jablkowo-cynamonowa-owsianka-z-chia-1

Jabłkowo-cynamonowa owsianka z chia

Przepis tak banalny, że się zastanawiałam, czy w ogóle jest sens go publikować ?. Ale chciałam się z Wami podzielić tym prostym acz bardzo fajnym pomysłem. To taka wariacja na temat „nocnej owsianki” – czyli wieczorem mieszamy różne składniki, a rano voilà mamy gotowe śniadanie! Bardzo praktyczne rozwiązanie, szczególnie dla osób, którym rano totalnie brakuje czasu, taką owsiankę z chia można też wygodnie zabrać na wynos bez obaw, że coś się rozleje. Bo ma gęstą „budyniowatą” konsystencję, płatki owsiane i chia wchłaniają dużo wody z mleka i jogurtu. Do tego jest sycąca, pełna składników odżywczych, daje energię na długie godziny. Z wersjami smakowymi można eksperymentować do woli, ja uwielbiam ponadczasowe połączenie jabłek z cynamonem i rodzynkami ?.

 

 

Składniki:

na 2 porcje

  • 100 g płatków owsianych górskich
  • 1 duże jabłko (200 g)
  • 4 łyżki chia (40 g)
  • 2 łyżki rodzynek (20 g)
  • opakowanie 250 g jogurtu naturalnego
  • 1 szklanka mleka (250 g)
  • cynamon do smaku (ja lubię dużo ?)

 

Wykonanie:

  1. Jabłko pozbawić gniazd nasiennych i zetrzeć na grubych oczkach tarki. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą.
  2. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać i włożyć do lodówki na parę godzin, najlepiej na całą noc.

 

share-week-2017

Share Week 2017

Dopiero w tym roku dowiedziałam się o tej bardzo fajnej inicjatywie Andrzeja Tucholskiego. SHARE WEEK polega na tym, że internetowi twórcy polecają siebie nawzajem – blogerzy blogerów, youtuberzy youtuberów a podcasterzy podcasterów (jak nie wiecie, o co chodzi z podcasterami, to się nie martwcie, dla mnie to też dosyć nowe pojęcie w internetowym świecie ? – wyjaśnienie możecie znaleźć chociażby ⇒ tutaj).

Spodobała mi się ta akcja i postanowiłam wziąć w niej udział, bo jest to możliwość w pewnym sensie złożenia podziękowania innym osobom, które, nie ma co ukrywać, są dla nas inspiracją. Bo skąd jako bloger czerpać inspiracje chociażby do tego, żeby bloga w ogóle założyć, jak nie przeglądając blogi innych? No właśnie…

Dlatego w tym wpisie ja bloger przez malutkie „b” chciałabym podziękować tym Blogerom (przez naprawdę wielkie „B”), których obserwuję od długiego czasu, których lubię czytać, od których czerpię inspiracje. Bez których mój blog by nie powstał, bo nigdy nie przyszłoby mi do głowy „ja też tak chcę”, „chciałabym być jak…”. Zwłaszcza, że wiem, jak ciężką i czasochłonną pracą jest pisanie bloga. Tym wszystkim pasjonatom, którym się chce – wielkie dzięki!

Do SHARE WEEK 2017 nominuję 3 blogi, bo takie są zasady, że trzeba wybrać trzy. Tylko trzy, ale są też inne blogi, o których muszę wspomnieć. Kolejność alfabetyczna, bo wszyscy zasługują na takie samo uznanie ?.

 

Nominacje – trzy blogi prowadzone przez dietetyków, bo dla mnie największą inspiracją są właśnie blogujący dietetycy.

  • Damian Parol – jedyny facet w moim zestawieniu, ale za to alfabet tak zdecydował, że wylądował na samym początku ?. No i dobrze! Blogujący dietetyk-weganin, którego bardzo cenię za naukowe podejście (w sumie nie dziw, skoro robi doktorat). Lubi obalać dietetyczne mity (ja też lubię ?) i dodatkowo robi to w sposób przystępny i żartobliwy, nieraz się uśmiałam czytając jego artykuły. Ale najważniejsze dla mnie jest ta rzetelność, przedstawianie naukowych faktów często niejako w oderwaniu od prywatnych poglądów – przykładem może być artykuł „broniący” mleka, o którym niektórzy się dziwili, że wyszedł spod pióra weganina. I to właśnie bardzo cenię, zwłaszcza, że są dietetycy, którzy potrafią zawzięcie przekonywać o „cudowności” stosowanych przez nich samych diet, chociaż fakty naukowe tego nie potwierdzają.
  • Dietetyczne Fanaberie – ten blog odegrał dużą rolę w moim własnym blogowaniu, obserwuję go od dawna i był to jeden z blogów, przez które sobie pomyślałam, że ja „też mogę” [blogować]. W ogóle blog Agaty był jednym z pierwszych w „dietetycznej blogosferze” i przetarła ona szlaki dla ogromnej rzeszy naśladowców, pokazała, że „zdrowo” znaczy też „pysznie”. Jestem przekonana, że jej blog był dla wielu osób inspiracją do zmiany swojego sposobu żywienia i za to należą jej się ogromne podziękowania.
  • Okiem Dietetyka – blog Violi Urban jest dla mnie takim niedoścignionym ideałem. Myślę, że taki właśnie powinien być blog prowadzony przez dietetyka – przepisy przeplatane artykułami i postami na tematy związane z żywieniem i jedzeniem. To taki blog, gdzie bardzo przyjemnie się zagląda, można poczytać ciekawe artykuły, zainspirować się fajnymi przepisami okraszonymi cudownymi zdjęciami. Byłabym oczywiście niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o innych dziewczynach, które mają swój wkład w powstawanie tego bloga – więc i dla nich wielkie dzięki!

 

Wyróżnienia – inni twórcy, którym również chciałabym gorąco podziękować za ich pracę. Pokrótce wyjaśniam dlaczego.

  • CoJesc.net – blog dietetyka Pauliny Styś-Nowak z artykułami (prowadzi też drugiego z przepisami) – rzetelnymi artykułami, czyli to, co bardzo cenię i dlatego umieściłam tego bloga w moim zestawieniu.
  • Jadłonomia – sławna Jadłonomia Marty Dymek znalazła się tutaj, bo jest to blog, który otworzył mi oczy na wegańskie gotowanie. Do tego stopnia pokochałam bezmięsne przepisy, że postanowiłam na stałe zrezygnować z jedzenia mięsa. Sporo przepisów z Jadłonomii zaadaptowałam do swoich potrzeb (czyli je „udietetyczniłam”) i na stałe weszły do mojego repertuaru dań.
  • Małgorzata Jackowska – blog specjalistki od dietetyki pediatrycznej. Dużo przydatnej wiedzy na ten temat oraz dużo praktyki i doświadczenia autorki. Myślę, że dla młodych rodziców to pozycja obowiązkowa ?.
  • Martyna Banasiak – autorka świetnych filmów na YouTube związanych z psychodietetyką. Uwielbiam za pasję, wiedzę i dystans do siebie!
  • Smakoterapia – blog, dzięki któremu właściwie dowiedziałam się o istnieniu takiej kaszy jak jaglana. Było to ładnych parę lat temu i od tej pory nie wyobrażam sobie życia bez kaszy jaglanej! Iwona Zasuwa pokazuje, że z tej kaszy można zrobić właściwie wszystko, co mnie zachęciło do własnych eksperymentów i też z „jaglanki” robię mnóstwo rzeczy szczególnie słodkości ?.

 

To nie jest pełna lista blogerów, którym chciałabym podziękować za to, że są, za to, co robią. Ba, to jakiś marny zalążek takiej listy. Chociaż muszę przyznać, że odkąd sama prowadzę bloga dużo mniej czasu poświęcam na przeglądanie twórczości innych, do tego mnóstwo zajęć i zostaje za mało czasu na poznawanie wartościowych treści blogowych. Ostatnio też więcej przeglądam blogów nie związanych z żywieniem czy kulinariami. Bo będąc blogerem trzeba znać się na tak wielu różnych rzeczach, że czasami ciężko to ogarnąć samemu.

Jeszcze raz gorąco dziękuję blogeromwszystkim, a tym, których wymieniłam w szczególności. Robicie świetne rzeczy, życzę Wam mnóstwa sukcesów, gratuluję wytrwałości i umiejętności, i trzymam za Was kciuki! ?

cukier-a-cukry-jak-rozumiec-etykiety

Cukier a cukry – jak rozumieć etykiety?

Czytanie etykiet jest bardzo ważnym krokiem w kierunku świadomego zdrowego odżywiania. O tym, żeby czytać etykiety słyszymy zewsząd, jednak nadal wiele osób tego nie robi. Myślę, że powód jest bardzo prozaiczny – te osoby po prostu nie wiedzą, jak czytać etykiety, jak rozumieć informacje, które się na nich znajdują. I ciężko im się dziwić, bo i po co czytać coś, czego się nie rozumie? A i pewnie wśród osób czytających etykiety są też takie, które nie wiedzą, jak interpretować czytane informacje albo interpretują je niewłaściwie. Bo nikt ich tego nie nauczył, a wymaga to pewnej wiedzy.

Dlatego zapraszam Was do zapoznania się z moim artykułem na stronie Fundacji „Szczęśliwi Bez Cukru”. Wyjaśniam w nim, o co chodzi z węglowodanami w tabelach wartości odżywczej oraz jaka jest różnica między cukrem a cukrami. Ten artykuł nie wyczerpuje tematu czytania etykiet i na pewno kiedyś do niego wrócę. Piszcie w komentarzach, czy te kwestie, które poruszam stały się dla Was jasne po lekturze artykułu oraz co jeszcze w temacie czytania etykiet wymaga wyjaśnień.

 

[mks_button size=”large” title=”Przejdź do artykułu” style=”rounded” url=”https://szczesliwibezcukru.pl/cukier-a-cukry-rozumiec-etykiety/” target=”_self” bg_color=”#ffa310″ txt_color=”#FFFFFF” icon=”fa-share-square-o” icon_type=”fa” nofollow=”0″]
Zdjęcie na licencji CC0, pixabay.com

makaron-z-lekkim-sosem pieczarkowym-1

Lekki sos pieczarkowy

Panuje przekonanie, że grzyby są pozbawione wartości odżywczych, a to wcale nieprawda. Grzyby posiadają swoje własne, wręcz unikatowe, składniki odżywcze. Są jedynym roślinnym źródłem witaminy D – poza grzybami witaminę D możemy znaleźć właściwie tylko w tłustych rybach, jajach oraz w niewielkich ilościach w produktach mlecznych. Grzyby zawierają także należące do błonnika pokarmowego β-glukany słynne chociażby z tego, że obniżają poziom cholesterolu we krwi. Pieczarki są także dobrym źródłem witaminy PP, na którą powinny zwrócić uwagę osoby niejedzące mięsa, a szczególnie wykluczające wszelkie produkty odzwierzęce ze swojej diety. Tak więc, grzyby mogą być cennym elementem diety, chociaż należy pamiętać, że są ciężkostrawne – ze względu na tzw. chitynę, która oprócz tego, że występuje w grzybach, buduje… pancerzyki owadów ?. Spokojnie, nie sprawia to, że jest trująca, szkodliwa czy cokolwiek w tym stylu ?. Piszę o tym w ramach ciekawostki. Ale za bardzo odbiegam od tematu, więc zostawiam Was z przepisem – na lekki sos pieczarkowy.

 

 

Składniki:

na 3-4 porcje sosu

  • 500 g pieczarek
  • pęczek dymki (100 g)
  • ½ szklanki mleka / napoju roślinnego (125 g)
  • 2 łyżki mąki owsianej (20 g) – można zmielić płatki owsiane
  • 1 łyżeczka oleju rzepakowego (5 g)
  • sól
  • pieprz
  • gałka muszkatołowa
  • płatki drożdżowe (opcjonalnie)

 

Wykonanie:

  1. Dymkę umyć, cebulki pokroić w półksiężyce, szczypiorek posiekać (osobno). Pieczarki umyć i pokroić na kawałki.
  2. Na patelni rozgrzać olej, wrzucić cebulę i delikatnie ją zeszklić. Dorzucić pieczarki i poddusić pod przykryciem aż puszczą wodę, następnie odkryć patelnię i odparować wodę.
  3. Mleko rozmieszać z mąką owsianą, wlać na patelnię i całość gotować mieszając aż zgęstnieje. Doprawić solą, pieprzem, gałką muszkatołową i płatkami drożdżowymi. Bezpośrednio przed wyłożeniem na talerze wymieszać ze szczypiorkiem (warto dodać też więcej oleju rzepakowego, aby umożliwić organizmowi wchłonięcie zawartej w pieczarkach witaminy D). Podawać np. z makaronem albo kaszą, jako dodatek do placków ziemniaczanych czy co tam chcecie ?.

 

pralinki-czekoladowo-kokosowe-1

Pralinki czekoladowo-kokosowe

Znajdą się tu jacyś miłośnicy kokosowych smaków? A połączenia kokosa z czekoladą?

Są takie słynne batoniki kokosowe oblane czekoladą, wiem, że są osoby, które je uwielbiają ?. Ja ich nigdy nie lubiłam, od zawsze były dla mnie za słodkie, mdląco słodkie… Ale samo połączenie smaku kokosa i kakao jest bardzo udane, dlatego wykorzystałam je do zrobienia super-prostych i super-szybkich pralinek czekoladowo-kokosowych, których bazę stanowią suszone daktyle. Dodatek kakao idealnie przełamuje naturalną słodycz daktyli, do tego tylko wiórki, odrobina mielonego siemienia lnianego (tym razem dałam odtłuszczone mielone siemię lniane, ale można zmielić ziarenka samemu) do zagęszczenia masy, parę chwil i gotowe! Pysznie, prosto i zdrowo!

 

 

Składniki:

na około 30 sztuk

  • 200 g suszonych daktyli
  • ½ szklanki wiórków kokosowych (45 g)
  • 3-4 łyżki kakao (30-40 g)
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego (20 g)

 

Wykonanie:

  1. Daktyle namoczyć w ciepłej wodzie – wystarczy około 10-15 minut. Odcedzić delikatnie odciskając nadmiar wody.
  2. Daktyle zmiksować, dodać połowę wiórków, kakao i siemię. Dokładnie wymieszać.
  3. Z masy lepić kulki i obtaczać w pozostałych wiórkach. Najlepiej smakują po schłodzeniu w lodówce.

 

bananowe-ciasteczka-owsiane-z-daktylami-i-orzeszkami-4

Bananowe ciasteczka owsiane z daktylami i orzeszkami ziemnymi

Zrobienie pysznych i zdrowych ciasteczek owsianych jest dziecinnie proste. Ten tylko o tym nie wie, kto nigdy ich nie robił ?. A warto je przygotowywać samemu, bo na sklepowych półkach ze świecą szukać zbożowych ciasteczek niezawierających w składzie cukru. Wystarczy wykorzystać dojrzałe banany, żeby ciasteczka były słodkie, wręcz obłędnie słodkie, jak na moje standardy. Następnym razem muszę zrobić ciasteczka bez bananów. A tu jeszcze oprócz bananów dałam suszone daktyle, które również są meeega słodkie, i do tego orzeszki ziemne. Pychota! Takie bananowe ciasteczka owsiane są idealne na drugie śniadanie albo długi wiosenny spacer, bo dają dużo pozytywnej energii i są bardzo sycące.

 

 

Składniki:

na 18 ciasteczek

  • 200 g płatków owsianych górskich
  • 2 dojrzałe banany (240 g)
  • 50 g daktyli
  • 50 g orzeszków ziemnych

 

Wykonanie:

  1. Piekarnik nastawić na 180°C. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
  2. Banany obrać i dokładnie rozgnieść. Daktyle i orzeszki posiekać.
  3. W misce wymieszać płatki, daktyle i orzeszki. Dodać banany i dokładnie wymieszać. Można zostawić masę na parę minut, żeby się lepiej skleiła.
  4. Lepić ciasteczka i układać na blasze do pieczenia. Włożyć do nagrzanego piekarnika i piec około 15-20 minut do lekkiego zrumienienia.

 

 

1 ciasteczko dostarcza:

domowa-gorzka-czekolada-z-rodzynkami-i-orzechami-wloskimi-1

Czekoladki z rodzynkami i orzechami włoskimi

W związku z tym, że wielkimi krokami zbliża się święto wszystkich przedstawicielek płci pięknej, dzielę się z Wami przepisem – pomysłem na słodki i wyjątkowy prezent. Wyjątkowy, bo własnoręcznie robiony, a tym samym mający dodatkową wartość i niepowtarzalny. Te czekoladki są obłędnie kakaowe – w stylu gorzkiej czekolady – gwarantuję, że mina osoby, która bierze do ust pierwszy kęs, to niezapomniany widok ?. Do środka dałam naturalnie słodkie rodzynki, a także orzechy włoskie, które są rzadko spotykanym dodatkiem do czekoladek, więc trzeba sobie takie zrobić samemu ?. Możecie wybrać dodatki szczególnie lubiane przez osobę, którą chcecie obdarować. A okazji do wręczania pysznych, słodkich (i bezcukrowych) prezentów jest w ciągu roku dużo, więc mam nadzieję, że przepis Wam się przyda. Zwłaszcza, że zrobienie takich czekoladek jest bajecznie proste i bardzo szybkie. Smacznego!

 

 

Składniki:

na 20 czekoladek jak na zdjęciach

  • 70 g kakao
  • 5 łyżek ksylitolu (50 g)
  • 60 g oleju kokosowego
  • 30 g rodzynek (30 g)
  • 20 g orzechów włoskich (20 g)

 

Wykonanie:

  1. Rodzynki opłukać pod bieżącą wodą i osuszyć ręcznikiem papierowym, orzechy posiekać.
  2. Ksylitol zmielić w młynku na puder, wymieszać z kakao.
  3. Olej kokosowy rozpuścić, dokładnie wymieszać z kakao i ksylitolem, dodać rodzynki i orzechy, wymieszać.
  4. Nakładać do foremek np. silikonowych na pralinki albo na małe muffinki albo na kostki lodu, można wylać do kwadratowej formy wyłożonej papierem do pieczenia i pokroić na kawałki zanim całkiem zastygnie.
  5. Włożyć do lodówki do całkowitego stężenia.

 

moj-motywacyjny-pomocnik-recenzja-3

Jak rozsupłać emocje… żeby ich nie zjeść na deser

Kobiety częściej jedzą słodycze, gdy są zestresowane, pod wpływem negatywnych emocji, a mężczyznom częściej zdarza się to, gdy są w dobrym nastroju. Nawet wykonano badania, które to potwierdziły *. Naukowcy nie odkryli tym Ameryki, prawda? Myślę, że prawie wszyscy (jak nie wszyscy) doświadczyliśmy tego na swoim przykładzie własnym albo przynajmniej osób z naszego najbliższego otoczenia.

 

Emotional eating – emocjonalne jedzenie

Emocje odgrywają ogromną rolę w naszym życiu, tak naprawdę to one decydują o tym, czy dane wydarzenie będzie dla nas pozytywne, negatywne czy neutralne, emocje przemieniają zwykłe, „suche” fakty w coś, co może być dla nas przyjemne bądź wprost przeciwnie. Mogą sprawić, że będzie cudownie i wspaniale, ale też i fatalnie, beznadziejnie i okropnie. A niestety często jak jest nam fatalnie, beznadziejnie i okropnie, to próbujemy zwalczyć zły nastrój przy pomocy czegoś słodkiego. A zajadanie złych emocji i stresów może przerodzić się w ogromny problem. Tak ogromny, że przygnębia nas to i martwimy się tym tak, że… musimy zjeść coś słodkiego… I błędne koło się zamyka. A nie ma innego rozwiązania, jak to błędne koło przerwać, ale żeby je przerwać trzeba zająć się tym, co jest przyczyną – emocjami.

 

Głód fizyczny a głód emocjonalny

Pierwszym krokiem w walce z emocjonalnym jedzeniem jest uświadomienie sobie różnic między głodem fizycznym, czyli tym takim „prawdziwym” głodem, a głodem emocjonalnym. Wcale nie jest to trudne, mniej więcej intuicyjnie zdajemy sobie z tego sprawę, ale warto zerknąć na takie chociażby zestawienie, które pozwala nam zobaczyć „na papierze” to, co intuicyjnie mniej więcej czujemy:

 

Głód fizyczny Głód emocjonalny
Narasta stopniowo. Pojawia się nagle.
Czuje się go poniżej mostka (burczenie w brzuchu). Czuje się go w ustach (smak na coś, np. czekoladę).
Daje o sobie znać kilka godzin po posiłku. Niezwiązany z posiłkami.
Jest potrzebą zjedzenia czegokolwiek. Jest potrzebą zjedzenia konkretnej rzeczy (zachcianka).
Ustępuje po najedzeniu się. Nie ustępuje mimo uczucia sytości.
Sprawia, że jedzenie wiąże się z uczuciem zadowolenia. Sprawia, że jedzenie wiąże się z poczuciem winy albo wstydu.

Źródło: http://dietetycy.org.pl/glod-fizyczny-glod-emocjonalny/

 

Skoro już jesteśmy pewni, że dotyka nas głód emocjonalny, z którym nie możemy sobie poradzić, warto poszukać pomocy. Nie ma się co oszukiwać, problem sam nie zniknie, a wprost przeciwnie – z czasem będzie tylko narastał. Jednym ze sposobów, jak można sobie pomóc, jest sięgnięcie po dobry poradnik. No właśnie – dobry. Mam wrażenie, że w ostatnich latach mamy istny wysyp poradników poruszających tematykę szeroko pojętego zdrowego stylu życia, a z ich jakością bywa różnie – a przynajmniej takie są moje doświadczenia z poradnikami dotyczące żywienia, bo to tematyka, w której się obracam; ale domniemywam, że w przypadku innych tematów jest podobnie.

 

„Mój Motywacyjny Pomocnik”

Miałam okazję zapoznać się z poradnikiem-pomocnikiem „Mój Motywacyjny Pomocnik, czyli jak rozsupłać emocje… żeby ich nie zjeść na deser” i uważam, że jest to pozycja godna polecenia. Jego autorką jest Magda, coach, trener personalny i… Motywacyjny Przyjaciel pomagający kobietom zmienić swoje życie, bo jak sama pisze o sobie: „Po dziesięciu latach pracy w korporacji postanowiłam w końcu zrealizować swoje marzenie. Z dnia na dzień rzuciłam pracę i wywróciłam swoje życie zawodowe do góry nogami. Czy było warto? O Tak! Obecnie robię to, co kocham najbardziej i… jestem SZCZĘŚLIWA!”. Jak widać Magda jest mistrzynią rewolucji, których nauczyła się na sobie ?. Więcej o Magdzie możecie przeczytać na stronie prowadzonej przez nią Pracowni Ciała i Umysłu.

 

Autorka poza wiedzą i doświadczeniem w temacie, co zresztą na stronach „Pomocnika” bardzo silnie czuć, ma także lekkie pióro, spory dystans do siebie, poczucie humoru i mnóstwo pozytywnej energii, co sprawia, że czytanie „Pomocnika” jest fajną rozrywką. Połączenie przyjemnego z pożytecznym, jak się mawia. A pożytecznym nie tylko dlatego, że znajdziemy tam mnóstwo porad, ale też dużo ćwiczeń do samodzielnego wykonania. Takich ćwiczeń, które zmuszają do zastanowienia i refleksji nad swoimi emocjami czy przekonaniami, ćwiczeń, które wymagają, żeby chociaż na chwilę pozostawić ten pędzący świat w swoim pędzie i zająć się sobą – to tzw. zdrowy egoizm, który naprawdę popłaca, o czym również się przekonacie z lektury. Warto zrezygnować z wieczornego bezrefleksyjnego patrzenia się w telewizor, wziąć w rękę „Pomocnik” i długopis, znaleźć sobie jakieś ustronne miejsce, gdzie nikt nie będzie Wam przeszkadzał i poświęcić ten czas pracę nad sobą, bo inwestycja w siebie to najlepsza inwestycja, jaką możecie zrobić.

 

Co mi się podoba w „Pomocniku”:

  • bardzo praktyczne podejście do tematu, są też elementy teorii, ale stanowią one niewielką część, tylko tyle, ile jest niezbędnie potrzebne;
  • mimo tytułu Autorka nie skupia się na jedzeniu i na zajadaniu emocji, tylko patrzy na problem z szerokiej perspektywy, poruszając różne (ważne zresztą) kwestie – dlatego jest to pozycja nie tylko dla osób, które sięgają po słodycze, by poprawić sobie nastrój;
  • praktyczne ćwiczenia;
  • pozostawione miejsce na pisanie swoich odpowiedzi i dodatkowych notatek, dzięki czemu zawsze można do nich wrócić;
  • przyjemnie napisany, w sposób prosty, bez nadętego moralizatorstwa, z humorem;
  • pomoc ze strony Autorki nie kończy się na „Pomocniku”, podaje ona swój adres, na który można pisać w razie potrzeby;
  • „Pomocnik” jest skierowany typowo do kobiet, ale myślę, że i niejeden mężczyzna mógłby skorzystać na jego przeczytaniu (ale ostrzegam, że jest mocno kobiecy).

 

DARMOWY FRAGMENT „POMOCNIKA”

 

Jakieś minusy?

Zazwyczaj w swoich recenzjach umieszczam plusy i minusy, bo mimo, że recenzja z założenia jest czymś subiektywnym, to staram się mimo wszystko o jakiś element obiektywizmu. Plusy już mamy, co do minusów, to nie ma co ukrywać, że nie wszystkim pomoże przeczytanie poradnika. I nie dotyczy to tylko „Pomocnika”, o którym piszę, ale poradników w ogóle. Gdy problem jest bardzo złożony, głęboko zakorzeniony, gdy „sprawy zaszły za daleko” i ktoś od wielu, wielu lat tkwi w tym błędnym kole zajadania emocji czy gdy ktoś nie ma motywacji do zmian, to konieczna będzie fachowa pomoc, długotrwała terapia prowadzona przez specjalistę i, co istotne, indywidualnie dopasowana do danej osoby. Naturalnie nie jest możliwe, żeby poradnik mógł to zastąpić. Ale w prostszych przypadkach i gdy jest się zdeterminowanym do tego, by pracować nad sobą, może okazać się nieocenionym wsparciem.

 

Wspomniałam, że autorka oferuje też swoje wsparcie za pośrednictwem internetu, ale tak naprawdę to jeszcze nie wszystko, bo z Magdą można umówić się na spotkanie w Krakowie, można z nią potrenować na siłowni albo we własnym domu. Można popracować nad swoim ciałem, jak i umysłem. Bo jak kiedyś pisałam, zdrowie to nie tylko zdrowe ciało, ale i zdrowy duch ?. Fachowo nazywa się to podejściem holistycznym, czyli całościowym.

Więc, jeżeli jesteś kobietą, mieszkasz w Krakowie i czujesz, że utknęłaś w martwym punkcie swojego życia, chciałabyś się z tego punktu wyrwać, ale nie wiesz jak, to Magda chętnie Ci pomoże. Wszystkie informacje znajdziesz na ⇒ stronie, możesz też szukać na ⇒ Facebook’u.

A jeżeli Twoje emocje są poplątane jak węzeł gordyjski, możesz zaopatrzyć się w „Mój Motywacyjny Pomocnik, czyli jak rozsupłać emocje… żeby ich nie zjeść na deser” ⇒ TUTAJ.

 


* Badań na ten temat jest bardzo dużo, więc podaję tylko 2 przykładowe pozycje:

  • Dubéa L., LeBelb J.L., Lua J.: Affect asymmetry and comfort food consumption. Physiology & Behavior 2005, 86, 4: 559-567.
  • Wansink B., Cheney M.M., Chan N.: Exploring comfort food preferences across age and gender. Physiology & Behavior 2003, 79: 739– 747.
Karobowy pudding chia z gruszką 1

Karobowy pudding chia z gruszką

W poprzednim wpisie było o chia (konkretnie o podobieństwach i różnicach między chia a siemieniem lnianym), więc idąc za ciosem będzie dalej o chia, tym razem w praktyce, czyli w formie przepisu. Jak to fajnie, że puddingi z wykorzystaniem szałwii hiszpańskiej można robić w tak wielu różnych kombinacjach smakowych! Było już ich kilka, ale myślę, że więcej nie zaszkodzi ?. Moja najnowsza wersja smakowa to karob + gruszka, dodatkowo wzbogacone świetnie komponującym się z gruszką kardamonem. Jest pysznie, słodko, owocowo i karobowo (to takie tam określenie od „karobu” ?). Smacznego!

 

 

Składniki:

na 2 duże albo 3 mniejsze porcje

  • 250 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 6 łyżek chia (60 g)
  • 4 łyżki karobu (40 g)
  • 2 łyżki erytrolu (20 g)
  • 2 dojrzałe gruszki (około 300 g)
  • mielony kardamon

 

Wykonanie:

  1. Dokładnie wymieszać jogurt, mleko, chia, karob i erytrol, zostawić na około 15 minut, ponownie wymieszać i wstawić do lodówki na parę godzin, żeby nasionka chia napęczniały.
  2. Gruszki umyć, obrać i zmiksować na mus albo zetrzeć na małych oczkach tarki na „papkę”. Wymieszać z mielonym kardamonem.
  3. Pudding przełożyć do naczynek, na wierzch położyć mus gruszkowy.

 

siemie-lniane-versus-chia

Siemię lniane vs chia

Zakładając bloga planowałam publikować od czasu do czasu porównania produktów. Nie ma co ukrywać, że idzie mi to kiepsko… Ale mam silne postanowienie to zmienić. Ten post, jak i kilka innych, siedzi w mojej głowie od samego początku blogowania, więc naprawdę czas najwyższy, żeby ujrzały światło dzienne.

O czym więc będzie? Zamierzam Wam przedstawić porównanie dwóch produktów – siemienia lnianego i nasion szałwii hiszpańskiej, czyli chia. Będą konkretne liczby dla poparcia moich słów, ale nie zamierzam Was nimi całkiem zasypać ?. Będzie też trochę od strony praktycznej, bo oba te produkty wykorzystuję w swojej kuchni. To do dzieła!

 

Wartości odżywcze

W poniższej tabeli przedstawiłam wartości odżywcze w 100 g siemienia lub chia.

Składnik Siemię lniane Chia
Energia [kcal]  500  486
Białko [g]  24,5  16,5
Tłuszcze [g]  31,0  30,7
NKT [g]  2,36  3,33
JNKT [g]  4,58  2,31
WNKT [g  21,39  23,67
Omega-3 [g]  16,60  17,83
Omega-6 [g]  4,79  5,84
Węglowodany [g]  35,0  42,1
Błonnik [g]  3,9 / 27,3  34,4
Sód [mg]  79  16
Potas [mg]  762  407
Wapń [mg]  195  631
Fosfor [mg]  722  860
Magnez [mg]  291  335
Żelazo [mg]  17,1  7,7
Cynk [mg]  7,80  4,58
Miedź [mg]  0,40  0,92
Mangan [mg]  1,20  2,72
Selen [µg]  25,4  55,2
Witamina E [mg]  0,17  0,50
Witamina B1 [mg]  0,17  0,62
Witamina B2 [mg]  0,16  0,17
Witamina PP [mg]  1,40  8,83
Foliany [µg]  0,0  49,0
Witamina C [mg]  0,0  1,6

 

Może zacznę od wyjaśnienia, dlaczego podałam 2 różne wartości dla błonnika. Generalnie dane odnośnie siemienia pochodzą z polskich tabel wartości odżywczej, a te dotyczące chia z tabel amerykańskich. Wyjątkiem jest selen, dla którego obie wartości pochodzą z amerykańskiej bazy. Jeżeli chodzi o błonnik, to tą niższą zawartość wzięłam z polskich tabel, ale wydaje mi się ona nieprawidłowa, bo orzechy, nasiona, ziarna itp. zawierają tego błonnika naprawdę sporo. Dlatego dopisałam zawartość z tabel amerykańskich, która wydaje mi się bardziej prawdopodobna. To tyle z wyjaśnień, czas przejść do sedna

Generalnie siemię lniane i chia są dosyć podobne jeżeli chodzi o wartości odżywcze. Najważniejszym powodem, dla którego zaleca się je spożywać i poleca się je jako zdrowe produkty, jest wysoka zawartość kwasów tłuszczowych omega-3. Jak można zobaczyć w tabeli jest to około 17-18 g w 100 g. Jeżeli chodzi o inne składniki odżywcze, to pogrubiłam te wartości, gdzie różnice są znaczące z mojego, jako dietetyka, punktu widzenia. Według mnie warto zwrócić uwagę na wapń, żelazo, cynk i selen.

Pudding chia na mleku lub jogurcie krowim lub roślinnych odpowiednikach wzbogacanych może być dobrym sposobem na zwiększenie spożycia wapnia, a jedna porcja takiego puddingu może zaspokoić ponad połowę zapotrzebowania na wapń. Chia zawierają też sporo selenu – 100 g nasion chia pokrywa 100% zapotrzebowania na selen, zatem mogą one stanowić ważne jego źródło obok innych pokarmów.

Z kolei siemię lniane jest bogatsze w żelazo i cynk. Przy takiej zawartości żelaza, siemię lniane może stanowić naprawdę pokaźne źródło tego bardzo ważnego pierwiastka w diecie. Warto tylko pamiętać o tym, żeby do potraw zawierających siemię dodawać składniki bogate w witaminę C. Siemię lniane zawiera także dosyć dużo cynku, podobnie zresztą jak inne nasiona oraz orzechy i produkty z pełnego ziarna zbóż.

 

Praktyczne aspekty

Patrząc pod innym kątem, dostępności, ceny, możliwości wykorzystania, to na pewno chia i siemię różnią się przede wszystkim ceną. Przeważnie w sklepach siemię kosztuje około 10 zł za 1 kilogram, chia przynajmniej 30 zł za 1 kg. Taniej można kupić w sklepach internetowych – siemię za około 6 zł za 1 kg, a chia w cenie regularnej niewiele ponad 20 zł (a w promocji nawet za niecałe 10 zł) za 1 kg. Wydaje mi się, że w tym momencie z dostępnością obu produktów nie ma problemu, chia, podobnie jak siemię, można kupić w każdym większym sklepie.

A jak z wykorzystaniem ich w kuchni? Zarówno z chia jak i siemienia można robić puddingi – chociaż puddingi z siemienia są mniej popularne i mniej znane (na blogu znajdziecie i takie i takie), można je dodawać do owsianek, koktajli i wiele innych. To, na co warto zwrócić uwagę to różnice w smaku – chia są właściwie obojętne w smaku, siemię ma swój własny charakterystyczny smak. Wielu osobom on przeszkadza, ale myślę, że umiejętne połączenie z innymi składnikami daje zaskakująco wręcz smaczny efekt. Siemię „lubi” towarzystwo intensywniejszych smaków, wchodzi w smakowite relacje z suszonymi owocami o ciemnej barwie i charakterystycznym smaku – daktylami, rodzynkami, śliwkami, figami, dobrze kumpluje się też z kakao, karobem czy kawą. Tam, gdzie pasują orzechy, tam siemię też się sprawdza, bo ma orzechowy posmak (co może być atutem). Ja lubię go w połączeniu z jabłkiem. Siemię lniane bezpośrednio po zmieleniu daje całkowicie inne odczucia smakowe niż gdy się je namoczy. Jak dla mnie po namoczeniu, chociażby tylko w wodzie, jest dużo smaczniejsze. Może być to sposób na przekonanie się do siemienia ?. W przypadku szałwii hiszpańskiej takich problemów nie ma, bo właściwie nie ma swojego smaku. Sama w sobie jest nijaka i koniecznie trzeba dodawać ją do czegoś. Nie zmienia smaku potrawy, dlatego bez obaw można ją dodawać do różnych owoców, przy których siemię by się nie sprawdziło.

Skoro mamy porównanie, to pewnie by wypadało wyłonić jakiegoś zwycięzcę, hę? Bój zacięty, obaj zawodnicy prezentują wysoką formę. Siemię czy chia? Chia czy siemię? Jeżeli chodzi o wartości odżywcze powiedziałabym, że nieznacznie wygrywa chia, chociaż nasze swojskie siemię depcze mu po piętach. W kwestii praktycznego wykorzystania, chia ze swoim obojętnym smakiem jest bardziej uniwersalne. Cenowo oczywiście wygrywa siemię. Gdybym miała typować zwycięzcę boju, postawiłabym na chia, ale naprawdę minimalną różnicą, bo różnice w tych produktach są niewielkie. Pozostawiam każdemu z Was do swojej własnej decyzji, który z tych produktów uważacie za lepszy. Ja wykorzystuję oba w nich, oba lubię i na blogu znajdziecie przepisy z wykorzystaniem zarówno siemienia, jak i chia. Mam nadzieję, że ten wpis zainspiruje Was do częstszego sięgania po te produkty, bo naprawdę są tego warte.

 


Źródła:

  • Kunachowicz H.: Tabele składu i wartości odżywczej żywności, Instytut Żywności i Żywienia, Warszawa 2007.
  • ndb.nal.usda.gov
  • red. Jarosz M.: Normy żywienia dla populacji polskiej – nowelizacja. Instytut Żywności i Żywienia, Warszawa 2012.