tahini-6

Domowa pasta sezamowa tahini

Tahini jest to pasta uzyskiwana przez zmielenie lekko uprażonych nasion sezamu. Wykorzystywana jest przede wszystkim w kuchni krajów Bliskiego Wschodu i jest nieodzownym składnikiem hummusu. Nazwa wywodzi się z języka arabskiego i oznacza po prostu „mielić”. W smaku przypomina chałwę, ale cóż tu się dziwić skoro mają one wspólny główny składnik czyli sezam? Do tej pory robiłam hummus wykorzystując do tego kupioną w sklepie tahini, ale jako że się skończyła, postanowiłam zrobić własną. To przecież takie proste, a dodatkowo bardziej się opłaca. Trzeba mieć tylko odpowiedni sprzęt. Najlepszy byłby wysokoobrotowy blender kielichowy, ale ja użyłam malaksera. Nie udało mi się uzyskać idealnej konsystencji, ale z tego sprzętu więcej się nie wyciśnie. Kompletnie nie wpływa to na smak tahini czy hummusu, więc nie ma się co martwić.

 

 

Składniki:

na słoik 330 ml

  • 300 g sezamu
  • 6 łyżek oleju rzepakowego (60 g)

 

Wykonanie:

  1. Sezam lekko uprażyć na suchej patelni. Uważać, żeby za bardzo się nie przypiekł, bo będzie zbyt gorzki. Wystudzić.
  2. Zmiksować przy pomocy blendera kielichowego lub malaksera razem z olejem na pastę. Przy urządzeniu o dużej mocy może być wystarczająca mniejsza ilość oleju lub może być on w ogóle niepotrzebny. Przy słabszym urządzeniu dobrze robić przerwy, żeby nie podgrzać zbyt mocno masy i żeby łatwiej wydzielał się olej z sezamu.

 

czekoladowy-pudding-z-tapioki-z-malinami-1

Czekoladowy pudding z tapioki z malinami

Wiedzieliście, że dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Blogera? Dowiedziałam się całkiem niedawno i przez zupełny przypadek. Więc sobie pomyślałam, że jak tak, to będzie fajna okazja na pyszny przepis. Bo gorzka czekolada z malinami tworzą wyśmienity duet. Połączyłam je w efektownym deserze z tapioki. Mam nadzieję, że zdjęcia będą dodatkową zachętą do spróbowania. Ale czy kogoś trzeba zachęcać do deseru z czekoladą i malinami?

 

 

Składniki:

na 4 porcje

  • ½ szklanki drobnego granulatu z tapioki (100 g)
  • 2 ½ szklanki mleka / napoju roślinnego (625 g)
  • 6 kostek gorzkiej czekolady (36 g)
  • 200 g malin

 

Wykonanie:

  1. Tapiokę namoczyć w mleku przez godzinę (można moczyć dłużej, albo pominąć w ogóle ten etap – to tylko wpłynie na czas gotowania).
  2. Maliny umyć i rozgnieść widelcem.
  3. Tapiokę gotować na małym ogniu często mieszając aż stanie się szklista i miękka. Dodać czekoladę i wymieszać aż się rozpuści.
  4. Pudding przełożyć do szklanych naczynek (będzie się ładnie prezentować), na niego wyłożyć maliny. Można jeść na ciepło albo na zimno.

 

 

1 porcja (z użyciem mleka krowiego 1,5% tłuszczu) dostarcza:

Burgery jaglano-marchewkowe z garam masala 3

Burgery jaglano-marchewkowe z garam masala

Upały odpuściły, można coś upiec bez obaw, że temperatura w mieszkaniu osiągnie tą wewnątrz piekarnika. Proponuję roślinne burgery na bazie kaszy jaglanej, żeby udowodnić, że burgery wcale nie muszą być niezdrowe. Takie zrobione własnoręcznie, upieczone w piekarniku mogą stanowić naprawdę zdrowy posiłek, a do tego cieszą kubki smakowe. Wypróbowane na zatwardziałym mięsożercy! Ogólny zamysł tych burgerów podpatrzyłam u specjalistki od diety roślinnej, ale zrobiłam je w lżejszej wersji i doprawiłam przyprawą garam masala (świetny efekt!), a do sklejenia wykorzystałam mąkę owsianą – idealnie się do tego nadaje, polecam!

Zrobienie burgerów może wymaga trochę czasu (czyli to już nie taki fast-food), ale jest tego w pełni warte. Można je jeść na przykład z sałatką, a można klasycznie wpakować do buły (najlepiej pełnoziarnistej albo grahamki) z warzywami i sosami. I niech się burgery z restauracji z żółtym M w logo schowają! I z innych tego typu też!

P.S. Mam trochę problem z nazwami, bo słowo „burger” tak naprawdę oznacza samego kotleta, ale jednocześnie przyjęło się, że buła z kotletem to też „burger”. Pomieszanie z poplątaniem… No, ale przechodzę do przepisu.

 

 

 

Składniki:

na 8 dużych burgerów

  • 150 g kaszy jaglanej
  • 200 g marchewki (około 2,5 średniej)
  • 4 łyżki pestek słonecznika (40 g)
  • 4 łyżki sezamu (40 g) – użyłam czarnego sezamu, stąd taki wygląd burgerów
  • 4 łyżki mąki owsianej (50 g)
  • ⅓-½ łyżeczki soli (2-3 g)
  • ⅓-½ łyżeczki przyprawy garam masala (bez soli)

 

Wykonanie:

  1. Kaszę wypłukać pod bieżącą wodą, przelać wrzątkiem i ugotować tak, żeby była kleista (12-15 minut w około 1¾ szklanki wody; jeżeli będzie sypka, trzeba dolać więcej wody i jeszcze chwilę pogotować).
  2. Marchewkę umyć, obrać i zetrzeć na drobnej tarce. Słonecznik i sezam lekko podprażyć na suche patelni (oddzielnie).
  3. Rozgrzać piekarnik do 200°C. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
  4. Kaszę dokładnie wymieszać z marchewką, nasionami i przyprawami. Na tym etapie można próbować masę i ją ewentualnie jeszcze doprawić. Dopiero na końcu wymieszać z mąką owsianą. Najlepiej robić to ręką, jak kasza wystarczająco przestygnie. Gdyby masa nie chciała się lepić, dodać więcej mąki i/lub wody.
  5. Formować burgery, układać na blasze, włożyć do nagrzanego piekarnika i piec przez 15 minut, następnie odwrócić na drugą stronę (jeżeli nie chcą się odwrócić piec dłużej, można dodatkowo trochę zwiększyć temperaturę) i piec jeszcze 10 minut.

Gotowe kotlety można zamrozić – najlepiej mrozić przełożone kawałkami papieru do pieczenia, gwarantuję, że się nie skleją – i wykorzystać na szybki obiad. Mój patent to:

  • rano przed wyjściem do pracy / szkoły / na uczelnię przełożyć burgera z zamrażalnika do lodówki
  • wracając do domu kupić bułkę i dowolne warzywa
  • na suchą patelnię wrzucić kotleta, podgrzać z obu stron
  • przekroić bułkę i położyć na patelni przekrojoną stroną do dołu i lekko zrumienić (chyba, że komuś chce się włączać piekarnik w tym celu…)
  • w międzyczasie przygotować warzywa

 

 

Wykorzystałam kotlety do zrobienia burgerów w wersji 100% roślinnej. Wegeburger widoczny na zdjęciu składa się z:

  • 1 bułki grahamki (70 g)
  • 1 łyżeczki koncentratu pomidorowego (15 g)
  • 1 liścia sałaty lodowej (40 g)
  • 1 burgera (kotleta)
  • 1 grubego plastra papryki (30 g)
  • 1 łyżki lekkiego majonezu z fasoli (25 g)
lekki-majonez-z-fasoli-1

Lekki majonez z fasoli

Lubię sięgać po przepisy z kuchni wegańskiej. Chociażby dlatego, że można wśród nich znaleźć pomysły na lekkie wersje nieraz bardzo kalorycznych przysmaków. Świetnym tego przykładem jest smalec z fasoli, który idealnie naśladuje prawdziwy smalec, a jest od niego o wiele, wiele zdrowszy. Podobnie rzecz ma się z prezentowanym w tym poście wegańskim majonezem. W tym przypadku bazę stanowi również biała fasola, która nadaje majonezowi pożądaną konsystencję.

Zrobiłam ten majonez z myślą o osobach odchudzających się, dlatego użyłam niewiele oleju. Można w tym przepisie zamienić 6 łyżek wody na dodatkowe 6 łyżek oleju w wersji powiedzmy „pełnotłustej” – wtedy będziemy mieli około 81 kcal w 1 łyżce – nadal mniej niż w tradycyjnym majonezie.

Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć jeszcze, że nie ma sensu demonizować majonezu jako takiego. Warto zwrócić uwagę na skład – jeżeli jest produkowany z oleju rzepakowego, to taki majonez jest dobrym źródłem korzystnych dla zdrowia kwasów omega-3. Natomiast zawarty w majonezie cholesterol pochodzi z żółtek jaj i zgodnie z najnowszymi wynikami badań nie powoduje on wzrostu stężenia cholesterolu we krwi. Jednak utarło się, że majonez jest produktem niezalecanym. Tak naprawdę ważne jest, ile się go spożywa. Tego majonezu z fasoli można zjeść 4 razy więcej dostarczając sobie tyle samo kalorii. Brzmi kusząco, prawda? ? Majonez z fasoli jest też rozwiązaniem dla osób uczulonych na jajka. I oczywiście dla wegan, którzy wpadli na tak fajny pomysł.

 

 

Składniki:

na 1 średni słoik majonezu (380 g)

  • 100 g suchej białej fasoli
  • 2 łyżeczki musztardy (20 g)
  • 2 łyżki soku z cytryny (20 g)
  • 4 łyżki oleju rzepakowego (40 g)
  • ⅓ łyżeczki soli (2 g)
  • pieprz do smaku
  • około 6 łyżek wody po gotowaniu fasoli (60 g)

 

Wykonanie:

  1. Fasolę namoczyć przez około 8-12 godzin. Odcedzić, zalać świeżą wodą i gotować do miękkości (około 1-1,5 godziny). Wystudzić i dopiero odcedzić zachowując wodę z gotowania.
  2. Dokładnie zmiksować z pozostałymi składnikami. Z podanych ilości wychodzi gęsty dosyć majonez, można go rozrzedzić dodając więcej wody. Najlepiej smakuje po schłodzeniu w lodówce.

 

 

Wartości odżywcze:

Produkt Energia [kcal] Białko [g] Tłuszcze [g] Tłuszcze nasycone [g] Węglowodany [g] Cukry [g] Błonnik [g]
1 łyżka tradycyjnego majonezu (25 g) 179 0,3 19,8 1,4 0,7 0,7 0
1 łyżka majonezu z fasoli (25 g) 45 1,5 2,8 0,2 4,4 0,7 1,1

 

Ciasto marchewkowe bez pieczenia 3

Ciasto marchewkowe bez pieczenia

Były pierwsze urodziny bloga, było też i ciasto. Teraz pora na przepis na to ciasto, chociaż to nie tort. To przepyszne ciasto marchewkowe, które robi się bez włączania piekarnika! Wpakowałam do niego same zdrowe składniki. Jak ktoś nie wierzy, że da się zdrowo i smacznie, to niech zrobi i przekona się sam! Ciasto jest wyśmienite, słodkie, choć bez grama białego cukru, zawiera mnóstwo witaminskładników mineralnych, β-karotenu, kwasów tłuszczowych omega-3błonnika. Jest wilgotne, zbite i bardzo sycące. Mniamniuśne! ♥

Po przepis na to ciasto w wersji bezglutenowej i wegańskiej zapraszam ⇒ tutaj

 

 

Składniki:

na 6-8 kawałków

  • 300 g słodkiej marchewki (około 4 średnie marchewki; 2 pełne szklanki startej)
  • 1 szklanka rodzynek (140 g)
  • 1,5 szklanki płatków owsianych górskich (165 g)
  • 3 łyżki otrębów pszennych (12 g)
  • 3 łyżki siemienia lnianego (30 g)
  • 1 garść orzechów włoskich (30 g)
  • przyprawy:
    • ½ łyżeczki cynamonu
    • ¼ łyżeczki kardamonu
    • szczypta gałki muszkatołowej
  • 1 opakowanie serka naturalnego – polecam serek Bieluch lekki albo jogurt typu greckiego 2% tłuszczu (150 g)

 

Wykonanie:

  1. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą i zalać wrzątkiem. W czasie kiedy się moczą, przygotować pozostałe składniki.
  2. Marchewkę obrać i zetrzeć na drobnej tarce.
  3. Zmielić 1 szklankę płatków i siemię lniane.
  4. Orzechy posiekać. Można zostawić część do dekoracji.
  5. Naczynie (u mnie o wymiarach 13 x 22 cm) wyłożyć papierem do pieczenia.
  6. Odsączyć rodzynki zostawiając wodę i zmiksować je z 4 łyżkami wody z moczenia.
  7. Wymieszać najpierw z przyprawami, potem z marchewką, następnie z płatkami (zmielonymi i niezmielonymi) i otrębami, a na końcu z orzechami i siemieniem.
  8. Masę wyłożyć do naczynia dokładnie uklepując. Wstawić do lodówki na kilka godzin – ja zostawiłam na noc.
  9. Na cieście rozsmarować serek. Można udekorować orzechami czy posypać dodatkowo cynamonem. Pycha!

 

Pierwsze urodziny bloga!

Dokładnie rok temu, 18 sierpnia 2014 roku, założyłam ten blog. Przyznam szczerze, że decyzja była dosyć spontaniczna i od pomysłu bardzo szybko przeszłam do jego realizacji. To, że była spontaniczna nie oznacza, że była nieprzemyślana, o nie. Po prostu nie traciłam na myślenie więcej czasu niż uznałam za niezbędnie konieczne. Mogłabym się wtedy rozmyślić. Byłam jak najbardziej świadoma konsekwencji – mianowicie tego, że wypada w miarę regularnie publikować nowe posty. Z tą regularnością różnie bywa, bo aktualnie rytm mojego życia wyznacza rok akademicki – semestry, sesje egzaminacyjne, przerwy międzysemestralne i wakacje. Dlatego jak mam więcej czasu, to piszę częściej, gdy go nie mam – rzadziej (i tu proszę o wybaczenie i zrozumienie). Ale naprawdę bardzo się staram, nie zapominam o blogu nawet w kulminacyjnych momentach semestru i sesji, gdy zwala mi się na głowę prawdziwa lawina zaliczeń, projektów etc., a egzamin goni egzamin.
 
Przez ten rok wiele się nauczyłam, prowadzenie bloga mobilizuje mnie do odkrywania nowych rzeczy (chociaż i tak zawsze to lubiłam, ale teraz czuję w tym większy cel), chociaż wiem, że bardzo wiele muszę się jeszcze nauczyć. Jestem tak naprawdę na początku drogi, którą bardzo chciałabym iść dalej.
 
I w tym miejscu chciałabym zwrócić się do Was, drodzy Czytelnicy! (możemy być na „Ty”?) Chciałabym gorąco podziękować wszystkim, którzy czytają mojego bloga. Jestem bardzo wdzięczna za wszelkie komentarze, polubienia na Facebook’u, udostępnianie i polecanie moich postów, obserwowanie mojego profilu i wszelkie przejawy zainteresowania z Waszej strony. To naprawdę bardzo wiele dla mnie znaczy!
 
Prowadzenie bloga to nie tylko dobra zabawa, ale też ciężka praca, w którą wkładam dużo wysiłku, pasji, doświadczeń, ale i swojego serca. Bardzo bym chciała, żeby ten blog trafił do większej ilości osób, żeby udało mi się je zachęcić do zdrowego odżywiania. Dlatego bardzo proszę o polecanie go rodzinie znajomym, proszę o więcej komentarzy, „lajków”, udostępnień itd. Dla Was to często kliknięcie jednego przycisku na ekranie, a dla mnie do ogromna radość! To nowa energiamotywacja, żeby iść dalej obraną drogą. Nie przechodzę obojętnie obok żadnej z takich informacji, które do mnie docierają. Naprawdę! Wy, Czytelnicy jesteście dla mnie bardzo ważni, bo czymże byłby blog, którego nikt nie czyta?


Na koniec, jako podsumowanie tego blogowego roku, przygotowałam 2 krótkie zestawienia. Bo rzeczy w punktach lepiej się czyta 😉
 
Co dało mi prowadzenie bloga?

  1. Ciągle poszerzam swoją wiedzę, porządkuję i systematyzuję tą, którą mam, czasami muszę sobie coś przypomnieć, gdzieś poszperać i zdobyć ważne dla mnie informacje.
  2. Przekładam teorię na praktykę, a dietetyka to tak naprawdę bardzo praktyczna dziedzina; chociaż to akurat robiłam i przed założeniem bloga, ale teraz mam to w takiej bardziej „materialnej formie”.
  3. Szlifuję swój warsztat pisarski, i chociaż generalnie wolę pisać niż mówić, mam nadzieję, że pomoże mi to w kontaktach z innymi ludźmi.
  4. Rozwijam się kulinarnie. Prowadzenie bloga motywuje mnie do wymyślania nowych przepisów i (chyba co ważniejsze) wreszcie wprowadzania ich w życie. Bo głowa mi pęka od pomysłów, ale wiele z nich czeka na bliżej nieokreśloną „lepszą porę”.
  5. Staram się wykorzystywać nowe produkty w kuchni zgodnie z zasadą „tego jeszcze nie było na blogu”.
  6. Zwracam większą uwagę na sezonowe produkty, staram się wykorzystywać te warzywa i owoce, pod którymi w danym czasie uginają się stragany.
  7. Dzielenie się ze „światem” swoimi pomysłami daje mi dużo satysfakcji.
  8. Odkryłam, że podstawy html’a zdobyte w gimnazjum i liceum mogą się przydać dietetykowi. ☺ (Kto by pomyślał?)
  9. Mogę się trochę wyżywać artystycznie. Z różnym skutkiem, jak można zobaczyć.
  10. Odkryłam swoją kolejną pasję, jaką jest blogowanie.
 
Krótkie podsumowanie tego roku w liczbach:
  • 86 postów (nie licząc tego; ten wchodzi już na konto nowego roku)
  • w tym 70 przepisów
  • 210 zdjęć i grafik (ile zdjęć zrobiłam, żeby wybrać do publikacji, to nie da się zliczyć)

To był pracowity rok, ale owocny!

Photo credit: Theresa Thompson / Foter / CC BY
makaron-z-sosem-paprykowym-5

Makaron z sosem paprykowym

Dzisiaj znowu przybywam z pomysłem na szybki i banalnie prosty obiad – makaron z sosem paprykowym. Makaron najlepiej pełnoziarnisty, a sos to totalny banał, prościej się już nie – chyba, że ktoś woli przetrzeć go przez sito, żeby pozbyć się skórki z papryki; ale mi się nie chce, a kawałki skórki w ogóle mi nie przeszkadzają. Przy okazji tego dania odkryłam cudowne połączenie smaków – paprykę z orzechami włoskimi. Urzeka prostotą i smakiem. Trzeba tylko użyć dosyć dużo papryki, bo znacznie zmniejsza swoją objętość. Polecam!

 

 

Składniki:

  • makaron pełnoziarnisty (najlepiej tagliatelle)
  • papryka czerwona (1 duża papryka na około 100 g suchego makaronu)
  • mielona słodka papryka
  • mielona ostra papryka
  • sól
  • opcjonalnie: olej rzepakowy / orzechy włoskie (szczególnie polecam! ?) / wegański parmezan / płatki drożdżowe / zwykły parmezan

 

Wykonanie:

  1. Makaron ugotować al dente w lekko osolonej wodzie (około 8 minut). Przelać zimną wodą.
  2. Paprykę pokroić w kostkę, wrzucić na patelnię, dolać odrobinę wody, dusić pod przykryciem aż lekko zmięknie. Następnie odkryć i odparować nadmiar wody.
  3. Paprykę zmiksować (można dodatkowo przetrzeć przez sito, żeby pozbyć się skórek), ponownie przełożyć na patelnię i odparować aż odpowiednio zgęstnieje. Doprawić mieloną papryką słodką i ostrą oraz odrobiną soli.
  4. Dodać makaron, wymieszać i podgrzać. Można na talerzu posypać parmezanem (zwykłym lub wegańskim) albo skropić nierafinowanym olejem rzepakowym albo – moja ulubiona wersja – posypać płatkami drożdżowymi i pokruszonymi orzechami włoskimi.

 

gazpacho-1

Gazpacho z mozzarellą

Pogoda w tym roku oszalała, a podobno wentylatory w kilka upalnych dni rozeszły się jak świeże bułeczki i sklepowe półki święcą pustkami. Lato mamy iście afrykańskie, ale ja kulinarnie postanowiłam pozostać na naszym kontynencie i przygotować pyszną zupę rodem z gorącej Hiszpanii. Mowa oczywiście o gazpacho – hiszpańskim chłodniku. Przyznam szczerze, że do tej pory nigdy go nie jadłam, ale na pewno od teraz na stałe zagości w moim letnim menu. Szczególnie w wyjątkowo upalne dni, gdyż poza tym, że jada się go na zimno, to jeszcze w ogóle nie trzeba nic gotować. Uff!

Odmian i rodzajów gazpacho, z tego, co udało mi się zorientować jest wiele. Ja przygotowałam wersję z dużą ilością pomidorów i ogórków. I w ogóle z samych warzyw, a po zmiksowaniu konsystencja na tyle mi odpowiadała, że nie dolewałam żadnej wody. Postanowiłam wzbogacić moją zupę w pełnowartościowe białko, więc dodałam do niej pokrojoną w kosteczkę mozzarellę. Komponuje się idealnie! Na pewno będę jeszcze kombinować z innymi składnikami i ich proporcjami.

Więc komu gorąco, temu gazpacho! ?

 

 

Składniki:

na 3 porcje

  • 3 duże pomidory (600 g)
  • 1,5 ogórka szklarniowego (300 g)
  • 1 duża papryka (200 g)
  • 1-2 ząbki czosnku (5-10 g)

Dodatki:

  • mozzarella (użyłam mozzarelli light o zawartości tłuszczu 8,5%)
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa z oliwek
  • ewentualnie pokrojone pomidory / papryka / ogórki

 

Wykonanie:

  1. Pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pokroić na ćwiartki. Ogórki umyć, obrać, pokroić na kawałki. Paprykę umyć, usunąć gniazda nasienne i pokroić na kawałki. Czosnek obrać i bardzo drobno posiekać.
  2. Warzywa dokładnie zmiksować (można dolać wody; ja nie dodawałam). Można dodać oliwę podczas miksowania lub/i użyć ją do polania. Doprawić odrobiną pieprzu.
  3. Dobrze schłodzić w lodówce.
  4. Mozzarellę pokroić w kostkę. Gazpacho na talerzu posypać mozzarellą, można udekorować warzywami użytymi do zupy i polać oliwą. Podawać np. z pieczywem – dobrze będzie się komponować ciabatta, ziołowa bagietka albo podpieczony na suchej patelni chleb posmarowany czosnkiem.

 

fasoello-2

Fasoello

Postanowiłam zrobić, powiedzmy, „konkurencyjną wersję” dobrze zapewne znanych kokosowych kuleczek. Jako bazę wykorzystałam (jak po nazwie można się domyślić)… fasolę. Tak, fasolę. Białą (inny kolor by przecież nie pasował). I uprzedzając wszelkie wątpliwości informuję, że nie czuć smaku fasoli. Serio! Proponuję próbować masę podczas robienia (próbować, nie wyjadać połowy ☺), bo ilość erytrolu jest pod mój smak, a jestem przyzwyczajona do mało słodkich rzeczy, więc można dać go trochę więcej. W końcu ma być smacznie, a i tak moje Fasoello dostarcza prawie 3 razy mniej kalorii niż  „sklepowy oryginał”. I ma jeszcze wiele więcej zalet! Ma znaaacznie krótszy skład, jest bezglutenowe, spokojnie mogą je jeść osoby z alergią na białka mleka krowiego, soję, migdały (może kiedyś zrobię Fasoello z migdałami w środku, ale nie tym razem) czy weganie. Przyjemność robienia, przyjemność jedzenia – zachęcam do próbowania!

 

 

Składniki:

na około 24 kuleczki Fasoello

  • 100 g suchej białej fasoli
  • 3 łyżki erytrolu (30 g)
  • ½ szklanki wiórków kokosowych (45 g)

 

Wykonanie:

  1. Fasolę namoczyć przez około 8-12 godzin. Odcedzić, zalać świeżą wodą i gotować aż będzie miękka (około 1-1,5 godziny). Odpowiednie ugotowanie fasoli jest kluczowe w tym przepisie! Fasolę zostawić do ostudzenia bez odcedzania. Dopiero gdy wystygnie dokładnie odcedzić.
  2. Erytrol zmielić w młynku na puder. Wiórki zmielić do konsystencji mąki (zostawiając 3-4 łyżki wiórków do obtoczenia). Fasolę zmiksować na gładką masę, dodać erytrol i zmielone wiórki. Dokładnie wymieszać. Formować kulki i obtaczać w pozostałych wiórkach.
  3. Polecam jeść po schłodzeniu. Przechowywać w lodówce.

 

 

Porównanie wartości odżywczych dla 1 kuleczki Rafaello i Fasoello:

Produkt Energia [kcal] Białko [g] Tłuszcze [g] Tłuszcze nasycone [g] Węglowodany [g] Cukry [g] Błonnik [g]
Rafaello 63 0,7 4,9 3,0 3,8 3,3 b.d.
Fasoello  23 1,0  1,3  1,0  3,1  0,3 1,1
Pesto z pietruszki 1

Pesto z pietruszki

W taki upał jak dzisiaj nie ma się nawet ochoty sterczeć nad garami i wszelkimi kuchennymi urządzeniami wydzielającymi ciepło. Proponuję zatem szybkie, odświeżające pesto z natki pietruszki z nutą cytryny. Przyda się do niego wegański parmezan, który przedstawiłam w poprzednim poście. Takie pesto najlepiej smakuje z pełnoziarnistym makaronem tagliatelle. Więc niestety nie obejdzie się całkiem bez gotowania, ale to tylko chwila.
Niewątpliwą zaletą domowego pesto jest to, że sami decydujemy, ile i jakiego oleju użyjemy. Gotowe pesto jest z reguły bardzo tłuste i często zawiera olej słonecznikowy. Ja zawsze używam oleju rzepakowego ze względu na zawartość kwasów omega-3, ale można też dać oliwę extra virgin.

Inspirowałam się przepisem niezastąpionej Jadłonomii 😉 Spodobało mi się w nim wspomniane połączenie natki pietruszki z cytryną. Po pierwsze, bo dobrze smakuje, a po drugie, bo zawarta w cytrynie witamina C wspomaga wchłanianie żelaza obecnego w pietruszce. Smacznie i zdrowo!

 

 

Składniki:

porcja na około 100-150 g makaronu (suchego)

  • 1 pęczek natki pietruszki (10-15 g)
  • 2 łyżki wegańskiego parmezanu
    • 1 łyżka nerkowców (15 g)
    • ½ łyżeczki płatków drożdżowych (4 g)
  • 1 ząbek czosnku (5 g)
  • skórka otarta z ½ cytryny
  • 1 łyżeczka soku z cytryny (5 g)
  • 1 łyżka oleju rzepakowego (10 g)
  • 1 łyżka wody (10 g)
  • szczypta soli
  • odrobina pieprzu

 

Wykonanie:

  1. Natkę pietruszki umyć, odciąć łodyżki. Czosnek obrać. Cytrynę sparzyć, zetrzeć skórkę, wycisnąć sok.
  2. Zrobić wegański parmezan i zostawić część do posypania.
  3. Wszystkie składniki umieścić w pojemniku blendera / malakserze i zmiksować. Konsystencję można regulować według własnego upodobania dolewając wodę / olej.
  4. Podawać np. z makaronem pełnoziarnistym posypanym resztą „parmezanu”.