Inne

Ciemna strona perfekcjonizmu – moja historia

Dzisiaj mija dokładnie 5 lat, od dnia kiedy założyłam tego bloga. Postanowiłam tym razem podzielić się z Wami historią z życia wziętą – z mojego życia. Toczyłam sama ze sobą ciężkie boje, czy publikować takiego posta czy nie. Czy to dobry pomysł, żeby szczerze napisać o TYM. Czy to nie będzie jak strzał do własnej bramki? No ale prawda zamieciona pod dywan nie staje się ani odrobinę przyjemniejsza. Tak, nie ukrywam, że nie będzie to urocza bajeczka z puchatymi jednorożcami hasającymi po kolorowej tęczy. Ale też nie chcę robić z tej historii łzawego użalania się nad sobą. Chciałabym, żeby ta moja osobista opowieść pozwoliła lepiej zrozumieć pewne rzeczy, spojrzeć na nie z innej perspektywy, niosła ze sobą jakąś naukę, wnioski na przyszłość. Może komuś pomoże, może ktoś z Was odnajdzie w niej cząstki siebie.

 

Perfekcjonizm i nie tylko

W tytule umieściłam perfekcjonizm bo na pewno w moim przypadku rys perfekcjonistyczny ma ogromne znaczenie i ściśle wiąże się z moimi innymi problemami. Ale to tylko punkt wyjścia dla dalszej historii.

Każdy nas ma charakterystyczne cechy osobowości, które są wrodzone, niezmienne. Można oczywiście nad sobą pracować, ale pewnych rzeczy zmienić się nie da. Ja jestem wrażliwym introwertykiem. Biorę różne rzeczy mocno do siebie, przejmuję się „wszystkim” i jeszcze międlę to w sobie. Mama mi kiedyś powiedziała, że jestem jak dzikie zwierzątko i to jest świetne porównanie. Aktualnie już jestem trochę oswojonym dzikim zwierzątkiem, ale wcześniej byłam naprawdę dzikim dzikim zwierzątkiem. Byłam okropnie nieśmiała, widząc w pobliżu obcą istotę najbardziej chciałam się ukryć – czmychnąć w jakieś chaszcze i udawać, że mnie nie ma. Serio, jako małe dziecko świetnie się czułam siedząc pod biurkiem i jeszcze lubiłam wsunąć krzesło pod to biurko – ukryta przed światem i zamknięta w tej swojej własnej niewielkiej i bezpiecznej przestrzeni. Tak właśnie potrafi wyglądać świat introwertyka.

 

Okres podstawówki

Potem takie wrażliwe introwertyczne dziecko poszło do szkoły. Do tego to dziecko było (i jest nadal) niskie i drobnej budowy. A więc dosyć szybko stałam się obiektem kpin. No niestety, dzieci potrafią być brutalne dla rówieśników – a to za niski, a to za wysoki, a to za chudy, a to za gruby. Wszystko, co odbiega od „normy” jest wyśmiewane.  Jako „wrażliwiec” mocno się tym przejmowałam i szybko nabawiłam się kompleksów na punkcie swojego wyglądu. W okresie podstawówki zaczął się we mnie budzić perfekcjonizm, a objawiał się… uczeniem się. Znalazłam coś , co mi dobrze wychodzi – wkuwanie. Oczywiście została mi zaraz przypięta łatka kujona, ale cóż – i tak rówieśnicy się ze mnie naśmiewali, to chociaż jako grzeczna i pilna uczennica zyskałam aprobatę nauczycieli. No wiadomo, rodzice też dumni ze swojego dziecka. Jako uzupełnienie tej części historii wrzucam Wam dla przypomnienia piramidę potrzeb Maslowa:

Żeby nie było – miałam swoją grupę koleżanek – trzy psiapsióły, stałe grono przez całą podstawówkę. Regularnie trafiały się też koleżanki-z-potrzeby czyli „Cześć Gosia, wiesz jak ja Cię bardzo lubię? <przymilny uśmieszek> Dasz spisać pracę domową? <jeszcze bardziej przymilny uśmieszek>” – myślę, że każdy kujon poznał to zjawisko.

Zanim przejdę do kolejnej części mojej historii – kluczowej – chciałam w ramach dygresji poruszyć kwestię introwertyzmu. Przyjęło się sądzić, że bycie introwertykiem to coś gorszego niż bycie ekstrawertykiem, że to pewnego rodzaju wada. Ja też żyłam w podobnym przekonaniu przez wiele lat –  że jestem introwertykiem, więc jestem gorsza, nieprzystosowana społecznie i takie tam. Polecam Wam obejrzeć wykład z TED: Potęga introwertyków, pozwala zmienić punkt widzenia.

 

Okres gimnazjum

Początek gimnazjum to było w moim życiu trzęsienie ziemi, które obróciło mój świat do góry nogami. Ale trzęsienie ziemi, którego ja wtedy nie zauważyłam, tak naprawdę niedawno odkryłam, że ono miało miejsce. Jakiś czas temu czytałam historię dziewczyny, która zmagała się z zaburzeniami odżywiania, a zaczęło się to od zdania rzuconego przez pielęgniarkę szkolną a propos jej masy ciała podczas rutynowego ważenia w szkole. Jedno zdanie nieopatrznie wypowiedziane przez obcą osobę, które potrafi zamienić życie w walkę z ciężką chorobą. Jak maleńka iskierka, od której płonie potem cały las. W moim przypadku było podobnie. Jedno zdanie, krótkie, składające się z czterech słów. Iskierka, która padła na podatny grunt. Wypowiedziane przez właściwie prawie obcą mi osobę, nikogo z rodziny, nikogo z bliskich mi osób. Kto i co konkretnie powiedział – zostawię ten szczegół dla siebie. Nie mam tej osobie nic za złe. Przecież nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zrobił, wiedząc, jakie będą konsekwencje w przyszłości!

To było prywatne gimnazjum. Bardzo dobre, o wysokim poziomie. Trudne i wymagające. A mnie dano do zrozumienia, że wymaga się ode mnie jak najlepszych wyników. No więc wkuwałam. Non stop, ile wlezie. Po szkole wracałam do domu, zamykałam się w pokoju i uczyłam się. Unikałam wychodzenia z domu (bo przecież muszę się uczyć!), poświęcenie czasu na przyjemności i rozrywki byłoby strasznym marnotrawstwem. Liczyła się tylko nauka. Celem było to, żeby sprostać wygórowanym oczekiwaniom. Do tego przeświadczenie, że jeszcze mi tyle brakuje do osiągnięcia tego celu. Jak wypalone na czole piętno „jestem gorsza”. Płakałam praktycznie codziennie siedząc nad książkami, zeszytami i pracami domowymi. Coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej sfrustrowana, ciągle z myślą, że muszę się bardziej starać, że nie daję z siebie wszystkiego, że muszę więcej, lepiej. I że nadal jestem gorsza. Nic mnie nie cieszyło, miałam pretensje do siebie o wszystko, nienawidziłam siebie coraz bardziej. Z każdym dniem tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że jestem do niczego, że jestem beznadziejna. I że właściwie to wszystko nie ma sensu. Tak funkcjonowałam przez te trzy lata gimnazjum, dotarłam do końca ze świetnymi ocenami (obiektywnie rzecz biorąc), bardzo dobrze zdałam test gimnazjalny, zostałam nawet laureatką olimpiady. I nigdy się nie cieszyłam, zawsze byłam „tą gorszą”.

Brzmi jak osobiste piekiełko? Coś w tym jest… Wiecie jak „działa” perfekcjonizm? Masz przeświadczenie, że jesteś do niczego. Ale przecież ludzie wokół mają cię za taką zdolną osobę! Oni za żadne skarby świata nie mogą się dowiedzieć, że jesteś do niczego! Musisz dawać z siebie więcej i więcej, żeby oni nie odkryli, że jesteś do niczego. I robi się błędne koło.

Może się to wydać dziwne po tym, co napisałam, ale z perspektywy czasu wcale nie wspominam gimnazjum jako takiego strasznego koszmaru. Owszem, było mi ciężko. Z drugiej strony w tym czasie miałam dwie bliskie koleżanki i naprawdę się cieszę, że nasze drogi się przecięły. Ta znajomość zajmuje szczególne miejsce w moim sercu (oj, tak, to jedne z nielicznych miłych wspomnień z tego okresu). W gimnazjum miałam też cudowną nauczycielkę chemii, która zafascynowała mnie tym przedmiotem. I jeszcze wspaniałą polonistkę – o tak, przypomniał mi się ubaw po pachy na niektórych lekcjach! Były takie momenty jak pojedyncze świecące gwiazdy na czarnym niebie i pewnie przez to szczególnie zapadły mi w pamięć.

Zrobiło się nostalgicznie, a to jeszcze nie jest koniec historii. Właściwie to dopiero początek, więc możecie sobie zrobić przerwę na przygotowanie kawy czy herbaty i czytać dalej.

 

Okres liceum

Kolejny etap moich życiowych perypetii. Do tej pory dostawałam cięgi od losu. To może wreszcie się do mnie uśmiechnie?

Yhmmm… Obawiam się, że to był co najwyżej złośliwy uśmieszek zapowiadający dalsze dokopanie mi tylko z użyciem innej techniki.

Krótkie podsumowanie – perfekcjonistka, introwertyczka, ambitna, wrażliwa.
Liceum – przygotowanie do matury, wybór życiowej drogi. I stres. Dużo stresu.

W efekcie niedługo po rozpoczęciu liceum zaczęły mnie męczyć bóle brzucha. Cokolwiek zjadłam bolał mnie brzuch. Zaczęłam jeść mniej, unikałam tłustych i ciężkostrawnych potraw. Miałam wrażenie, że to trochę pomaga. Zaczęłam zwracać większą uwagę na jedzenie, starałam się dociec, co mi nie służy. Objawy jednak nie przechodziły, a ubrania zaczęły na mnie wisieć. W międzyczasie jeszcze przyplątała się „jelitówka”. Przed samym Bożym Narodzeniem. Nawet było mi to na rękę – „nikt nie będzie mnie zmuszał do jedzenia ciężkostrawnych świątecznych potraw”. Po przejściach z tą wirusówką było jeszcze gorzej. Jeszcze mnie mniej, a bóle się nasiliły.

Chodzenie po lekarzach, badania. Wszystko okej, Helicobacter, celiakia wykluczone, badania w normie. Problem nierozwiązany, a mnie ta nowa wersja siebie z wystającymi kośćmi zaczęła się nawet podobać… W sumie to niejedzenie też jest całkiem fajne… Czuję się lepiej, wyniki badań mam książkowe, mój organizm zaskakująco dobrze się adaptuje do takich warunków. Fascynujące obserwacje na samej sobie dla uczennicy klasy biologiczno-chemicznej. Rodzice jednak nie byli zafascynowani, raczej przerażeni. Wylądowałam u jakiegoś gburowatego lekarza traktującego mnie jak przedmiot. Diagnoza – anoreksja. Ja: gdzie tam, jaka anoreksja, świetnie się czuję. Rodzice przerażeni jeszcze bardziej. Wylądowaliśmy w poradni specjalizującej się (!) w leczeniu zaburzeń odżywiania. A pani „specjalistka” namawia mnie do leczenia argumentem „możesz umrzeć”. Miałam ochotę zaśmiać się jej w twarz i wyjaśnić, że „ależ nie będę miała nic przeciwko”. Zamiast tego zachowałam kamienną twarz odgrywając rolę zbuntowanej nastolatki. Tak, byłam zbuntowana. Nie chciałam słuchać o leczeniu, nie zamierzałam przyjąć tej diagnozy do swojej świadomości. Ale przede wszystkim bolało mnie to, że nikt nie chciał mnie słuchać. Mówiłam o bólach brzucha, które nie dawały mi normalnie funkcjonować. Ale jak już przyklejono mi karteczkę z napisem „anorektyczka” to już nic nie było ważne oprócz „musisz jeść”.

Ten fragment mojego życia wspominam najbardziej traumatycznie. Na moje szczęście (tak, naprawdę się z tego cieszę) było to wkrótce po moich 18-stych urodzinach. Jako osoba pełnoletnia nie mogłam zostać zabrana na leczenie wbrew swojej woli. Zaliczyłam nieudaną próbę psychoterapii, po raz pierwszy w życiu wylądowałam u psychiatry i dostałam leki psychotropowe. Przyznaję, że nie byłam łatwą pacjentką, ba, wręcz oporną na jakiekolwiek próby leczenia. Wkurzało mnie, że wszyscy skupiają się na mojej masie ciała, sprowadzają moją osobę do wartości BMI. I z tego, co czytałam tak właśnie wygląda leczenie anoreksji w Polsce. Wmuszanie w pacjentów jedzenia na siłę. A przyczyny są całkiem gdzie indziej. Dlatego napisałam, że się cieszę, że nie wylądowałam w szpitalu z takimi „cudownymi” metodami leczenia. Boję się, że to dopiero by było traumatyczne przeżycie i trwała rysa na mojej psychice. Ale tego tematu nie będę ciągnąć, to takie moje przemyślenia jako osoby, która coś takiego przeszła. Ekspertem nie jestem.

Zatem wracając do faktów – cały czas chodziłam do szkoły, uczyłam się (no przecież nikt nie może się dowiedzieć, że mam jakiś problem!). Zdałam maturę będąc w gronie uczniów z najlepszymi wynikami. Postanowiłam studiować dietetykę. Myślicie, że to paradoks? Całkiem sporo osób po dietetyce ma za sobą doświadczenia z zaburzeniami odżywiania. Wiem, że te studia pomogły mi poradzić sobie z anoreksją, wrócić ze swoim jedzeniem do ładu. Ja jednak traktuję ten epizod jako element znacznie większego problemu. Ale teraz wybiegam z faktami, jeszcze do tego dojdę.

 

Okres studiów i teraz

Na początku studiów nadal zmagałam się z bólami brzucha, przez co nadal mało jadłam. Za to dalej wkuwałam, ile tylko się dało. Starałam się zrozumieć, znaleźć rozwiązanie swoich problemów. W końcu znalazłam. Może nie rozwiązanie, co przyczynę, powoli zaczynałam składać do siebie elementy układanki, odkrywać pewne prawidłowości.

Zaczęłam wpadać w totalne doły. Były momenty, że kładłam się na łóżku i tak leżałam bez ruchu, bo wykonanie jakiejkolwiek czynności wydawało mi się ponad moje siły. Podrapanie się po nosie wydaje się wtedy nadludzkim wysiłkiem. Czujesz się wtedy jak zawieszony komputer – trwasz bez ruchu jak rzeźba z kamienia, a czas leci sobie swoim rytmem gdzieś tam obok. Po jednym z takich epizodów znowu wylądowałam u psychiatry, znów dostałam leki. Pomogły, więc przestałam brać. I tak kilka razy, wypróbowując różnych lekarzy. Opowiadałam im swoją historię i jak dochodziłam do fragmentu o anoreksji to wszystko inne przestawało dla nich istnieć – to jak się czuję teraz, uporczywe bóle brzucha, samopoczucie w okresie gimnazjum. Po usłyszeniu o anoreksji klapki na oczy i nic innego się nie liczy. Znowu dostawałam psychotropy, znowu brałam na ile mi wystarczyło, znowu wpadałam w giga-doła, znowu szłam do kolejnego psychiatry i tak kilka razy. Przeczytałam kiedyś, że anoreksja może być sposobem na przejawianie się depresji i pasowało mi to do mojego przypadku jak ulał. Nawet mówiłam o tym lekarzom, żeby ich nakierować bardziej w kierunku depresji. Ale nie, jak usłyszeli o tej nieszczęsnej anoreksji to trzymali się tej teorii jak przyklejeni jakimś super-klejem. Trafiłam w końcu na lekarkę, która też się na początku przykleiła do tej anoreksji, ale że przypadła mi do gustu, to kontynuowałam u niej leczenie. I po którymś spotkaniu ona sama stwierdziła, że to jej wygląda, że moim głównym problemem jest depresja, a anoreksja była pewnym sposobem przejawiania się depresji. Wreszcie! Normalnie czułam się, jakbym wygrała w totka.

O kurcze, historia mi się rozwlekła jakby starutki marynarz, który opłynął wszystkie morza opowiadał swoje przygody… Dobra, postaram się zmierzać w kierunku portu bardziej prostą drogą.

Od dłuższego czasu mam nastrojową sinusoidę. Dzień do dnia potrafi być kompletnie niepodobny. Jednego dnia mam mnóstwo pomysłów, jestem pełna entuzjazmu, snuję plany i marzenia. Następnego dnia siedzę gapiąc się niewidzącym wzrokiem w ścianę i pragnę tylko tego, żeby przestać istnieć. Wszystkie plany, marzenia, wszystko, co do tej pory zrobiłam, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Mam wrażenie, że całe moje życie to walka ze sobą. Walka, którą po tylu latach jestem już strasznie zmęczona.

 

„Dobra bajka ma morał, a zła nie ma morału.”

(to cytat z mojej ulubionej powieści, puszczam oczko do osób, które wiedzą skąd 😉)

No właśnie –  co wynika z tej mojej opowieści? Chciałabym zostawić Was po lekturze tego posta z pewnymi wnioskami.

Wróćmy zatem do perfekcjonizmu. Jak perfekcjonistę widzi otoczenie? Osoba dokładna, sumienna, wzorowy uczeń, świetny pracownik. Ale jak to wygląda od tej drugiej strony? Brak poczucia własnej wartości, przeświadczenie o tym, że jest się do niczego, ciągłe pretensje do siebie, że „robię za mało, za mało się staram, mogłam lepiej, dokładniej”. Śrubowanie wymagań wobec siebie i ciągłe niezadowolenie z siebie. A od tego już prosta droga do znacznie cięższych problemów. Myślę, że osób, które się z tym zmagają jest całkiem sporo, a że perfekcjonista sam tego nie zauważy, to tu jest ważna rola osób z otoczenia. Bardzo trudna, bo de facto w zachowaniu takiej osoby nie ma nic złego.

Do tego dochodzą współczesne realia – perfekcyjny wizerunek kreowany w mediach (w tym społecznościowych), ciągły przekaz „bądź naj-”. To tylko utrwala zachowania perfekcjonistyczne. Dlatego chcę zwrócić na to uwagę – aktualny sposób życia bardzo sprzyja wszelkim zaburzeniom psychicznym. To zresztą pokazują statystyki, problemy tego typu dotykają coraz większej ilości osób i w coraz młodszym wieku. Dobrze, że się coraz więcej o tym mówi, rośnie świadomość, a ja chcę dołożyć w kwestii jakąś małą cegiełkę od siebie.

A jak to się ma do wykonywanego przeze mnie zawodu? Czy depresja i anoreksja skreślają mnie jako specjalistę w dziedzinie dietetyki i psychodietetyki? Oczywiście pozostawiam tę decyzję każdemu z Was. Ale wiem też, że moje doświadczenia pozwoliły mi wiele rzeczy lepiej zrozumieć. Staram się łączyć rzetelną wiedzę naukową z tym, co przeszłam sama na sobie. To co mogę od siebie ofiarować osobom, które zmagają się z podobnymi problemami to zrozumienie. A wiem, że zrozumienie (ale takie prawdziwe zrozumienie!) jest warte milion razy więcej niż „Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Głowa do góry. Weź się w garść. Myśl pozytywnie. No weź nie przesadzaj, że jest ci tak źle – ludzie w Afryce umierają z głodu” itd. Wiem, jak to jest zmagać się z anoreksją, wiem, jakie to koszmarne uczucie cierpieć na napady jedzenia (tak, z czymś takim też zmagałam się przez parę lat, w przebiegu anoreksji). Wiem, jak to jest nienawidzić siebie i swojego ciała. To nie oznacza, że we wszystkich tych problemach umiem pomóc, jestem teraz alfą i omegą, jestem i psychologiem, i psychoterapeutą, i psychiatrą. Bo nie, nie jestem. Ale mogę być wsparciem, mogę powiedzieć „rozumiem, co czujesz” i nie będą to czcze słowa, bo sama przechodziłam to na sobie.

Dlatego też jestem zwolenniczką racjonalnego podejścia do zdrowego odżywiania i uważam, że żadne skrajności nie są dobre. Mam też dużą świadomość tego, jak ogromne znaczenie ma psychika, w tym w kontekście zmiany nawyków żywieniowych. Że skupienie się tylko na jedzeniu to znacznie za mało.

 

Jak widzicie historia moich problemów nie jest jeszcze zakończona. Powtórzę jeszcze to, co pisałam na początku. Nie publikuję tego w ramach wylewania żalów, chcę raczej zwrócić uwagę na pewne problemy, które dotykają coraz więcej osób, dać do myślenia, może pomóc komuś lepiej zrozumieć siebie albo kogoś ze swoich bliskich. Podkreślam też, że nikogo nie winię, do nikogo nie mam pretensji, że moje życie potoczyło się tak a nie inaczej.

 

Zdjęcie na początku na licencji CC0, pixabay.com