swiatowy-dzien-walki-z-depresja

Światowy Dzień Walki z Depresją

Dzisiaj 23 lutego, obchodzony jest Światowy Dzień Walki z Depresją. W obecnych czasach ciężko przejść koło tego tematu obojętnie, a pandemia koronawirusa tylko nasila problem.

Problem, który według badań z zeszłego roku został diagnozowany u co 10. osoby1. A ile osób jest niezdiagnozowanych?

 

Praktycznie codziennie oglądając wiadomości czy przeglądając internet czytamy o wypadkach samochodowych i ofiarach śmiertelnych. A czy wiecie, że aktualnie więcej osób umiera popełniając samobójstwo niż ginie w wypadkach?2

Statystyki są zatrważające, a z roku na rok jest coraz gorzej.

 

Depresja – moje przemyślenia

Ale zostawmy statystyki. Nieprzekonanych raczej nie przekonam, że problem jest realny, tych, którzy uważają, że lekiem na depresję jest „ciesz się życiem!” również. Zresztą nie o tym chciałam przede wszystkim pisać.

Chciałam napisać z perspektywy osoby, która z depresją zmaga się od wielu lat. Zmaga? Walczy? Cierpi na depresję? Tu nie ma dobrego określenia. Czasami się walczy i wygrywa, innym razem przegrywa, a czasem tej walki nawet nie ma siły się podjąć. Czasem da się normalnie funkcjonować, a innym razem jest się wyłączonym z życia. Z depresji można się wyleczyć, ale do tego czasu się ją ma, bez względu na to, czy akurat ma się dobry nastrój czy totalnego doła. Dlatego tak często depresji nie widać. Można przez wiele lat żyć z depresją tak, by otoczenie o niczym nie miało pojęcia. Myślę, że w moim przypadku zaczęło się to… hmm… 16 lat temu? Wtedy o depresji nie mówiło się praktycznie wcale, a już na pewno nie o depresji wśród dzieci i nastolatków. Z perspektywy czasu wiem, że to, co wtedy czułam, to typowe objawy depresji. Ale czy gdybym miała tego świadomość, to czy przyznałabym się do takich problemów? Nie wiem.

Nie jest łatwo komukolwiek o tym powiedzieć. Przyznać się. Wstydzimy się swoich problemów. Boimy się poprosić o pomoc. A czasem wychodzimy z założenia, że skoro problem jest w nas, to my sami musimy sobie z nim poradzić. Albo – co gorsza – żyjemy w tym koszmarnym przeświadczeniu, że jeżeli sami nie poradzimy sobie ze swoimi problemami, to znaczy, że nie jesteśmy nic warci…

Też myślałam w ten sposób przez bardzo, bardzo długi czas. I wierzcie mi – to nieprawda. Jeżeli zauważacie u siebie takie problemy, to nie bójcie się zwrócić o pomoc! Nie jesteście z tym sami! Ani nie jesteście jedynymi ludźmi, którzy to przechodzą! Im szybciej poszukacie fachowej pomocy, tym lepiej dla Was!

Wiem, że to wstydliwa sprawa, żeby zwrócić się do psychologa i chodzić na TERAPIĘ. A jeszcze „gorzej” pójść do PSYCHIATRY. No bo przecież psychiatra jest od czubków, a ja czubkiem nie jestem… Ileż nam wszystkim byłoby łatwiej, gdyby nie takie głupie stereotypy?! Branie leków psychotropowych to kolejny temat tabu. I kolejny szkodliwy stereotyp. No bo jak bierzesz leki, to już na pewno jesteś świrem… Albo opinie typu: Nie bierz tego, bo to chemia! Te leki uzależniają! I tak dalej. Bzdura. Branie takich leków nie sprawia, że stajemy się lekowymi ćpunami. A powiem Wam szczerze, że ONE NAPRAWDĘ POMAGAJĄ!

A jak wstydzicie się brać takie leki, to wiedzcie, że ja od dobrych pięciu lat (kurcze, kiedy to zleciało!) biorę codziennie. Przerobiłam już kilka różnych substancji. I serio, one są pomocne, szczególnie na początku – dają niesamowitą ulgę. Więc nie bójcie się, nie wstydźcie się!

 

Depresja – kobiecy problem?

Pozostając w temacie wstydu. Fakt, że o depresji od paru lat mówi się coraz śmielej, coraz więcej. Coraz więcej osób przyznaje się do swoich problemów. Przede wszystkim kobiety. Kobietom jakoś łatwiej mówić o swoich uczuciach. I tu pojawia się kolejny problem. Przyjęło się uważać, że depresja to „kobiecy” problem. Dodajmy do tego stereotyp o mężczyznach-macho i okazuje się, że przez to mężczyźni jeszcze bardziej wstydzą się przyznać do zaburzeń depresyjnych, jeszcze bardziej wstydzą się mówić o swoich uczuciach. Bo takie nie-męskie… Przez co często panowie nie szukają pomocy, a zamiast tego topią problemy w alkoholu.

A prawda jest taka, że depresja dotyka tak samo często kobiet, jak i mężczyzn.

 

Zrozumienie

Wybaczcie, że ten dzisiejszy wpis jest taki chaotyczny. Ale jest bardzo szczery i spontaniczny. Dzisiaj piszę to, co mi ślina na język przyniesie. Chciałam się jeszcze z Wami podzielić wskazówkami, czego nie mówić osobie mającej „doła”. Czyli coś dla rodziny i bliskich. Tak w ogóle planowałam tylko o tym napisać. To był mój pierwszy pomysł, jak siadałam do pisania tego posta. Ale temat jest zbyt ważny i mam do niego też mocno osobisty stosunek, żeby machnąć trzy zdania i koniec.

Wiecie czego (według mnie) najbardziej brakuje osobom z depresją?

Zrozumienia.

A gdy ma się doła, to się człowiek zastanawia: Co się ze mną dzieje? Co jest ze mną nie tak? Dlaczego ja się tak czuję? Poczucie bezradności jest w tym momencie rozrywające.

 

Miałam takie momenty, że nie byłam w stanie wykonać choćby najmniejszego ruchu.

Bywały momenty, kiedy wypłakałam wszystkie łzy i płakałam dalej.

W niektóre dni mogłam godzinami siedzieć i gapić się w ścianę z totalną pustką w głowie.

 

Domyślam się, że dla otoczenia może to być co najmniej dziwne. Niezrozumiałe. Ale jak to nie jesteś w stanie ruszyć się z łóżka? Przecież to jakiś absurd!

 

A ten brak zrozumienia, to najgorsza rzecz, jaką można „dać” osobie z depresją.

 

Czego nie mówić osobie z depresją?

Dlatego mam dla Was listę „czego nie mówić osobie z depresją”:

  • Nie martw się! Wszystko będzie dobrze!
  • Czym ty się martwisz?
  • Weź się w garść!
  • Zobacz, jaki świat jest piękny!
  • Życie jest piękne!
  • Głowa do góry!
  • Zobaczysz, wszystko się ułoży!

Te i temu podobne teksty bynajmniej nie pomagają. Dajecie w ten sposób sygnał, że kompletnie nie rozumiecie tej osoby, że bagatelizujecie jej problem. Że nie ma co na Was liczyć. W efekcie osoba z depresją jeszcze bardziej zamyka się w sobie, a co więcej utwierdza się w przekonaniu, że problem leży w niej – oczywiście depresja to bardzo skomplikowane zagadnienie, ale zawsze wpływ mają czynniki zewnętrzne. To nie jest problem tylko i wyłącznie wynikający z danej osoby.

No i jeszcze „wisienka na torcie”, czyli:

  • Masz świetne życie – dom, rodzinę, pracę. Czym tu się martwić! Pomyśl o dzieciach w Afryce, które nawet nie mają co jeść. One to dopiero mają problemy!

Albo coś w tym stylu, w każdym razie odwołujące się do biednych, bezdomnych, sierot itp. Taka „motywacja” to najgorsze, co można zrobić. Nie dosyć, że znowu dajecie sygnał, że nie rozumiecie tej osoby, to jeszcze wpędzacie ją w poczucie winy! A wierzcie mi, osoba z depresją ma już duże poczucie winy i jeszcze większe poczucie nienawiści do siebie. Nie pogarszajcie tego!

Chcecie pomóc? Wysłuchajcie. Jeżeli ta osoba nie chce mówić – przytulcie. Nawet nic nie mówiąc samemu. Dajcie się wypłakać. Spytajcie, jak możecie pomóc. Czasami lepiej nie mówić nic, ale być po prostu wspierającą obecnością.

 

Się rozpisałam, jak to zwykle ja. Oczywiście nie jestem specjalistą od depresji, to tylko moje doświadczenia i moje przemyślenia. Ale też kawałek mojej historii. Wiem, jak może pomóc, przeczytanie historii kogoś, kto ma podobnie. W swojej pracy zawodowej stykam się z osobami, które też mają depresję. Staram się wtedy szczerze opowiedzieć o tym, że też się z tym mierzę. Opowiedzieć o tym, co teraz opisałam. Wiem, że to wielu osobom pomogło. Wiem, że udało mi się zachęcić innych do szukania pomocy np. u psychiatry. Dlatego dzielę się swoją historią, bo może więcej osób z tego skorzysta. Poczuje się lepiej po przeczytaniu. Znajdzie zrozumienie.

 

Jeżeli chcecie podzielić się swoją historią, swoimi przemyśleniami, coś dodać, to śmiało – sekcja z komentarzami jest Wasza! Ściskam mocno wszystkich, których takie problemy też dotknęły!

 


Źródła:

  1. Medonet: Narodowy Test Zdrowia Polaków 2020. Raport. Kraków, 2020.
  2. Główny Urząd Statystyczny: Rocznik demograficzny. Warszawa, 2020.

 

Zdjęcie na licencji CC0, pixabay.com

podsumowanie-roku-2020

Podsumowanie roku 2020

Ehkem… Jak tu zacząć? Bo jaki był ten rok, to wszyscy wiecie i najchętniej spuściłoby się na niego zasłonę milczenia. Było kiepsko, było ciężko, jednak wcale nie chciałabym wymazać tego roku ze swojego życiorysu.

 

Pandemia

W tym roku karty rozdawał koronawirus. Pokrzyżował mi wiele planów. Ale całkiem szczerze, to moja sytuacja nie była wcale zła. Fakt, że na początku epidemii, w marcu-kwietniu, czułam się totalnie odrealniona, jakbym wbrew własnej woli trafiła do filmu katastroficznego jako statysta. Ogólna panika, puste półki w sklepie, które ukazały się moim oczom po 40-minutowym oczekiwaniu, żeby w ogóle wejść do osiedlowego L. Apteka obklejona folią odgradzającą klientów od personelu, wszędzie ostrzeżenia. Prawie wszystko pozamykane, puste ulice. Ja też musiałam z dnia na dzień odwołać wszystkie konsultacje stacjonarne i przenieść je online. Na szczęście prowadziłam już wcześniej konsultacje przez internet. Na szczęście w moim zawodzie da się pracować zdalnie. Na szczęście pracuję w bardzo elastyczny sposób (np. wynajmuję gabinety na godziny), więc nie było to dla mnie problemem. Jedyny szkopuł w tym, że wtedy wszyscy zrezygnowali z konsultacji…

Siedzenie w domu dla mnie jako singla-introwertyka też nie było takie straszne. Z braku laku na początku pandemii nadrabiałam serialowe zaległości. W niepoddaniu się złemu nastrojowi pomagały mi memy z papierem toaletowym i makaronem. I słynny kij do stukania w parapet, żeby dostać skierowanie ?. Starałam się dostosować do sytuacji zamiast tracić energię na zamartwianie się. Wiosenny lockdown zniosłam naprawdę dobrze, najbardziej cierpiałam, kiedy zamknięto lasy i nie mogłam wyjść na nordic walking. Jak miałam już przesyt seriali, to zabrałam się za zaczęty dawno temu projekt, który ogólnie udało mi się w tym roku moooocno pchnąć do przodu, co uważam za największy sukces w 2020. Co prawda miałam nadzieję, że go skończę do końca grudnia, ale w międzyczasie rozrósł się stanowczo przerastając moje oczekiwania i możliwości. Więcej na razie nie zdradzę ?.

 

Plany pokrzyżowane przez pandemię

Wielu rzeczy z powodu COVIDu nie udało mi się zrobić. I tego mi bardzo, bardzo w tym roku brakuje:

  1. WARSZTATY. Miałyśmy z Asią bardzo fajne plany na warsztaty stacjonarne robione z ramienia Fundacji Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie. Udało się zrobić tylko jedne, na przełomie stycznia i lutego. Miałyśmy już dopięte na ostatni guzik drugie warsztaty – w marcu. Miały się odbyć w sobotę w tym tygodniu, kiedy zamknięto szkoły. Pamiętacie ten moment? To zamknięcie szkół było jak przewrócenie pierwszej kostki domina, potem w okamgnieniu posypało się zamykanie innych miejsc, obostrzenia, lockdown itd. I te warsztaty trzeba było odwołać. Tak samo jak zaplanowane na dalsze miesiące. Prowadzenie warsztatów dla pacjentów jest mega wyczerpujące i stresujące, ale daje ogromną satysfakcję. Jest też świetnym urozmaiceniem mojej pracy i strasznie mi ich brakuje. Podobnie jak konferencji organizowanej przez Fundację, na której można było spotkać się z resztą ekipy. Czy stacjonarnych szkoleń i konferencji dla specjalistów, podczas których można było wymienić się doświadczeniami z innymi dietetykami i nawiązać ciekawe nowe znajomości. Oj tak, tęsknię za tym…
  2. WYJAZDY. Mieliśmy w planie rodzinny wyjazd (ten pomysł kiełkował zresztą od kilku lat) na tydzień do Rzymu na początku kwietnia. Co za chichot losu – Rzym w kwietniu 2020! „Lepszym” pomysłem byłoby tylko Wuhan w tym czasie… ? Zamiast tego w kwietniu było jedzenie rodzinnego śniadania wielkanocnego za pośrednictwem Skype’a. Poza tym miałam ogromną nadzieję na jakiś letni wyjazd za granicę (ostatnio byłam w 2017 roku) i ładowanie baterii słonecznych. Tak bardzo tego potrzebowałam! Udał się tylko tygodniowy wypad w Bieszczady, po którym moje baterie słoneczne (serio, ja mam wrażenie, że działam na baterie słoneczne i pogoda bardzo mocno wpływa na mój nastrój i chęć działania) wyczerpały się już w październiku.
  3. KONCERTY. Jakie miały być genialne koncerty w tym roku! Jak ja się na nie cieszyłam! Jak ja na nie czekałam! Oczywiście wszystkie przełożone, z czego jeden na 2022! ??? I tak kończę ten rok z kupionymi 3 biletami, które czekają aż pandemia się skończy.

 

Druga fala i Strajk Kobiet

Ostatnie miesiące tego roku wykończyły mnie psychicznie. Druga fala pandemii, kryzys w ochronie zdrowia i zalew negatywnych wiadomości. A potem wyrok Trybunału Konstytucyjnego, Strajk Kobiet i wylanie się narodowej frustracji, którą ja też czułam (i czuję). Bardzo mocno przeżywałam te wydarzenia i całą tę sytuację w kraju.

 

W efekcie właściwie od połowy października czułam się jak przeżuta i wypluta przez życie, rozpłaszczona przez emocjonalny walec, z twórczą pustką w środku i głową, która nie kontaktuje z resztą ciała. Stąd moja bardzo mała aktywność na blogu i w mediach społecznościowych. Na szczęście w okresie świątecznym zafundowałam sobie sporo wolnego, bez gapienia się w laptop czy telefon, co mi pomogło poczuć się lepiej.

 

Wyzwania

Ciężko mówić o jakichś specjalnych sukcesach w tym roku. Było natomiast sporo wyzwań, którym udało mi się sprostać. Poprowadziłam kilka transmisji live na Facebooku, a także 2 webinary, nabierając tym samym wprawy w mówieniu do telefonu czy komputera. Początkowo było to dziwne, bo byłam przyzwyczajona do mówienia do ludzi, których fizycznie mam przed sobą. Trafiło mi się kolejne wystąpienie w radiu (znowu gadanie!), a także przeprowadziłam wykład o zamiennikach cukru na zaproszenie Muzeum Farmacji w Warszawie. Sporo czasu w tym roku poświęciłam na dokształcanie się, wzięłam udział w szkoleniach i konferencjach, w których „normalnie” nie uczestniczyłabym, ponieważ odbywałyby się w innym mieście. A tak wszystko było online, aż w którymś momencie czułam totalny przesyt.

 

 

Ale chyba największym wyzwaniem były konsultacje psychodietetyczne z moimi podopiecznymi, którzy w związku z pandemią mieli problemy z nadmiernym jedzeniem. Wydaje mi się, że wręcz większość konsultacji było pod kątem psychologicznym niż stricte dietetycznym.

 

Do przełomu lat podchodzę bardzo racjonalnie i wiem, że 31 grudnia nie różni się diametralnie od 1 stycznia. Ale jednak 2020 mam dość. Idź sobie! W tym roku wyjątkowo chcę wierzyć, że nastąpi jakiś cud i obudzę się jutro w 2021 roku w nowej rzeczywistości.

 

Na koniec chciałabym Wam złożyć noworoczne życzenia. Oby w 2021 roku nastała normalność. Czy to będzie stara normalność czy nowa normalność – nieważne, oby po prostu ta pandemia wreszcie się skończyła, żeby można było swobodnie wychodzić, podróżować, spotykać się. Normalnie żyć i normalnie pracować. Więcej być offline. Życzę Wam zdrowia – i tego fizycznego i psychicznego, żebyście w szalonej codzienności znajdowali czas dla siebie i umieli się sobą zaopiekować, bo to jest coś, czego nam wszystkim bardzo brakuje.

Powodzenia i sukcesów w nowym 2021 roku!

 

Zdjęcia na licencji CC0, pixabay.com

papierosy-a-insulinoopornosc

Papierosy a insulinooporność

Jako, że mamy dzisiaj Światowy Dzień Rzucania Palenia, mam dla Was artykuł w tym temacie.

O tym, że palenie jest szkodliwe dla zdrowia praktycznie nikogo przekonywać nie trzeba.
Papierosy kojarzymy najczęściej z rakiem płuc, powoli przebija się do powszechnej świadomości, że sprzyjają one także chorobom układu krążenia.
A czy wiecie, że palenie zwiększa także ryzyko insulinooporności i cukrzycy typu 2?

Dokładniej na temat przeczytacie w artykule, który napisałam dla Fundacji Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie.

 

[mks_button size=”large” title=”Przejdź do artykułu” style=”rounded” url=”https://insulinoopornosc.com/papierosyaio/” target=”_self” bg_color=”#ffa310″ txt_color=”#FFFFFF” icon=”fa-external-link” icon_type=”fa” nofollow=”0″]
 

Zdjęcie na licencji CC0, unsplash.com

platki-drozdzowe-przyprawa-warta-uwagi

Płatki drożdżowe – przyprawa warta uwagi

Być może zwróciliście uwagę, że w niektórych moich przepisach wśród składników pojawiają się płatki drożdżowe. Dzisiaj chciałam Wam przybliżyć ten mało znany – ale ostatnimi czasy zyskujący na popularności – składnik.

 

Płatki drożdżowe – co to takiego?

Żeby najłatwiej zrozumieć, czym te płatki drożdżowe są, wyobraźcie sobie, że mieszacie bardzo dokładnie drożdże (takie najzwyklejsze kupowane w formie kostki) z wodą, wylewacie cieniutką warstwą na nieprzywierającą blachę i suszycie. Potem wystarczy pokruszyć taką wyschniętą warstwę na kawałki i gotowe. Tym mniej więcej są płatki drożdżowe.

Jako, że są to drożdże poddane działaniu wysokiej temperatury, to ciasto na nich nie wyrośnie. No dobra, ale po co dodawać je do potraw?

 

Do czego wykorzystać płatki drożdżowe?

Jak napisałam w tytule, płatki drożdżowe stosuje się w roli przyprawy. Dodane w niewielkiej ilości uwydatniają smak potraw, a gdy użyjemy ich więcej nadają serowego posmaku. Stąd są chętnie stosowane w kuchni wegańskiej jako zamiennik żółtych serów.

Wracając jednak to tej ich właściwości polegającej na wydobywaniu smaku – dzieje się tak, ponieważ płatki drożdżowe są źródłem piątego smaku zwanego umami. To słowo pochodzi z języka japońskiego i oznacza: smakowity, pełny, ale także: mięsny, bulionowy. Smak umami to smak… glutaminiamu sodu i innych podobnych substancji. Tak, dokładnie, tego właśnie „wyklętego” przez osoby promujące zdrowe odżywianie glutaminianu sodu. Czym innym jednak jest naturalnie występujący glutaminian sodu, a czym innym sztucznie dosypywany do wszystkiego i to w nadmiernych ilościach.

Gdzie jeszcze „znajdziemy” smak umami poza płatkami drożdżowymi? W wywarach mięsnych, bo to właśnie on odpowiada za ten charakterystyczny smak rosołu i bulionu. Także w serach długo dojrzewających, szczególnie w parmezanie, w suszonych pomidorach i grzybach, w sosie sojowym, dojrzewających produktach mięsnych i rybnych. Przyznacie, że te produkty mają bardzo intensywny smak? Już wiecie, dlaczego!

Dodatek glutaminianu sodu (najlepiej w tej naturalnej formie) pozwala ograniczyć ilość używanej soli, ponieważ sprawia on, że słony smak jest mocniej wyczuwalny.

Wracając do bohatera tego wpisu, płatki drożdżowe można użyć:

  • jako uniwersalną i naturalną przyprawę podkreślającą smak potraw; uwaga: wytrawnych potraw, nie nadają się do dań na słodko ?;
  • jako zamiennik sera i wykorzystać do zrobienia wegańskiego parmezanu albo do posypania potrawy z wierzchu;
  • są one też niezłym źródłem witamin z grupy B.

 

Wartości odżywcze płatków drożdżowych

Napisałam „niezłym źródłem witamin z grupy B”, co jest znacznym niedopowiedzeniem. Nie chciałam odkrywać wszystkich kart za jednym zamachem. Już zagłębiam się dokładniej w ten temat.

Konkretnie płatki drożdżowe zawierają dużo witaminy B1, B2, B3, B6 oraz trochę mniej imponujące, ale nadal znaczące ilości kwasu foliowego. Posługując się zaś konkretnymi liczbami wygląda to następująco:

  1 łyżka pokrywa:
  W 100 g W 1 łyżce (5 g) % zapotrzebowania dla kobiet % zapotrzebowania dla mężczyzn
Witamina B1 48 mg 2,4 218 185
Witamina B2 48 mg 2,4 218 185
Witamina B3 (PP) 280 mg 14 100 88
Witamina B6 48 mg 2,4 185 185
Kwas foliowy 4800 μg 240 60 60
[źródło: https://nutritiondata.self.com/facts/custom/861742/2; dostęp: 08.11.2020; Jarosz, 2017]

 

Żeby nie było tak różowo…

… wartości odżywcze znalezione w różnych źródłach różnią się między sobą. Ot, po prostu płatki drożdżowe różnych producentów mają różną zawartość chociażby pokazanych przeze mnie witamin z grupy B. Wybrałam tutaj produkt z pośrednimi wartościami. Jednak te różnice skutkują tym, że spożycie łyżki płatków drożdżowych pokrywa zapotrzebowanie nie w 200% a w 100% (przyznacie, że nie ma się, czym martwić ?) albo w 250%. Co bynajmniej nie zmienia faktu, że płatki drożdżowe dobrym źródłem witamin z grupy B są ?.

A teraz tak na serio dokładając łyżkę dziegciu do beczki miodu – płatki drożdżowe zawierają tyraminę, na którą niektóre osoby są bardziej wrażliwe. Także powinni uważać ci, którzy zażywają leki z grupy inhibitorów monoaminooksydazy (MAO), do których należą niektóre leki przeciwdepresyjne, przeciwbakteryjne i przeciwgruźlicze (dlatego tak ważne jest czytanie ulotek!). Te leki zaburzają proces usuwania tyraminy z organizmu. To z kolei objawia się gwałtownym wzrostem ciśnienia tętniczego krwi, kołataniem serca, bólami głowy, występowaniem mdłości i wymiotów. Tyramina znajduje się w wielu produktach dojrzewających, tj. serach, wędlinach, rybach wędzonych albo anchois, przejrzałych bananach, winach itp.

 

 

Płatki drożdżowe stanowią ciekawą przyprawę i mogą być wartościowym uzupełnieniem diety w witaminy z grupy B. Są naturalnym źródłem piątego smaku – umami – i o ile nie jestem zwolenniczką glutaminianu sodu stosowanego jako składnik żywności (głównie dlatego, że jest używany w zbyt dużych ilościach, nagminnie, do żywności słabej jakości i czasami zgodnie z zasadą: z glutaminianem sodu da się zjeść wszystko), to używanie naturalnych źródeł umami jest przydatne w kuchni.

 


Źródła:

skrobia-oporna

Skrobia oporna – sprzymierzeniec insulinoopornych (i nie tylko)

Niedawno na stronie Fundacji Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie ukazał się artykuł mojego autorstwa na temat skrobi opornej.

Słyszeliście o czymś takim?

Warto zainteresować się tematem, ponieważ skrobia oporna wykazuje wiele prozdrowotnych właściwości! Istotnych nie tylko dla osób z insulinoopornością 🙂

 

[mks_button size=”large” title=”Przejdź do artykułu” style=”rounded” url=”https://insulinoopornosc.com/skrobia-oporna-sprzymierzeniec-insulinoopornych/” target=”_self” bg_color=”#ffa310″ txt_color=”#FFFFFF” icon=”fa-external-link” icon_type=”fa” nofollow=”0″]
 

Dajcie znać, czy ten artykuł był dla Was pomocny, ponieważ poświęciłam na niego naprawdę mnóstwo pracy! 😉

 

Zdjęcie: freepik – pl.freepik.com

podatek-cukrowy

Podatek cukrowy – moje zdanie

W zeszłym tygodniu na swoim fanpage’u zachęcałam Was do posłuchania audycji na temat podatku cukrowego z moim udziałem. Los jednak w międzyczasie coś namieszał… ? Byłam umówiona na taki temat rozmowy, ale okazało się, że dyskusja dotyczyła po prostu cukru, a o podatku nie padło ani słowo. Dla mnie w sumie wszystko jedno, o czym mówić, ale kto spodziewał się posłuchać o nadchodzącym kolejnym podatku, ten się niestety zawiódł.

Dlatego postanowiłam, że napiszę tutaj to, co miałam nadzieję powiedzieć na antenie ?.

Oczywiście tak czy siak zapraszam Was do posłuchania audycji w Radio Dla Ciebie z moim gościnnym udziałem:

[mks_button size=”large” title=”Posłuchaj audycji” style=”rounded” url=”https://www.rdc.pl/podcast/poludnie-z-animuszem-jak-zyc-bez-cukru-ktory-nie-sprzyja-zdrowiu/”>https://www.rdc.pl/podcast/poludnie-z-animuszem-jak-zyc-bez-cukru-ktory-nie-sprzyja-zdrowiu/” target=”_self” bg_color=”#ffa310″ txt_color=”#FFFFFF” icon=”fa-external-link” icon_type=”fa” nofollow=”0″]
 

 

Podatek cukrowy – tak czy nie?

Tak jak mamy gorzki podatek i słodki cukier, tak samo moje odczucia względem tego tematu są mocno mieszane. I to bardziej w stronę na „nie”. Mam wrażenie, że ten podatek bardziej ma na celu łatać dziurę budżetową niż poprawić stan zdrowia Polaków.

Tak naprawdę jedyny argument „za”, jaki widzę, to przypadki innych krajów, w których taki podatek wprowadzono. Okej, to DUŻY argument, jednak ja nadal mam swoje „ale”. Bo jednak – wybaczcie – ale Polacy to Polacy. Dusza kombinatora, lubią prawo obchodzić, choćby było z tym więcej zachodu niż z trzymaniem się go. Jak na drodze jest ograniczenie do 50-tki, to jazda wolniej niż 60 na godzinę, to obraza polskości. I tak dalej. Zresztą, co ja Wam będę tłumaczyć… ?

Insza inszość, że nie wiem, jak to wygląda w tych innych krajach z edukacją żywieniową. Czy wprowadzenie podatku cukrowego to naprawdę jedyna przyczyna mniejszego spożycia cukru? To pytanie i tak pozostanie bez odpowiedzi, bo bardzo ciężko to zbadać.

 

Podatek cukrowy przez pryzmat psychologii

Zastanawiając się nad tym tematem szybko weszłam w „tryb psychodietetyka”. Z psychologicznego punktu widzenia zmuszanie, narzucanie komuś czegoś rodzi bunt. Podatek cukrowy to taki sygnał na zasadzie: „Zmusimy cię do jedzenia mniejszej ilości cukru, podnosząc ci cenę”. No, aż samo się prosi, żeby pokazać rządzącym środkowy palec i krzyknąć „Ja wam jeszcze pokażę!”. To tak jak słynne „na złość mamie odmroził sobie uszy”. Mechanizm świetnie znany psychologii jako zjawisko reaktancji, uznawany wręcz za oczywistą oczywistość. Nasz umysł tak reaguje.

Oczywiście da się kogoś w końcu do czegoś zmusić, można narzucić swoją wolę w różny sposób. Ale to działa, póki się kogoś pilnuje. Mówiąc bardziej fachowym językiem, jest to motywacja zewnętrzna. Robię coś, bo muszę. Ale jak tylko „motywator zewnętrzny” zniknie, to już tego robić nie będę. Dużo bardziej skuteczna jest motywacja wewnętrzna. Na zasadzie: robię, bo chcę. Robię to, bo wynika to ze mnie, z moich przekonań, wartości itp. To moja decyzja, że to robię. Zapewne „czujecie”, że taka motywacja wewnętrzna jest dużo bardziej skuteczna.

Jednym z czynników, które pozwalają kształtować motywację wewnętrzną, jest edukacja. Wiedza na temat tego, dlaczego np. warto zrezygnować z jedzenia niezdrowych produktów oraz na co je zamienić. Brzmi banalnie, ale badania i statystyki są zgodne, że edukacja na temat prawidłowego odżywiania poprawia nawyki żywieniowe. A raczej powinnam napisać, że „ludzie zmieniają swoje nawyki żywieniowe (przez nikogo nie zmuszani)”.

Sytuacją, kiedy ewidentnie edukacji zabrakło i w efekcie nic z tego nie wyszło, była tzw. ustawa sklepikowa. Zamysł jak najbardziej dobry, ale sposób, w jaki wprowadzono go w życie pogrzebał słuszną ideę. Za szybko, zbyt gwałtownie, bez przygotowania i bez wcześniejszych programów edukacyjnych, zarówno dla uczniów, jak i pracowników sklepików. Chyba najbardziej wymownym sygnałem, że coś z tą ustawą poszło nie tak, był ogromny sprzeciw rodziców. Czyżby rodzicom nie zależało, żeby ich dzieci odżywiały się zdrowo? Ba, pewnie każdy spytany rodzic deklarowałby, że to dla niego ważne. A jednak „wojna o drożdżówkę” była. Przy okazji wraca nam temat reaktancji.

 

Pieniądze to nie wszystko…

Pomysł z podatkiem cukrowym zakłada, że skoro słodzone napoje będą droższe, to ludzie będą kupować ich mniej. Myśląc o tym przyszła mi do głowy dosyć w sumie podobna sytuacja z papierosami. Na pewno widzicie w ostatnich latach znaczy spadek ilości osób palących. Szukałam w związku z tym badań mówiących o powodach, dla których ludzie rezygnują z palenia. Niestety stricte czegoś takiego nie znalazłam, ale trafiłam na „Raport z ogólnopolskiego badania ankietowego na temat postaw wobec palenia tytoniu” zrealizowanych dla GISu.

Zakładając, że wysoka cena zniechęca do zakupu, logicznym wydawałoby się, że osoby w gorszej sytuacji materialnej będą palić rzadziej. Tymczasem jest… dokładnie na odwrót.

Tak wyglądały odsetki palących w zależności od sytuacji materialnej w 2019 roku:

źródło: Raport z ogólnopolskiego badania ankietowego na temat postaw wobec palenia tytoniu. Kantar dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Październik 2019.

 

A tak w badaniach z 2015 roku (jeszcze „lepiej”):

źródło: Raport z ogólnopolskiego badania ankietowego na temat postaw wobec palenia tytoniu. TNS Polska dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Warszawa 2015.

 

Stąd tym bardziej moja wątpliwość, czy podatek cukrowy to dobra droga do celu?

Poza tym zakładam (a może niesłusznie?), że ten podatek będzie skutkował po prostu wzrostem cen zamiast obniżeniem zawartości cukru w produktach. Konsumenci są przyzwyczajeni do konkretnego smaku, więc zmniejszenie ilości cukru w produkcie z perspektywy producenta może być bardzo ryzykownym posunięciem.  Producenci mogą stracić dużo więcej, gdy konsumenci przestaną kupować produkt, bo nie będzie im już smakował niż w sytuacji, gdy będą kupować rzadziej z powodu wzrostu ceny.

 

Opodatkowane napoje

I specjalnie na koniec swojego wywodu zostawiłam kwestię produktów, które podatek cukrowy obejmie. A mianowicie dotyczy on tylko napojów słodzonych cukrem, słodzikami lub miodem oraz napojów energetycznych (generalnie napojów o działaniu pobudzającym zawierających kofeinę lub taurynę). Tylko że napoje to tylko wierzchołek góry lodowej produktów, do których dodawany jest cukier. A co z totalnie przesłodzonymi słodyczami? Co z produktami, w których cukier jest de facto zbędny? Z wędlinami, przyprawami, gotowymi daniami? Co z udającymi zdrowe produktami typu musli, płatki śniadaniowe, batony zbożowe? Co z produktami kierowanymi do dzieci – słodkimi płatkami śniadaniowymi, jogurcikami, „kakałkiem” itepe? I wreszcie – co z produktami dla niemowląt, w których cukier w ogóle nie powinien się znajdować?

I nie, bynajmniej nie uważam, że wszystkie te produkty powinny zdrożeć. Bo moim zdaniem stanowczo nie tędy droga. Ale z wielu tych produktów cukier należałoby wyeliminować, bo to jest naprawdę chore, żeby ten cukier był dosłownie wszędzie. A w wielu innych produktach przynajmniej ograniczyć jego ilość.

Jak to pięknie nazwano, podatek cukrowy wchodzi w skład ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Heloł?! Gdzie tu promocja prozdrowotnych wyborów? Jak konsument ma wybierać mądrze, skoro dostaje tak samo przesłodzony produkt tylko w wyższej cenie? Jak ma wybrać, kiedy przykładowo wędlina z dobrym składem i bez cukru nie istnieje? Kiedy napoje roślinne występują tylko w wersji niesłodzonej, ale niewzbogacanej w wapń albo wzbogacanej ale słodzonej? A ja chcę wzbogacany i niesłodzony! ? Przykłady można niestety mnożyć…

 

To tyle ode mnie. Ciekawa jestem Waszych opinii ?.

 

Zdjęcie w nagłówku na licencji CC0, pixabay.com

zupa pomidorowo-soczewicowa-1

Zupa pomidorowo-soczewicowa

Wchodzę powoli w urlopowy nastrój, bo wyjeżdżam w przyszłym tygodniu ?. Ale zanim odetnę się od internetu, mediów społecznościowych i maila, chciałam się jeszcze z Wami podzielić przepisem na zupę pomidorowo-soczewicową. To tak naprawdę wariacja na temat zupy z soczewicą i pomidorami po indyjsku, którą uwielbiam, ale jako że nie wszyscy gustują w orientalnych przyprawach, to czasem robię wersję doprawioną w bardziej swojskim stylu. Jak zaraz zobaczycie w przepisie, tutaj proponuję Wam dodatek suszonego koperku. Oczywiście to może być świeży koperek albo świeża natka pietruszki, ale mnie do gustu najbardziej przypadł właśnie suszony koperek, który ma ten swój niepowtarzalny aromat. Pomysł na wykorzystanie właśnie tego „zielska” zapożyczyłam sobie od mojej cioci, która robi zupę pomidorową z dodatkiem koperku, a nie – jak stanowczo częściej to bywa – natki pietruszki.

A wiecie co jest najlepsze w tej zupie? Wcale nie koperek. I wcale nie soczewica, ani też pomidory ?. Najlepsze jest to, że robi się w trymiga! Wszystko w jednym garze, więc jest potem mało zmywania. Taka zupa pomidorowo-soczewicowa ratuje obiad, kiedy nie ma czasu / siły / ochoty (niepotrzebne skreślić) na gotowanie ?.

 

 

Składniki:

  • marchewka
  • korzeń pietruszki
  • soczewica żółta albo czerwona
  • pomidory z puszki
  • suszony koperek (zamiennie: świeży koperek, natka pietruszki – wedle gustu)
  • sól, pieprz
  • olej rzepakowy i/lub pestki słonecznika – wedle uznania

 

Wykonanie:

  1. Marchewkę i pietruszkę obrać i pokroić w kostkę. Wrzucić do garnka, dodać pomidory, wlać wody tyle, żeby warzywa były całkowicie przykryte. Zagotować i od momentu, jak woda zacznie wrzeć gotować 10 minut.
  2. Dodać żółtą soczewicę i gotować 5-7 minut. Gdyby zupa była za gęsta, dolać więcej wody.
    • Jeżeli użyjecie czerwonej soczewicy, to wrzućcie ją razem z warzywami.
  3. Pod koniec gotowania dosypać suszony koperek, żeby trochę zmiękł.
  4. Doprawić solą i pieprzem. Przed podaniem wymieszać z nierafinowanym olejem rzepakowym i/lub posypać pestkami słonecznika.

 

jak-przez-wf-znienawidzilam-aktywnosc-fizyczna

Jak przez WF znienawidziłam aktywność fizyczną – moja historia

Dokładnie 6 lat temu – 18 sierpnia 2014 roku założyłam bloga i opublikowałam pierwszy wpis. Od tej pory co roku publikuję jakiś post „rocznicowy”. Początkowo było to raczej pierdu-pierdu o blogu i blogowaniu, ale z czasem postanowiłam pójść w bardziej ambitnym kierunku. W zeszłym roku napisałam najbardziej osobisty, szczery, ale i dla mnie trudny post z moją historią – „Ciemna strona perfekcjonizmu”.

Teraz też chciałam się podzielić kawałkiem swojej historii – ku refleksji. Będzie o tym, jak przez WF znienawidziłam aktywność fizyczną. Ten wpis chodził za mną od jakiegoś czasu, bo myślę, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Dodatkowo moment na poruszenie takiego tematu jest całkiem niezły, bo za 2 tygodnie uczniowie wrócą do szkół. A przynajmniej takie są zapowiedzi, bo w tym korona-roku 2020 to właściwie niczego pewnym być nie można… ? Zostawiam jednak aktualnie teraźniejszość z boku i cofam się myślami do początków podstawówki.

 

Jak przez WF znienawidziłam aktywność fizyczną?

Tak jak pisałam rok temu, od zawsze byłam pilnym uczniem vel kujonem i zależało mi na dobrych stopniach. Jednocześnie – również od zawsze – byłam niska, drobnej budowy, zasięgając literackiego języka, można by rzec „wątła”. W każdym bądź razie ani silna ani szybka nie byłam. W efekcie ze wszystkimi przedmiotami radziłam sobie bez problemu z wyjątkiem wuefu.

Zapewne wiele i wielu z Was ma podobne wspomnienia, że lekcje WF dziewczyn polegały na grze w siatkówkę, a chłopców – w „nogę”. Początek lekcji to oczywiście skompletowanie dwóch drużyn wybieranych przez wuefowe prymuski. Najpierw „zgarniane” były najlepiej grające dziewczyny, które każda chciała mieć w swojej drużynie, a te, które grać nie umiały, zostawały na szarym końcu. Ja zawsze byłam tą ostatnią, niechcianą przez nikogo, która trafiała się jakieś drużynie jak kukułcze jajo. A jak któraś z wybierających śmiała wziąć mnie spośród dwóch pozostałych z obiema lewymi nogami, to słyszałam, jak inne dziewczyny komentowały z wyrzutem „Ale dlaczego wzięłaś JĄ??”. Oczywiście przy okazji nasłuchałam się jęków zawodu, pogardliwych prychnięć, widziałam wznoszone ku górze spojrzenia wyrażające „za jakie grzechy ona jest w naszej drużynie”, a potem wlokłam się jak skazaniec na swoją połowę boiska. W takich momentach marzyłam tylko o tym, żeby zapaść się pod ziemię, przestać istnieć, a ławka rezerwowych była dla mnie wybawieniem. I tak kilka razy w tygodniu przez wiele lat.

Jak nauczyciela nie było przez całą lekcję, to udawało mi się pozostać w bezpiecznym azylu ławki rezerwowych, bo i nikomu z grających nie zależało, żeby ten stan zamieniać, ale czasami trzeba było wejść na boisko. Stałam więc między liniami wyznaczającymi pole gry, z tą koszmarną, zżerającą mnie od środka świadomością, że jestem do niczego, że nie umiem grać, że nikt mnie tu nie chce. Jak udało mi się odbić piłkę, to reszta drużyny była w ciężkim szoku, ale częściej jednak nie udawało mi się nic zrobić, bo przekonanie, że grać nie umiem paraliżowało mnie skutecznie. Zbierałam więc głównie cięgi od innych dziewczyn za to, że nie odbiłam piłki, że zaserwowałam w siatkę, a nierzadko także za to, że komuś innemu coś nie wyszło. Kozioł ofiarny – do usług. I tak błędne koło kręciło się w najlepsze – nie umiem grać, więc unikam grania, jak to tylko możliwe, więc nie uczę się, nie mam możliwości wyrobienia w sobie umiejętności, więc nadal gram beznadziejnie.

Oczywiście były też inne sporty, których nienawidziłam równie mocno – wszelkiego rodzaju wyścigi, gra w „dwa ognie” (brrr… ?), rzucanie piłką lekarską (oj, tak, rzucanie piłką lekarską w wykonaniu kurdupla musiało być pociesznym widokiem dla innych uczniów), o koszykówce nie wspominając.

Jak zatem miałam polubić aktywność fizyczną, skoro kojarzyła mi się z upokorzeniem?

 

Sporty zespołowe nie dla mnie

Dopiero później w gimnazjum i liceum zaczęły się pojawiać zajęcia, które lubiłam. W gimnazjum raz w tygodniu zajęcia WF-u miałam na basenie i pamiętam, jak dostaliśmy od nauczyciela zadanie-wyzwanie, żeby pływać bez zatrzymywania się przez 20 minut. Osoby, którym się uda, miały dostać piątkę, a jeżeli się nie uda, to bez oceny. Przystąpiłam do zadania z przekonaniem, że nie dam rady, ale żadna „kara” mnie za to nie czeka. Pływałam sobie bardzo spokojnym tempem moją ulubioną żabką i… dałam radę. Byłam wtedy naprawdę szczęśliwa! Udało mi się, zrobiłam to dla siebie, nie ścigając się z nikim, nie konkurując na zasadzie „kto przepłynie szybciej” czy „kto przepłynie więcej basenów”. Tu nie było najlepszego i najgorszego, pierwszego i ostatniego, nie było drużyn, w których ktoś jest „najsłabszym ogniwem”.

W liceum zajęciami, które lubiłam, był aerobik na stepach. Każdy ćwiczył dla siebie, nie chodziło o żaden wynik. Jedyna rywalizacja, o jakiej można mówić, to mierzenie się z samym sobą – żeby podczas kolejnych ćwiczeń nogi się nie plątały, żeby wykonywać ćwiczenia w odpowiednim rytmie, poprawić technikę.

Nadal niestety, zarówno w gimnazjum, jak i w liceum, większość zajęć polegało na grach zespołowych, których nie cierpiałam, ale powoli zaczynałam odkrywać, że istnieją aktywności, które nawet lubię. Gwoli ścisłości – poza aktywnością w szkole czasami jeździłam na rolkach, na rowerze, zimą na nartach, przez jakiś czas chodziłam na tenis – ale jednak w porównaniu z WF-em kilka razy w tygodniu, te dodatkowe aktywności były stanowczo rzadsze i nie sprawiły, że pokochałam sport. Poza tym robiłam to raczej dlatego, że rodzice chcieli.

 

Ćwiczę, bo chcę

Minęło trochę czasu zanim zaczęłam robić jakieś ćwiczenia sama z siebie, nieprzymuszana przez nikogo. Miałam jakąś blokadę stworzoną przez nieprzyjemne doświadczenia ze szkoły, przekonanie, że aktywność fizyczna jest nie dla mnie. Intuicyjnie unikałam ruchu, z którym miałam przykre skojarzenia. Teraz lubię chodzić, złapałam bakcyla na nordic walking. Przychodzą takie momenty po wytężonej pracy, że czuję, że muszę wyjść, muszę się poruszać, bo inaczej oszaleję. Ale kilka lat temu nie miałam czegoś takiego.

Jak napisałam na początku, ten post jest do refleksji. Bo czy po to są zajęcia WF-u w szkołach, żeby uczyć niechęci do aktywności fizycznej? Dlaczego ci uczniowie, którzy są niżsi i naturalnie słabsi fizycznie mają czuć się gorsi? I wcale nie chodzi tu o oceny (mi summa summarum nauczyciele nie stawiali na koniec semestru złych ocen, bo miałam czwórkę czy piątkę zamiast szóstki), ale przede wszystkim o poczucie odrzucenia przez grupę rówieśniczą.

 

Co z tym WF-em?

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że ruch jest bardzo ważny dla zdrowia. Ale naturalnym jest, że jeżeli aktywność fizyczna kojarzy się z czymś przykrym, to jak się skończy szkolny obowiązek, będzie się tej aktywności unikać jak ognia. Tak samo, jeżeli zdrowe odżywianie kojarzy się z wmuszaniem w siebie sałaty, to bynajmniej nie zachęca to do zmiany swoich nawyków żywieniowych.

Ciekawa jestem, czy wśród Was są osoby, które mają podobną historię? Czy też byliście „nogą” z wuefu? Jak to wpłynęło na Wasze dalsze życie?

spaghetti-z-klopsikami-z-tofu-1

Spaghetti z klopsikami z tofu

Dokładam kolejny element do blogowej kolekcji przepisów na spaghetti ?. Plan, żeby upichcić spaghetti z klopsikami z tofu chodził za mną od pewnego czasu. Co ciekawe, jedząc jeszcze mięso, nigdy nie spróbowałam włoskiego makaronowego klasyka w wersji z klopsikami ?.

Inspiracją, żeby zrobić to danie, była jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa. Pamiętacie może film animowany „Zakochany kundel”? Jako kilkuletnia fanka Zuzi i Hultaja namówiłam rodziców, żebyśmy kupili szczeniaka ?. Sunia otrzymała – a jakże! – imię Zuzia. Nie był to co prawda cocker spaniel, jak filmowa bohaterka, tylko kundelek (teoretycznie miała być pinczerkiem…), aczkolwiek dłuższe futerko i kształt mordki łączyło obie Zuzie. Co prawda „moja” Zuzia po kilku latach musiała pożegnać się z imieniem i została Azą, ale to już inna historia…

Wracając do rzeczywistości, zapraszam Was po przepis na 100% roślinne spaghetti z klopsikami z tofu ?.

 

 

Klopsiki z tofu

 

Składniki:

na 35 sztuk

  • 2 kostki naturalnego tofu (360 g)
  • 3 łyżki nasion słonecznika (30 g)
  • 2 łyżki mąki z soczewicy / z ciecierzycy (24 g)
  • przyprawy:
    • 2 łyżki sosu sojowego (20 g)
    • 2 łyżki płatków drożdżowych (10 g)
    • 1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki
    • ½ łyżeczki granulowanego czosnku
    • pieprz
  • 1 łyżka oleju rzepakowego do smażenia (10 g)

 

Wykonanie:

  1. Tofu odsączyć z nadmiaru płynu i dokładnie zmielić / zmiksować w blenderze albo przy użyciu maszynki „do mięsa”.
  2. Słonecznik zmielić na proszek.
  3. Wymieszać tofu ze słonecznikiem i przyprawami. Na tym etapie można próbować masę i ewentualnie jeszcze ją „dosmaczyć” wedle własnego gustu.
  4. Następnie dodać mąkę i bardzo dokładnie wymieszać. Zostawić na około 10 minut, żeby masa lepiej związała. Lepić kulki wielkości orzecha włoskiego.
  5. Na patelni rozgrzać olej, włożyć klopsiki (jest ich sporo, więc może być potrzeba smażenia ich w 2 porcjach) i lekko obsmażyć z każdej strony.

 

1 klopsik dostarcza:

 

 

Spaghetti

 

Składniki:

  • makaron spaghetti pełnoziarnisty
  • cebula
  • papryka
  • pomidory świeże / z puszki
  • koncentrat pomidorowy
  • sól
  • pieprz
  • olej rzepakowy
  • zioła suszone / świeże (u mnie suszone zioła prowansalskie i suszona bazylia)

 

Wykonanie:

  1. Cebulę obrać i pokroić w kostkę. Paprykę umyć i pokroić w kostkę.
  2. Na patelni rozgrzać trochę oleju, wrzucić cebulę i delikatnie podsmażyć. Dorzucić paprykę, dolać trochę wody i dusić przez około 3 minuty pod przykryciem. Po dorzuceniu papryki na patelnię nastawić wodę na makaron.
  3. W międzyczasie pomidory sparzyć, obrać i pokroić, dorzucić na patelnię. Makaron wrzucić na gotującą się lekko osoloną wodę. W czasie jak duszą się warzywa, makaron się ugotuje.
  4. Warzywa doprawić koncentratem, odrobiną soli, pieprzu i ziołami. Dorzucić klopsiki i wymieszać, żeby pokryły się sosem i podgrzały.
  5. Na talerze wykładać makaron i na niego sos.

 

gryczane-placki-szpinakowe-z-pomidorowym-twarozkiem-1

Gryczane placki szpinakowe z pomidorowym twarożkiem

Mam na blogu bardzo mało przepisów na placuszki. A mogą one być fajnym i szybkim posiłkiem. Sama często robię placki z mąki gryczanej jak znudzą mi się kanapki albo nie kupię chleba na śniadanie. Takie placki można zrobić tylko z mąki i wody, ale żeby nie być totalnym prostakiem kulinarnym ?, mam dla Was odrobinę bardziej wyrafinowaną wersję – gryczane placki szpinakowe z pomidorowym twarożkiem.

Mąka z białej kaszy gryczanej jest genialna – serio jest sama w sobie na tyle klejąca, że wystarczy wymieszać ją z wodą, żeby otrzymać ciasto, z którego raz-dwa można zrobić placki. Jakby tego było mało, ta mąka na tyle łatwo łączy się z wodą, że wystarczy wymieszać łyżką i otrzymujemy gładkie ciasto bez grudek. W tym przepisie pokażę Wam wersję szpinakową takich placków. Zrobiłam do nich twarożek z suszonymi pomidorami, którym posmarowałam placki, ale śmiało możecie wykorzystać do nich inne dodatki.

Takie placki dobrze smakują też na zimno, więc można zabrać ze sobą w lunchboxie.

Do dzieła, bo więcej tu mojego pisania niż roboty, żeby gryczane placki szpinakowe były gotowe! ?

 

 

Gryczane placki szpinakowe

 

Składniki:

na około 12 placuszków

  • 1 opakowanie mrożonego rozdrobnionego szpinaku (450 g)
  • 150 g mąki gryczanej (z nieprażonej gryki)
  • 2 ząbki czosnku
  • ⅓ łyżeczki soli
  • pieprz
  • opcjonalnie: 1-2 łyżki płatków drożdżowych
  • odrobina oleju rzepakowego do posmarowania patelni

 

Wykonanie:

  1. Szpinak rozmrozić, nie odsączać.
  2. Wymieszać szpinak z mąką i przyprawami. W razie potrzeby dodać trochę wody, żeby ciasto dało się rozmieszać – ja dodałam około 30 ml wody, ale zależy, ile wody wycieknie ze szpinaku.
  3. Patelnię z dobrą nieprzywierającą powłoką cienko posmarować olejem przed smażeniem pierwszej partii, nakładać niewielkie porcje ciasta i smażyć pod przykryciem. Jak się zetną, przewrócić na drugą stronę i chwilę potrzymać na patelni. W ten sposób usmażyć wszystkie placuszki.

 

 

Pomidorowy twarożek

 

Składniki:

  • opakowanie 250 g chudego twarogu
  • 6 połówek pomidorów suszonych na słońcu – bez oleju (40 g)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego / oliwy z oliwek (20 g)
  • 50 ml wody z moczenia pomidorów

 

Wykonanie:

  1. Pomidory namoczyć zalewając wrzątkiem i zostawić aż przestygną.
  2. Zmiksować twaróg z pomidorami, olejem i wodą z moczenia pomidorów (około 50 ml) do uzyskania odpowiedniej konsystencji.

Zamiennie można użyć pomidorów z oleju i pominąć dodatek tłuszczu.

 

 

1 placek dostarcza:

 

1 placek z twarożkiem pomidorowym (1/12 podanej porcji) dostarcza: