tofu i dusić 5-10 minut, żeby składniki trochę przeszły swoim smakiem. Doprawić koncentratem pomidorowym, pieprzem, solą. Można dodać trochę wędzonej papryki.

 

pelnoziarniste-drozdzowki-dyniowo-orzechowo-cynamonowe-8

Pełnoziarniste drożdżówki dyniowo-orzechowo-cynamonowe

Jako, że miałam ostatnio przerwę w publikowaniu wpisów na blogu, to stwierdziłam, że wypada po takiej przerwie wrzucić bardziej ambitny przepis. Co powiecie na pełnoziarniste drożdżówki dyniowo-orzechowo-cynamonowe, hmm? Te ślimaczki są zrobione z ciasta z mąki pełnoziarnistej z dodatkiem purée z dyni Hokkaido oraz nadzienia z orzechów włoskich, cynamonu i… purée z dyni po raz drugi ?.

Drożdżowe ciasto z mąki pełnoziarnistej jest trochę bardziej wymagające niż z białej mąki, wyrasta mniej puchate, ale nie jest niemożliwe do zrobienia 😉 Dodam jeszcze, że nie dość, że jest pełnoziarniste, to jeszcze jest bez cukru – słodzone erytrolem. Możecie trafić na informacje, że drożdże nie rosną na erytrolu, co jest jak najbardziej prawdą. Stąd wiele osób myśli, że nie da się zrobić ciasta drożdżowego z erytrolem – co z kolei prawdą nie jest. Owszem, drożdże nie rosną na erytrolu czyli gdybyśmy zrobili „zaczyn” z drożdży, wody i erytrolu (zamiast tradycyjnie stosowanego w tym celu cukru) to wyjdzie klapa. Drożdże nie urosną, bo nie żywią się erytrolem. Ale możemy zrobić zaczyn dodając mleko (drożdże będą miały papu w formie naturalnego cukru mlecznego – laktozy) i/lub mąki i/lub purée z owoców czy warzyw. Drożdże urosną, a żeby ciasto było słodkie można do niego dodać erytrol. Ot, cała filozofia ?.

Dobra, jedźmy z tym przepisem, kwestię drożdży mam nadzieję wyjaśniłam w miarę klarownie.

 

 

Składniki:

na 24 sztuki

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej graham
  • ½ szklanki purée z dyni Hokkaido (150 g)
  • 20 g świeżych drożdży
  • 100 g erytrolu
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 150 ml mleka / napoju roślinnego

Nadzienie:

  • 80 g orzechów włoskich
  • 3 łyżki erytrolu (30 g)
  • 2 łyżki inuliny (20 g)
  • 1-1,5 łyżki cynamonu
  • 2 kopiaste łyżki purée z dyni Hokkaido (100 g)
  • około ½ szklanki wody

 

Wykonanie:

1. Mleko wymieszać z dyniowym purée, podgrzać do około 40°C (tak, żeby po włożeniu palca było wyraźnie ciepłe, ale nie parzące). Wkruszyć drożdże, rozmieszać i zostawić aż drożdże „ruszą”.

2. Mąkę wymieszać z erytrolem, wlać zaczyn, wymieszać. Dolać olej i zagnieść ciasto. Zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu (można np. miskę z ciastem położyć na naczyniu z ciepłą wodą) – powinno zwiększyć swoją objętość około 1,5-krotnie.

3. Orzechy zmielić, erytrol również zmielić na puder. Wymieszać wszystkie składniki na nadzienie dolewając wody do konsystencji gęstej pasty.

4. Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagnieść i rozwałkować, podsypując stolnicę mąką, na kształt prostokąta o wymiarach około 50 x 30 cm i grubości około 7 mm. (jak widać na zdjęciach ja mam silikonową stolnicę i silikonowy wałek, dzięki czemu ciasto znacznie mniej się przykleja i nie trzeba bardzo obficie podsypywać mąką).

5. Rozwałkowane ciasto zostawić, żeby trochę podrosło.

6. Rozsmarować nadzienie zostawiając na jednym dłuższym brzegu większy margines. Brzeg z tym marginesem posmarować wodą i zwinąć roladę zaczynając od przeciwległego brzegu. Pokroić na plastry grubości 1,5-2 cm (P.S. jeżeli też macie silikonową stolnicę, to pamiętajcie, że nie można na niej kroić ostrym nożem).

7. Pokrojone „ślimaczki” przenieść na blachę do pieczenia (z papierem / matą do pieczenia) i zostawić do wyrośnięcia.

8. Następnie włożyć do nagrzanego do 180°C piekarnika i piec około 10 minut (grzanie góra-dół). Uważajcie, żeby nie spiec ciasta za bardzo, bo drożdżówki wyjdą twarde.

 

 

czekoladowe-muffinki-z-cukinia-1

Czekoladowe muffinki z cukinią

Ponieważ najprostsze rozwiązania są najlepsze, a najprostsze przepisy cieszą się największą popularnością, przybywam do Was z pomysłem na zdrowe domowe słodkości, których wykonanie jest banalne, a smak… hmm, smakują tak jak wyglądają ?. Są to czekoladowe muffinki z cukinią i kawałkami gorzkiej czekolady. Tak – z cukinią! Tym samym cukinia dołącza do warzyw, które wykorzystałam w przepisach na słodkości. A w tych muffinkach jest genialna i stanowi bardzo ważny składnik! Jak się przekonacie czytając listę składników, użyłam jej całkiem sporo. Dzięki temu muffinki są wilgotne w środku, mają delikatną, rozpływającą się w ustach konsystencję. Właściwie środek jest „budyniowy” – tak za sprawą wspomnianej cukinii, jak i użycia mąki owsianej. Mocno czekoladowe – z kakao w cieście oraz z kawałkami gorzkiej czekolady. Mmmm, pyszota ?. Smacznego!

 

 

Składniki:

na 16 sztuk

Suche składniki:

  • 1,5 szklanki mąki owsianej (180 g) – można zmielić na mąkę płatki owsiane
  • 100 g ksylitolu
  • 5 łyżek naturalnego kakao (25 g)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Mokre składniki:

  • 1 średnia cukinia (500 g)
  • ½  szklanki mleka / niesłodzonego napoju roślinnego (125 g)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)

Dodatkowo: ⅔ tabliczki gorzkiej czekolady (70 g)

 

Wykonanie:

  1. Nastawić piekarnik na 180°C.
  2. W jednej misce (większej) wymieszać suche składniki.
  3. Cukinię umyć i zetrzeć na tarce o grubych oczkach (ja ścieram ze skórką) – nie odcedzać ?. Wymieszać z mlekiem i olejem.
  4. Wlać mokre składniki do suchych i wymieszać łyżką tylko do połączenia składników. Dodać posiekaną czekoladę i wymieszać.
  5. Przełożyć do foremek (polecam silikonowe), włożyć do piekarnika i piec 30-40 minut. Wyjąć z foremek po całkowitym ostudzeniu.

 

 

1 muffinka (z użyciem mleka krowiego 1,5%) dostarcza:

pizza-z-patelni-1

Pizza z patelni

Pizza – ulubione danie wielu osób. Dla niektórych ważny powód, żeby nie przechodzić na „dietę” ?. Dzisiaj pokażę Wam, jak zrobić pizzę, żeby nie tylko wpisywała się w zdrowe odżywianie, ale także była naprawdę szybkim daniem (ups, zaraz sobie ktoś pomyśli, że promuję fast-foody… ?). Przygotowałam dla Was przepis na pizzę z patelni, którą ochrzciłam mianem „pizzoplacek”.

To fajna opcja na pizzę dla 1-2 osób, którą robi się szybciej niż czeka na dostawę z pizzerii. Ciasto jest z mąki pełnoziarnistej (w tym celu zamiast pszennej czy orkiszowej sprawdzi się też mąka owsiana czy z niepalonej kaszy gryczanej), bez drożdży, bez zagniatania, bez wyrastania i tych wszystkich bajerów.

Na samej pizzy zbyt dużo dodatków się nie zmieści (nie radzę też dawać ich dużo), więc do takiej pizzy przygotujcie sobie miskę sałatki. Jeżeli jak ja zdecydujecie się na pieczarki, to pokrójcie w cienkie plasterki i nie dawajcie dużo – podczas podgrzewania pieczarki puszczają wodę, więc pojawia się ryzyko, że pizza zacznie pływać na patelni ?.

Przepis jest bardzo prosty, daje duże pole do różnych modyfikacji. Jeżeli chcielibyście zrobić pizzoplacek z mniejszej ilości mąki niż podałam w przepisie, to weźcie mniejszą patelnię. Powodzenia w kombinowaniu i smacznego! ?

 

 

Składniki:

na 1 porcję (średnicy 24 cm)

  • 75 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka oleju rzepakowego
  • 1 ząbek czosnku – opcjonalnie
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • suszone zioła
  • ½ kulki mozzarelli light (60 g)
  • dowolne warzywa – u mnie pieczarki i papryka

 

Wykonanie:

  1. Wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, dolać około 75 ml wody i wymieszać na gęste ciasto (wystarczy łyżką). Dodać olej, przeciśnięty przez praskę czosnek i wymieszać. Zostawić na około 10 minut, żeby mąka napęczniała trochę od wody. Mąka pszenna jest na tyle kleista, że ciasto wyjdzie bez dodatku niczego do sklejenia, ale można dodać do ciasta jajko albo 1 łyżeczkę zmielonego odtłuszczonego siemienia lnianego.
  2. Koncentrat wymieszać z 2-3 łyżkami wody i suszonymi ziołami. Ser pokroić w plastry, warzywa dowolnie.
  3. Ciasto wylać na patelnię z nieprzywierającą powłoką (suchą albo cienko posmarowaną olejem) i smażyć pod przykryciem na małym ogniu aż się zetnie.
  4. Obrócić na drugą stronę, posmarować sosem, ułożyć warzywa i na wierzch plastry mozzarelli. Dalej smażyć pod przykryciem na małym ogniu aż ser się rozpuści.

 

 

1 porcja dostarcza około:

kawowa-owsianka-z-granatem-1

Kawowa owsianka z granatem

Dla wielu osób dzień kawy jest codziennie, ale dzisiejszy jest wyjątkowy – bo to Międzynarodowy Dzień Kawy. Dlatego przygotowałam dla Was przepis z wykorzystaniem tego składnika. Kawowa owsianka z granatem to ciekawy pomysł na rozpoczęcie jesiennych dni, a ponadto to coś pośredniego między śniadaniem a deserem ?. Połączenie smaku kawy z chrupiącymi słodko-kwaskowatymi ziarenkami granatu wprost ubóstwiam ?. Więc jeżeli jesteście koneserami kawy, to bardzo polecam wypróbować taki duet!

Owsianka kojarzy Wam się z niesmaczną breją? Odpowiednio przygotowana i z różnymi dodatkami może być naprawdę pysznym i wartościowym posiłkiem! ?

 

 

Składniki:

na 1 porcję

  • 50 g płatków owsianych górskich
  • 100 ml mocnej kawy (zrobionej z 1,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej albo z ekspresu)
  • 1 łyżka erytrolu (10 g)
  • 1 kubeczek jogurtu naturalnego (200 g)
  • pestki z ½ granatu (70 g)

 

Wykonanie:

  1. Zrobić 100 ml gorącej kawy, posłodzić erytrolem i zalać nią płatki. Zostawić do namoczenia.
  2. Wymieszać z jogurtem, posypać pestkami granatu. I tyle ?.

 

 

1 porcja dostarcza:

pasta-z-cukinii-i-pestek-dyni-1

Pasta z cukinii i pestek dyni

Sezon cukiniowy trwa w najlepsze, do czego by tu zatem wykorzystać to delikatne, zielone warzywo? Hmm, w sumie to jeszcze nigdy nie próbowałam przerobić jej na pastę do kanapek. Czemu by nie spróbować? Tadam, i oto jest pasta z cukinii i pestek dyni. Połącz zielone z zielonym i będzie dobrze ?. Kolorystycznie te dwa składniki pasują do siebie jak ulał, smakowo też. Chociaż pod względem smaku to akurat pestki dyni są mocniejszym akcentem. Ale cukinia choć delikatna, na tyle mocno dominuje ilościowo nad pestkami dyni, że skutecznie łagodzi ich charakterystyczny smak. I w ten sposób w jednym daniu spotkała się dynia z cukinią, co raczej nieczęsto się zdarza ?. Zapraszam na kanapki spod znaku „zielono mi”.

 

 

Składniki:

na 10 porcji tj. na 10 kanapek

  • 1 duża cukinia (ok. 600 g)
  • 100 g pestek dyni
  • tymianek (u mnie suszony; świeży byłby jeszcze lepszy)
  • około ½ łyżeczki soli
  • 3-4 łyżki płatków drożdżowych (opcjonalnie)
  • świeżo mielony pieprz

 

Wykonanie:

  1. Cukinię umyć i pokroić na ćwiartki i następnie na plasterki. Wrzucić na patelnię, dolać trochę wody i dusić pod przykryciem aż cukinia puści sok. Następnie odkryć i dokładnie odparować wodę. Wystudzić.
  2. Pestki dyni zmielić np. w młynku na „piasek”. Cukinię zmiksować, wymieszać z pestkami dyni i przyprawami. Schować do lodówki na kilka godzin, żeby pasta zgęstniała i nabrała odpowiedniego smaku.

 

 

1 porcja dostarcza:

pelnoziarniste-nalesniki-z-farszem-baklazanowo-paprykowym 1

Pełnoziarniste naleśniki z farszem bakłażanowo-paprykowym

To ta pora roku, kiedy oprócz bycia pomidorem ? (zgodnie z zasadą „jesteś tym, co jesz”), jestem też bakłażanem, cukinią i papryką ?. Zdecydowanie moje smaki! Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was przepis na pełnoziarniste naleśniki z farszem bakłażanowo-paprykowym, z dodatkiem soczewicytahini. Tym razem bardziej bliskowschodnie smaki mi w głowie. Naleśniki z pełnoziarnistej mąki pszennej wychodzą bez problemu. Oczywiście ważna jest patelnia – taka z porządną nieprzywierającą powłoką to must have w kuchni. Można na niej przygotować naleśniki bez użycia oleju albo z tylko minimalną jego ilością.

Ale w tym przepisie to farsz jest znacznie ciekawszy. To bakłażan z papryką – uduszone i zmiksowane, zagęszczone żółtą soczewicą. I doprawione – na tym etapie gotowania potrafi dziać się prawdziwa magia. Dodałam do tego farszu sezamową pastę tahini i przyprawę garam masala, które nadają nadzieniu do naleśników orientalnego charakteru. Jeżeli lubicie takie kulinarne klimaty, to spróbujcie koniecznie! ?

 

 

Naleśniki

Składniki:

na 8 naleśników średnicy ok. 21 cm

  • 200 g mąki pszennej pełnoziarnistej (typ 1850-2000)
  • 1 jajko (60 g)
  • ⅔ szklanki mleka / napoju roślinnego (ok. 160 g)
  • ½ szklanki wody (125 g)
  • odrobina oleju rzepakowego do posmarowania patelni (ok. 3 g)

 

Wykonanie:

  1. Wszystkie składniki na naleśniki bardzo dokładnie wymieszać (np. trzepaczką czy mikserem) – polecam stopniowo dolewać płyn, najpierw zrobić bardzo gęste ciasto i potem je rozrzedzić. Zostawić na minimum pół godziny.
  2. Patelnię z dobrą, nieprzywierającą powłoką delikatnie posmarować olejem (np. przy pomocy pędzelka czy ręcznika papierowego), rozgrzać, wlać trochę ciasta i rozlać po powierzchni patelni. Smażyć aż ciasto się zetnie, brzegi zaczną lekko odstawać od patelni, a przy potrząśnięciu patelnią naleśnik sam się odklei. Przewrócić na drugą stronę. Nie smażyć zbyt długo, żeby naleśnik nie zrobił się chrupki.
  3. Kolejne naleśniki można smażyć nie używając już tłuszczu, chyba, że kolejne naleśniki zaczną się za bardzo przyklejać do patelni – wtedy delikatnie posmarować patelnię olejem.

 

 

1 naleśnik (z użyciem mleka krowiego 1,5%) dostarcza:

 

Farsz

Składniki:

taka ilość farszu starczy do posmarowania nawet 14-16 naleśników

  • 1 duży bakłażan (700 g)
  • 2 duże papryki (500 g)
  • 100 g żółtej soczewicy*
  • 3 łyżki tahini (36 g)
  • ok. ½ łyżeczki przyprawy garam masala
  • sól

*zamiast soczewicy można użyć np. granulatu sojowego; farsz będzie szybciej gotowy i będzie dostarczał więcej białka

 

Wykonanie:

  1. Warzywa umyć. Z bakłażana odciąć końcówki i pokroić w plastry. Posolić z obu stron i zostawić, żeby puścił sok (około 15-20 minut). Dokładnie opłukać  z soli, odsączyć i pokroić w kostkę.
  2. Z papryki usunąć gniazda nasienne, pokroić.
  3. Warzywa (oddzielnie albo razem) dusić na patelni z dodatkiem wody aż zmiękną. Następne zmiksować do konsystencji pasty, przełożyć z powrotem na patelnię, wymieszać z suchą żółtą soczewicą (żółta gotuje się najkrócej). Dusić aż soczewica się ugotuje, a farsz zagęści do odpowiedniej konsystencji (w sosie soczewica gotuje się dłużej niż tradycyjnie w wodzie – około 15 minut).
  4. Gotowy farsz dokładnie wymieszać z tahini, doprawić garam masala i ewentualnie odrobiną soli. Tak przygotowanym farszem smarować naleśniki i zwijać / składać w kopertę (jak kto woli).

 

 

Ten farsz można też wykorzystać jako pastę do kanapek.

ciemna-strona-perfekcjonizmu-moja-historia

Ciemna strona perfekcjonizmu – moja historia

Dzisiaj mija dokładnie 5 lat, od dnia kiedy założyłam tego bloga. Postanowiłam tym razem podzielić się z Wami historią z życia wziętą – z mojego życia. Toczyłam sama ze sobą ciężkie boje, czy publikować takiego posta czy nie. Czy to dobry pomysł, żeby szczerze napisać o TYM. Czy to nie będzie jak strzał do własnej bramki? No ale prawda zamieciona pod dywan nie staje się ani odrobinę przyjemniejsza. Tak, nie ukrywam, że nie będzie to urocza bajeczka z puchatymi jednorożcami hasającymi po kolorowej tęczy. Ale też nie chcę robić z tej historii łzawego użalania się nad sobą. Chciałabym, żeby ta moja osobista opowieść pozwoliła lepiej zrozumieć pewne rzeczy, spojrzeć na nie z innej perspektywy, niosła ze sobą jakąś naukę, wnioski na przyszłość. Może komuś pomoże, może ktoś z Was odnajdzie w niej cząstki siebie.

 

Perfekcjonizm i nie tylko

W tytule umieściłam perfekcjonizm bo na pewno w moim przypadku rys perfekcjonistyczny ma ogromne znaczenie i ściśle wiąże się z moimi innymi problemami. Ale to tylko punkt wyjścia dla dalszej historii.

Każdy nas ma charakterystyczne cechy osobowości, które są wrodzone, niezmienne. Można oczywiście nad sobą pracować, ale pewnych rzeczy zmienić się nie da. Ja jestem wrażliwym introwertykiem. Biorę różne rzeczy mocno do siebie, przejmuję się „wszystkim” i jeszcze międlę to w sobie. Mama mi kiedyś powiedziała, że jestem jak dzikie zwierzątko i to jest świetne porównanie. Aktualnie już jestem trochę oswojonym dzikim zwierzątkiem, ale wcześniej byłam naprawdę dzikim dzikim zwierzątkiem. Byłam okropnie nieśmiała, widząc w pobliżu obcą istotę najbardziej chciałam się ukryć – czmychnąć w jakieś chaszcze i udawać, że mnie nie ma. Serio, jako małe dziecko świetnie się czułam siedząc pod biurkiem i jeszcze lubiłam wsunąć krzesło pod to biurko – ukryta przed światem i zamknięta w tej swojej własnej niewielkiej i bezpiecznej przestrzeni. Tak właśnie potrafi wyglądać świat introwertyka.

 

Okres podstawówki

Potem takie wrażliwe introwertyczne dziecko poszło do szkoły. Do tego to dziecko było (i jest nadal) niskie i drobnej budowy. A więc dosyć szybko stałam się obiektem kpin. No niestety, dzieci potrafią być brutalne dla rówieśników – a to za niski, a to za wysoki, a to za chudy, a to za gruby. Wszystko, co odbiega od „normy” jest wyśmiewane.  Jako „wrażliwiec” mocno się tym przejmowałam i szybko nabawiłam się kompleksów na punkcie swojego wyglądu. W okresie podstawówki zaczął się we mnie budzić perfekcjonizm, a objawiał się… uczeniem się. Znalazłam coś , co mi dobrze wychodzi – wkuwanie. Oczywiście została mi zaraz przypięta łatka kujona, ale cóż – i tak rówieśnicy się ze mnie naśmiewali, to chociaż jako grzeczna i pilna uczennica zyskałam aprobatę nauczycieli. No wiadomo, rodzice też dumni ze swojego dziecka. Jako uzupełnienie tej części historii wrzucam Wam dla przypomnienia piramidę potrzeb Maslowa:

Żeby nie było – miałam swoją grupę koleżanek – trzy psiapsióły, stałe grono przez całą podstawówkę. Regularnie trafiały się też koleżanki-z-potrzeby czyli „Cześć Gosia, wiesz jak ja Cię bardzo lubię? <przymilny uśmieszek> Dasz spisać pracę domową? <jeszcze bardziej przymilny uśmieszek>” – myślę, że każdy kujon poznał to zjawisko.

Zanim przejdę do kolejnej części mojej historii – kluczowej – chciałam w ramach dygresji poruszyć kwestię introwertyzmu. Przyjęło się sądzić, że bycie introwertykiem to coś gorszego niż bycie ekstrawertykiem, że to pewnego rodzaju wada. Ja też żyłam w podobnym przekonaniu przez wiele lat –  że jestem introwertykiem, więc jestem gorsza, nieprzystosowana społecznie i takie tam. Polecam Wam obejrzeć wykład z TED: Potęga introwertyków, pozwala zmienić punkt widzenia.

 

Okres gimnazjum

Początek gimnazjum to było w moim życiu trzęsienie ziemi, które obróciło mój świat do góry nogami. Ale trzęsienie ziemi, którego ja wtedy nie zauważyłam, tak naprawdę niedawno odkryłam, że ono miało miejsce. Jakiś czas temu czytałam historię dziewczyny, która zmagała się z zaburzeniami odżywiania, a zaczęło się to od zdania rzuconego przez pielęgniarkę szkolną a propos jej masy ciała podczas rutynowego ważenia w szkole. Jedno zdanie nieopatrznie wypowiedziane przez obcą osobę, które potrafi zamienić życie w walkę z ciężką chorobą. Jak maleńka iskierka, od której płonie potem cały las. W moim przypadku było podobnie. Jedno zdanie, krótkie, składające się z czterech słów. Iskierka, która padła na podatny grunt. Wypowiedziane przez właściwie prawie obcą mi osobę, nikogo z rodziny, nikogo z bliskich mi osób. Kto i co konkretnie powiedział – zostawię ten szczegół dla siebie. Nie mam tej osobie nic za złe. Przecież nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zrobił, wiedząc, jakie będą konsekwencje w przyszłości!

To było prywatne gimnazjum. Bardzo dobre, o wysokim poziomie. Trudne i wymagające. A mnie dano do zrozumienia, że wymaga się ode mnie jak najlepszych wyników. No więc wkuwałam. Non stop, ile wlezie. Po szkole wracałam do domu, zamykałam się w pokoju i uczyłam się. Unikałam wychodzenia z domu (bo przecież muszę się uczyć!), poświęcenie czasu na przyjemności i rozrywki byłoby strasznym marnotrawstwem. Liczyła się tylko nauka. Celem było to, żeby sprostać wygórowanym oczekiwaniom. Do tego przeświadczenie, że jeszcze mi tyle brakuje do osiągnięcia tego celu. Jak wypalone na czole piętno „jestem gorsza”. Płakałam praktycznie codziennie siedząc nad książkami, zeszytami i pracami domowymi. Coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej sfrustrowana, ciągle z myślą, że muszę się bardziej starać, że nie daję z siebie wszystkiego, że muszę więcej, lepiej. I że nadal jestem gorsza. Nic mnie nie cieszyło, miałam pretensje do siebie o wszystko, nienawidziłam siebie coraz bardziej. Z każdym dniem tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że jestem do niczego, że jestem beznadziejna. I że właściwie to wszystko nie ma sensu. Tak funkcjonowałam przez te trzy lata gimnazjum, dotarłam do końca ze świetnymi ocenami (obiektywnie rzecz biorąc), bardzo dobrze zdałam test gimnazjalny, zostałam nawet laureatką olimpiady. I nigdy się nie cieszyłam, zawsze byłam „tą gorszą”.

Brzmi jak osobiste piekiełko? Coś w tym jest… Wiecie jak „działa” perfekcjonizm? Masz przeświadczenie, że jesteś do niczego. Ale przecież ludzie wokół mają cię za taką zdolną osobę! Oni za żadne skarby świata nie mogą się dowiedzieć, że jesteś do niczego! Musisz dawać z siebie więcej i więcej, żeby oni nie odkryli, że jesteś do niczego. I robi się błędne koło.

Może się to wydać dziwne po tym, co napisałam, ale z perspektywy czasu wcale nie wspominam gimnazjum jako takiego strasznego koszmaru. Owszem, było mi ciężko. Z drugiej strony w tym czasie miałam dwie bliskie koleżanki i naprawdę się cieszę, że nasze drogi się przecięły. Ta znajomość zajmuje szczególne miejsce w moim sercu (oj, tak, to jedne z nielicznych miłych wspomnień z tego okresu). W gimnazjum miałam też cudowną nauczycielkę chemii, która zafascynowała mnie tym przedmiotem. I jeszcze wspaniałą polonistkę – o tak, przypomniał mi się ubaw po pachy na niektórych lekcjach! Były takie momenty jak pojedyncze świecące gwiazdy na czarnym niebie i pewnie przez to szczególnie zapadły mi w pamięć.

Zrobiło się nostalgicznie, a to jeszcze nie jest koniec historii. Właściwie to dopiero początek, więc możecie sobie zrobić przerwę na przygotowanie kawy czy herbaty i czytać dalej.

 

Okres liceum

Kolejny etap moich życiowych perypetii. Do tej pory dostawałam cięgi od losu. To może wreszcie się do mnie uśmiechnie?

Yhmmm… Obawiam się, że to był co najwyżej złośliwy uśmieszek zapowiadający dalsze dokopanie mi tylko z użyciem innej techniki.

Krótkie podsumowanie – perfekcjonistka, introwertyczka, ambitna, wrażliwa.
Liceum – przygotowanie do matury, wybór życiowej drogi. I stres. Dużo stresu.

W efekcie niedługo po rozpoczęciu liceum zaczęły mnie męczyć bóle brzucha. Cokolwiek zjadłam bolał mnie brzuch. Zaczęłam jeść mniej, unikałam tłustych i ciężkostrawnych potraw. Miałam wrażenie, że to trochę pomaga. Zaczęłam zwracać większą uwagę na jedzenie, starałam się dociec, co mi nie służy. Objawy jednak nie przechodziły, a ubrania zaczęły na mnie wisieć. W międzyczasie jeszcze przyplątała się „jelitówka”. Przed samym Bożym Narodzeniem. Nawet było mi to na rękę – „nikt nie będzie mnie zmuszał do jedzenia ciężkostrawnych świątecznych potraw”. Po przejściach z tą wirusówką było jeszcze gorzej. Jeszcze mnie mniej, a bóle się nasiliły.

Chodzenie po lekarzach, badania. Wszystko okej, Helicobacter, celiakia wykluczone, badania w normie. Problem nierozwiązany, a mnie ta nowa wersja siebie z wystającymi kośćmi zaczęła się nawet podobać… W sumie to niejedzenie też jest całkiem fajne… Czuję się lepiej, wyniki badań mam książkowe, mój organizm zaskakująco dobrze się adaptuje do takich warunków. Fascynujące obserwacje na samej sobie dla uczennicy klasy biologiczno-chemicznej. Rodzice jednak nie byli zafascynowani, raczej przerażeni. Wylądowałam u jakiegoś gburowatego lekarza traktującego mnie jak przedmiot. Diagnoza – anoreksja. Ja: gdzie tam, jaka anoreksja, świetnie się czuję. Rodzice przerażeni jeszcze bardziej. Wylądowaliśmy w poradni specjalizującej się (!) w leczeniu zaburzeń odżywiania. A pani „specjalistka” namawia mnie do leczenia argumentem „możesz umrzeć”. Miałam ochotę zaśmiać się jej w twarz i wyjaśnić, że „ależ nie będę miała nic przeciwko”. Zamiast tego zachowałam kamienną twarz odgrywając rolę zbuntowanej nastolatki. Tak, byłam zbuntowana. Nie chciałam słuchać o leczeniu, nie zamierzałam przyjąć tej diagnozy do swojej świadomości. Ale przede wszystkim bolało mnie to, że nikt nie chciał mnie słuchać. Mówiłam o bólach brzucha, które nie dawały mi normalnie funkcjonować. Ale jak już przyklejono mi karteczkę z napisem „anorektyczka” to już nic nie było ważne oprócz „musisz jeść”.

Ten fragment mojego życia wspominam najbardziej traumatycznie. Na moje szczęście (tak, naprawdę się z tego cieszę) było to wkrótce po moich 18-stych urodzinach. Jako osoba pełnoletnia nie mogłam zostać zabrana na leczenie wbrew swojej woli. Zaliczyłam nieudaną próbę psychoterapii, po raz pierwszy w życiu wylądowałam u psychiatry i dostałam leki psychotropowe. Przyznaję, że nie byłam łatwą pacjentką, ba, wręcz oporną na jakiekolwiek próby leczenia. Wkurzało mnie, że wszyscy skupiają się na mojej masie ciała, sprowadzają moją osobę do wartości BMI. I z tego, co czytałam tak właśnie wygląda leczenie anoreksji w Polsce. Wmuszanie w pacjentów jedzenia na siłę. A przyczyny są całkiem gdzie indziej. Dlatego napisałam, że się cieszę, że nie wylądowałam w szpitalu z takimi „cudownymi” metodami leczenia. Boję się, że to dopiero by było traumatyczne przeżycie i trwała rysa na mojej psychice. Ale tego tematu nie będę ciągnąć, to takie moje przemyślenia jako osoby, która coś takiego przeszła. Ekspertem nie jestem.

Zatem wracając do faktów – cały czas chodziłam do szkoły, uczyłam się (no przecież nikt nie może się dowiedzieć, że mam jakiś problem!). Zdałam maturę będąc w gronie uczniów z najlepszymi wynikami. Postanowiłam studiować dietetykę. Myślicie, że to paradoks? Całkiem sporo osób po dietetyce ma za sobą doświadczenia z zaburzeniami odżywiania. Wiem, że te studia pomogły mi poradzić sobie z anoreksją, wrócić ze swoim jedzeniem do ładu. Ja jednak traktuję ten epizod jako element znacznie większego problemu. Ale teraz wybiegam z faktami, jeszcze do tego dojdę.

 

Okres studiów i teraz

Na początku studiów nadal zmagałam się z bólami brzucha, przez co nadal mało jadłam. Za to dalej wkuwałam, ile tylko się dało. Starałam się zrozumieć, znaleźć rozwiązanie swoich problemów. W końcu znalazłam. Może nie rozwiązanie, co przyczynę, powoli zaczynałam składać do siebie elementy układanki, odkrywać pewne prawidłowości.

Zaczęłam wpadać w totalne doły. Były momenty, że kładłam się na łóżku i tak leżałam bez ruchu, bo wykonanie jakiejkolwiek czynności wydawało mi się ponad moje siły. Podrapanie się po nosie wydaje się wtedy nadludzkim wysiłkiem. Czujesz się wtedy jak zawieszony komputer – trwasz bez ruchu jak rzeźba z kamienia, a czas leci sobie swoim rytmem gdzieś tam obok. Po jednym z takich epizodów znowu wylądowałam u psychiatry, znów dostałam leki. Pomogły, więc przestałam brać. I tak kilka razy, wypróbowując różnych lekarzy. Opowiadałam im swoją historię i jak dochodziłam do fragmentu o anoreksji to wszystko inne przestawało dla nich istnieć – to jak się czuję teraz, uporczywe bóle brzucha, samopoczucie w okresie gimnazjum. Po usłyszeniu o anoreksji klapki na oczy i nic innego się nie liczy. Znowu dostawałam psychotropy, znowu brałam na ile mi wystarczyło, znowu wpadałam w giga-doła, znowu szłam do kolejnego psychiatry i tak kilka razy. Przeczytałam kiedyś, że anoreksja może być sposobem na przejawianie się depresji i pasowało mi to do mojego przypadku jak ulał. Nawet mówiłam o tym lekarzom, żeby ich nakierować bardziej w kierunku depresji. Ale nie, jak usłyszeli o tej nieszczęsnej anoreksji to trzymali się tej teorii jak przyklejeni jakimś super-klejem. Trafiłam w końcu na lekarkę, która też się na początku przykleiła do tej anoreksji, ale że przypadła mi do gustu, to kontynuowałam u niej leczenie. I po którymś spotkaniu ona sama stwierdziła, że to jej wygląda, że moim głównym problemem jest depresja, a anoreksja była pewnym sposobem przejawiania się depresji. Wreszcie! Normalnie czułam się, jakbym wygrała w totka.

O kurcze, historia mi się rozwlekła jakby starutki marynarz, który opłynął wszystkie morza opowiadał swoje przygody… Dobra, postaram się zmierzać w kierunku portu bardziej prostą drogą.

Od dłuższego czasu mam nastrojową sinusoidę. Dzień do dnia potrafi być kompletnie niepodobny. Jednego dnia mam mnóstwo pomysłów, jestem pełna entuzjazmu, snuję plany i marzenia. Następnego dnia siedzę gapiąc się niewidzącym wzrokiem w ścianę i pragnę tylko tego, żeby przestać istnieć. Wszystkie plany, marzenia, wszystko, co do tej pory zrobiłam, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Mam wrażenie, że całe moje życie to walka ze sobą. Walka, którą po tylu latach jestem już strasznie zmęczona.

 

„Dobra bajka ma morał, a zła nie ma morału.”

(to cytat z mojej ulubionej powieści, puszczam oczko do osób, które wiedzą skąd ?)

No właśnie –  co wynika z tej mojej opowieści? Chciałabym zostawić Was po lekturze tego posta z pewnymi wnioskami.

Wróćmy zatem do perfekcjonizmu. Jak perfekcjonistę widzi otoczenie? Osoba dokładna, sumienna, wzorowy uczeń, świetny pracownik. Ale jak to wygląda od tej drugiej strony? Brak poczucia własnej wartości, przeświadczenie o tym, że jest się do niczego, ciągłe pretensje do siebie, że „robię za mało, za mało się staram, mogłam lepiej, dokładniej”. Śrubowanie wymagań wobec siebie i ciągłe niezadowolenie z siebie. A od tego już prosta droga do znacznie cięższych problemów. Myślę, że osób, które się z tym zmagają jest całkiem sporo, a że perfekcjonista sam tego nie zauważy, to tu jest ważna rola osób z otoczenia. Bardzo trudna, bo de facto w zachowaniu takiej osoby nie ma nic złego.

Do tego dochodzą współczesne realia – perfekcyjny wizerunek kreowany w mediach (w tym społecznościowych), ciągły przekaz „bądź naj-”. To tylko utrwala zachowania perfekcjonistyczne. Dlatego chcę zwrócić na to uwagę – aktualny sposób życia bardzo sprzyja wszelkim zaburzeniom psychicznym. To zresztą pokazują statystyki, problemy tego typu dotykają coraz większej ilości osób i w coraz młodszym wieku. Dobrze, że się coraz więcej o tym mówi, rośnie świadomość, a ja chcę dołożyć w kwestii jakąś małą cegiełkę od siebie.

A jak to się ma do wykonywanego przeze mnie zawodu? Czy depresja i anoreksja skreślają mnie jako specjalistę w dziedzinie dietetyki i psychodietetyki? Oczywiście pozostawiam tę decyzję każdemu z Was. Ale wiem też, że moje doświadczenia pozwoliły mi wiele rzeczy lepiej zrozumieć. Staram się łączyć rzetelną wiedzę naukową z tym, co przeszłam sama na sobie. To co mogę od siebie ofiarować osobom, które zmagają się z podobnymi problemami to zrozumienie. A wiem, że zrozumienie (ale takie prawdziwe zrozumienie!) jest warte milion razy więcej niż „Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Głowa do góry. Weź się w garść. Myśl pozytywnie. No weź nie przesadzaj, że jest ci tak źle – ludzie w Afryce umierają z głodu” itd. Wiem, jak to jest zmagać się z anoreksją, wiem, jakie to koszmarne uczucie cierpieć na napady jedzenia (tak, z czymś takim też zmagałam się przez parę lat, w przebiegu anoreksji). Wiem, jak to jest nienawidzić siebie i swojego ciała. To nie oznacza, że we wszystkich tych problemach umiem pomóc, jestem teraz alfą i omegą, jestem i psychologiem, i psychoterapeutą, i psychiatrą. Bo nie, nie jestem. Ale mogę być wsparciem, mogę powiedzieć „rozumiem, co czujesz” i nie będą to czcze słowa, bo sama przechodziłam to na sobie.

Dlatego też jestem zwolenniczką racjonalnego podejścia do zdrowego odżywiania i uważam, że żadne skrajności nie są dobre. Mam też dużą świadomość tego, jak ogromne znaczenie ma psychika, w tym w kontekście zmiany nawyków żywieniowych. Że skupienie się tylko na jedzeniu to znacznie za mało.

 

Jak widzicie historia moich problemów nie jest jeszcze zakończona. Powtórzę jeszcze to, co pisałam na początku. Nie publikuję tego w ramach wylewania żalów, chcę raczej zwrócić uwagę na pewne problemy, które dotykają coraz więcej osób, dać do myślenia, może pomóc komuś lepiej zrozumieć siebie albo kogoś ze swoich bliskich. Podkreślam też, że nikogo nie winię, do nikogo nie mam pretensji, że moje życie potoczyło się tak a nie inaczej.

 

Zdjęcie na początku na licencji CC0, pixabay.com