pieczona-tortilla-de-patatas-ze-szpinakiem-1

Pieczona tortilla de patatas ze szpinakiem

Hiszpańską tortillę de patatas jadłam po raz pierwszy podczas wakacyjnego wyjazdu na Fuerteventurę. Jakiś czas potem postanowiłam odtworzyć tę potrawę, z tym, że zabrałam się za to od d*** strony ?. Mianowicie najpierw ją zrobiłam (przecież to tylko ziemniaki i jajka, więc jakaż w tym filozofia!), a dopiero potem sprawdziłam przepisy. Okazało się, że w tradycyjnej tortilli de patatas surowe ziemniaki smaży się w dosyć dużej ilości oleju, a potem zalewa jajeczną masą i smaży dalej. No więc sami widzicie, że nie jest to zbyt zdrowe danie.

W sposobie wykonania, który ja uskuteczniam, używam gotowanych ziemniaków, które zalewam rozbełtanymi jajkami i wstawiam wszystko do piekarnika. Otrzymujemy w ten sposób znacznie lżejsze danie, które może stanowić bazę sycącego posiłku. Jeżeli przygotowując rodzinny obiad przez całkowity przypadek ugotujecie ziemniaków dla pułku wojska ?, to spokojnie możecie je przerobić na taką pieczoną tortillę de patatas.

Być może „tortilla” kojarzy Wam się z plackami, w które można zawijać różne składniki – to jest meksykańska tortilla. Hiszpańskie danie o takiej samej nazwie to właśnie rodzaj omletu z ziemniakami. Z tego, co mi wiadomo, po hiszpańsku tę nazwę wymawia się jako „tortija” – jeżeli się mylę, to mnie poprawcie ?.

 

 

Składniki:

na 2 porcje

  • około 500-550 g ziemniaków (4-5 średnich ziemniaków)
  • 4 garście świeżego szpinaku (120 g)
  • 4 jajka – 200 g
    • zamiennie: 3 jajka + 50 ml mleka
  • 1 ząbek czosnku
  • ⅓ łyżeczki soli
  • pieprz

 

Wykonanie:

  1. Ziemniaki ugotować i schłodzić – można ugotować w mundurkach i obrać po schłodzeniu (zachowają więcej wartości odżywczych) albo ugotować obrane wrzucając na wrzącą wodę. Uwaga: warto zrobić to poprzedniego dnia.
  2. Nastawić piekarnik na 180°C (grzanie góra-dół).
  3. Szpinak poddusić na patelni z niewielką ilością wody aż się skurczy, przestudzić.
  4. Ziemniaki pokroić w cienkie plastry.
  5. W foremce – u mnie silikonowa o średnicy 20 cm – ułożyć 1 warstwę ziemniaków, porozkładać szpinak, następnie kolejną warstwę ziemniaków, szpinak i ziemniaki na wierzchu – jak na TYM zdjęciu. Jeżeli nie macie silikonowej formy, to może być ceramiczna / szklana / metalowa tylko trzeba ją wcześniej cienko posmarować olejem rzepakowym. Świetnie nada się też patelnia, którą można używać w piekarniku.
  6. Jajka rozbełtać widelcem, doprawić solą, pieprzem i przeciśniętym przez praskę czosnkiem, wymieszać. Zalać nimi ziemniaki.
  7. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 30 minut aż jajka się zetną.

 

 

1 porcja dostarcza:

owsianka-z-chia-a-la-tiramisu-1

Owsianka z chia à la tiramisu

Ehh, gdyby nie epidemia koronawirusa, to w tym momencie byłabym na długo wyczekanym urlopie w Rzymie ?. Zamiast tego przerobiłam słynny włoski deser na… owsiankę ?. Dzielę się zatem z Wami kulinarną inspiracją na owsiankę z chia à la tiramisu. Jej wykonanie jest banalnie proste, ale ułożenie dwóch mas warstwami daje wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z jakąś wykwintną potrawą.

Posiłki tego typu często polecam osobom, które mają problem z odzwyczajeniem się od słodyczy. Można w ten sposób zjeść pełnowartościowy posiłek i zaspokoić swoją chęć na deser. A co jak co, ale owsianka jest potrawą, która daje ogromne pole do popisu, jeżeli mamy ochotę na coś słodkiego i zdrowego jednocześnie ?.

 

 

Składniki:

na 2 porcje

Jasna warstwa:

  • 1 duże opakowanie jogurtu naturalnego (400 g)
  • ½ szklanki mleka 1,5% (125 g)
  • 4 łyżki chia (40 g)

Ciemna warstwa:

  • 100 g płatków owsianych górskich
  • 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 2 łyżki erytrolu (20 g)
  • 1 łyżka Amaretto (10 g)

Dodatkowo: 1 łyżeczka kakao (3 g)

 

Wykonanie:

  1. Jasna warstwa: Wymieszać jogurt z mlekiem i chia, zostawić na około 15 minut, ponownie zamieszać, po czym schować do lodówki do napęcznienia na około 8 godzin.
  2. Ciemna warstwa: Płatki zalać 200 ml wrzątku, dodać kawę i erytrol, wymieszać i zostawić do napęcznienia i wystudzenia na przynajmniej 15 minut. Potem wymieszać z Amaretto.
  3. W szklankach / pucharkach układać naprzemiennie warstwy ciemną i jasną. Posypać po wierzchu kakao. Tak przygotowana owsianka jest gotowa do jedzenia.

 

 

1 porcja dostarcza:

weganskie-spaghetti-carbonara-1

Wegańskie spaghetti carbonara

Dzisiaj mam dla Was totalnie odjechany przepis! Jest to wegańskie spaghetti carbonara bez boczku, bez jajek, bez śmietany i bez parmezanu. Słowem – bez niczego! Uff, jak dobrze, że zostaje makaron! ? Dokładnie tak, nauczymy się, jak gotować makaron. I to na dodatek AL DENTE! Tak, zdradzę Wam ten tajemny sekret, o co chodzi z makaronem al dente i dlaczego tak trudno go kupić w sklepie!

 

https://kwejk.pl/obrazek/3165001/makaron-al-dente.html

 

Dobra, koniec żartów. Prima aprilis sobie, ale nie będę pisać o gotowaniu makaronu. Całkiem serio mam dla Was przepis na wegańskie spaghetti carbonara. W roli śmietanowego sosu jajecznego występuje kalafior z czarną solą Kala Namak, nie bez powodu zwaną jajeczną solą. W rolę boczku wciela się wędzone tofi. Tfu, właśnie palec mi się omsknął na klawiaturze. Wędzone tofi, dobre sobie. TofU, TOFU! Swoją drogą, nie chcę wiedzieć, jak smakuje wędzone toffi, bleh… O czym to ja? A! W zastępstwie za parmezan występują płatki drożdżowe. I co? Że niby spaghetti carbonara nie da się zweganizować? Hę?

 

 

Składniki:

  • makaron spaghetti pełnoziarnisty
  • wędzone tofu
  • kalafior
  • czosnek
  • czarna sól Kala Namak
  • płatki drożdżowe
  • pieprz
  • olej rzepakowy

 

Wykonanie:

  1. Kalafiora umyj i odkrój różyczki. No co tak stoisz? Wyjmij nóż i deskę. Ej, co Ty robisz? Tu jest kosz na śmieci! Nóż znajdziesz w górnej szufladzie na lewo od kuchenki, a deskę w szufladzie poniżej. O tu, dokładnie. Nie ten nóż, ten jest za mały, ten służy do obierania tylko. Ożesz, tasak?? No tak, większy miał być, ale bez przesady. Tak, ten będzie okej. Taka deska? Nie, dobra, już nic nie mówię, niech będzie.
  2. Kalafiora masz tam, na blacie. O takie białe, o to, dokładnie! Umyj go. Nie, zostaw ten płyn! Wypłucz go pod bieżącą wodą. No, weź go polej wodą ze wszystkich stron, a nie tak byle jak. Odkrój różyczki. No te takie sterczące na boki, różyczki się na to mówi. Dobra, odkrój jak Ci się podoba i pokrój na mniejsze kawałki. Już nic nie mówię, rób, co chcesz.
  3. Jak już jesteś przy krojeniu to pokrój tofu. Znajdziesz je w lodówce. To takie urządzenie z drzwiczkami. Nie, nie to! To piekarnik!
  4. Dobra, słuchaj, ja już nie mogę… Weź no sobie jakąś pizzę zamów albo coś…

 

 

[mks_accordion] [mks_accordion_item title=”Wersja normalna przepisu ;)”]

Wykonanie:

  1. Kalafiora umyć, odkroić różyczki i podzielić na mniejsze kawałki. Wrzucić na patelnię, dolać trochę wody i dusić pod przykryciem aż zmięknie (około 15 minut) – zamiennie można ugotować najlepiej na parze.
  2. W międzyczasie tofu pokroić w niedużą kostkę i delikatnie podsmażyć na niewielkiej ilości oleju. Makaron ugotować al dente.
  3. Gotowego kalafiora zmiksować z czosnkiem (można go wcześniej przecisnąć przez praskę), solą, pieprzem, płatkami drożdżowymi i olejem (1-2 łyżeczki na porcję).
  4. Sos kalafiorowy wlać na patelnię z tofu, w miarę potrzeby zagęścić odparowując nadmiar wody. Dodać makaron i wymieszać z sosem.
[/mks_accordion_item] [/mks_accordion]

 

koktajl-pomaranczowy-z-makiem-i-imbirem-1

Owsiany koktajl pomarańczowy z makiem i imbirem

Z dzisiejszym przepisem idę na łatwiznę, bo to tylko koktajl. Owsiany koktajl pomarańczowy z makiem i imbirem przy okazji, którego chciałam Wam pokazać, jak zastosować raczej rzadko używane w kuchni składniki. Szczególnie zwróćcie uwagę na mak. Mak gości na naszych stołach przeważnie tylko przy okazji świąt i to jeszcze w wypiekach z dużą ilością cukru ?. A szkoda, bo jest to naprawdę wartościowy produkt. Wiedzieliście, że mak to produkt o wręcz rekordowej zawartości wapnia? W 100 maku jest go aż 1266 mg, a zaleca się spożywać 1000 mg w ciągu dnia. Więc dodatek chociażby 1 łyżki maku do owsianki czy koktajlu skutecznie wzbogaca nam ten posiłek w wapń. Co ważne mak musi być zmielony, inaczej nasz organizm nie będzie w stanie dobrać się do składników mineralnych zawartych w tych ziarenkach.

Do podkręcenia smaku tego koktajlu dodałam też trochę świeżego imbiru. Jego cytrynowo-ostry posmak dobrze komponuje się z pozostałymi składnikami. Macie ochotę spróbować? ?

 

 

Składniki:

na 1 porcję

  • 5 łyżek płatków owsianych górskich (50 g)
  • 2 łyżki maku (20 g)
  • 1 szklanka mleka / niesłodzonego napoju roślinnego (250 g)
  • 1 pomarańcza (240 g)
  • mały kawałek świeżego imbiru

 

Wykonanie:

  1. Płatki i mak wymieszać z mlekiem i zostawić na parę godzin do napęcznienia (np. przez noc w lodówce).
  2. Dokładnie zmiksować z obraną pomarańczą i imbirem. Ważne, żeby mak również się zmiksował, dlatego jeżeli macie słabszy blender, to lepiej suchy mak zmielić w młynku zamiast namaczać z płatkami i mlekiem.

 

 

1 porcja (z użyciem mleka krowiego 1,5%) dostarcza:

oraz aż 659 mg wapnia! W tym z mleka 300 mg, a z maku 253 mg.

 

jak-szukac-informacji-w-internecie

Jak szukać informacji w internecie?

W związku z epidemią ja mam więcej czasu na blogowanie, Wy zapewne na grzebanie po internecie. Mam zatem dla Was wskazówki, jak szukać informacji w internecie. Naturalnie mam tu na myśli przede wszystkim informacje dotyczące prawidłowego odżywiania, ale te wskazówki można też zastosować w szerszym kontekście – właściwie w odniesieniu do wszystkiego, co dotyczy zdrowia i medycyny.

 

W internecie każdy może pisać o wszystkim, a że tematyka zdrowia cieszy się ostatnio rosnącą popularnością, to stron, blogów i serwisów na ten temat jest zatrzęsienie. A z jakością merytoryczną publikowanych tam wpisów i artykułów bywa – oględnie mówiąc – różnie. Siedząc w temacie od wielu lat nie boję się zaryzykować stwierdzenia, że  przytłaczająca większość to treści beznadziejnej jakości tworzone przez pseudo-specjalistuff, pasjonatów-amatorów, dziennikarzy mających wykształcenie w innym kierunku, szarlatanów, samozwańczych medyków, tzw. kołczów zdrowia czy trenerów żywienia, osób-które-znają-się-na-wszystkim i ludzi, którzy upatrzyli w tym obszarze świetną szansę na duży zarobek. No i można by jeszcze tak wymieniać, w końcu sporo Polaków hołduje zasadzie „nie znam się, ale się wypowiem”.

 

Tego typu zjawisko zostało zresztą opisane przez naukowców (amerykańskich, a jakże?) i zostało nazwane efektem Dunninga-Krugera (albo Krugera-Dunninga – na jedno wychodzi). Wstawiam Wam wykres obrazujący to zjawisko (mój ulubiony wykres!). Gdzie na tym wykresie zaznaczylibyśmy internetowych specjalistuff to sami na pewno wiecie ?. „Jak to, że JA nie zrobię bloga o tym, co jeść??? Potrzymaj mi piwo…”

 

Efekt Dunninga-Krugera

 

Z drugiej strony: pamiętacie Sokratesa i jego słynne „Wiem, że nic nie wiem”?

 

Po tym (przydługim) wstępie przejdźmy zatem do meritum, czyli jak szukać informacji w internecie? Czym się kierować, żeby z tego internetowego szamba wyłowić coś wartościowego (sorry za to porównanie, nie mogłam się powstrzymać… ?).

 

Przedstawiam Wam wskazówki opisane przez American Dietetic Association suto okraszone moim własnym komentarzem.

 

Co wziąć pod uwagę oceniając wiarygodność strony internetowej według American Dietetic Association? [1, 2]

  • Czy strona jest wiarygodna, powiązana z godnymi zaufania źródłami lub badaczami?
  • Czy strona internetowa wskazuje, kto jest wydawcą lub sponsorem?
  • Czy wiadomo kto jest autorem artykułu lub jak został on zatwierdzony?
  • Czy informacje są aktualne?
  • Czy informacje zawierają odniesienia do wiarygodnych źródeł takich jak renomowane czasopisma?
  • Czy informacje przedstawiają problem z różnych perspektyw?
  • Czy informacje są wyważone i zawierają jakieś zastrzeżenia?
  • Czy strona internetowa jest przeznaczona do sprzedaży produktów?
  • Czy istnieją linki potwierdzające podane informacje lub pozwalające znaleźć więcej szczegółów?

 

 

1. Wiarygodność strony

Zgodnie z zasadą „od ogółu do szczegółu” oceńcie najpierw, co to w ogóle jest za strona. Jaka jest jej tematyka, z czym jest powiązana? Czy trafiliście na „Żywieniowego Pudelka” czy stronę Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej? Czy to blog osobisty czy duży portal internetowy? Czy jest to blog lub portal specjalistyczny czy raczej o wszystkim i o niczym?

 

2. Wydawcy, sponsorzy – kto „stoi” za stroną?

Warto pogrzebać za informacjami, kto za daną stroną „stoi”. Poszukajcie zakładki typu „O nas”, zajrzyjcie w „Kontakt”. Może być tak, że strona jest robiona na zlecenie np. jakiejś firmy albo przez organizacje związane z przemysłem spożywczym i ma na celu pokazać produkty danej firmy w korzystnym świetle. Albo może być to strona założona przez jakąś organizację typu – teraz zmyślam dla przykładu – Stowarzyszenie Przeciwników Szpinaku, która będzie przekonywać o tym, że szpinak to największe zło świata stworzone po to, żeby doprowadzić do zagłady ludzkiej rasy i zasiedlenia Ziemi przez zielone Szpinakołaki.

Inny przykład (tym razem całkowicie prawdziwy): istnieje sobie strona kampanii „Słodka równowaga”. Wygląda to jak kampania edukacyjna, pod którą podpisują się eksperci, na której potrzeby powstał fachowo wyglądający raport. Wszystko sprawia naprawdę rzetelne wrażenie. Natomiast dopiero gdy wejdziemy w zakładkę „Kontakt” okazuje się, że za całością stoi… Związek Producentów Cukru. W innych miejscach tej informacji nie ma – ani na stronie głównej, ani w stopce ani przy prezentowanych materiałach.

W przypadku blogów zazwyczaj jest tak, że autor bloga jest jednocześnie „wydawcą” i autorem wszystkich treści i artykułów. Ale przy większych portalach czy stronach internetowych pojedyncze wpisy tworzy wiele osób.

 

3. Strona-reklama

Kolejna kwestia – czy strona ma na celu sprzedać nam jakiś towar lub usługę? Sam fakt, że strona jest połączona ze sklepem internetowym albo zawiera link do jakiegoś sklepu nie jest wcale niczym „złym”, właściwie współcześnie to standard. Co innego, gdy jest to strona poświęcona jakiemuś produktowi, strona producenta, a tam artykuły o zdrowym odżywianiu, które jakimś „dziwnym trafem” ciągle uzasadniają kupienie danego produktu.

Na tego typu stronach możemy znaleźć również odniesienia do badań naukowych. No i niestety czasami bywa tak, że te badania robione są na zlecenie producentów, a ich wyniki zmanipulowane. Przykład: suplementy JuicePlus. Sprzedawcy tych suplementów przekonują, że stanowią one substytut dziennej porcji warzyw i owoców dostarczając nam tylko tego, co jest w nich najlepsze – witamin i antyoksydantów, a pozbawione są cukrów prostych. Czyli w skrócie: zalecane przez producenta 4 kapsułki odpowiadają 500 g warzyw i owoców. Tymczasem niezależne badania pokazały, że 1 kapsułka (1 g) to zamiennik… 10 g świeżych warzyw i owoców [3].

Jeżeli cała strona wygląda jak wielka reklama, pełna ochów i achów na temat danego produktu, szczególnie z kategorii suplementów czy cudownych preparatów odchudzających, to od razu powinna nam się w głowie zapalić wielka czerwona, migocząca lampka.

 

4. Autor artykułu

Przyglądając się bardziej szczegółowo artykułowi, który mamy przed oczami w pierwszej kolejności spójrzmy, kto go napisał. Czasami autora nie znajdziemy w ogóle – w takim przypadku na pewno powinna nam się w głowie włączyć syrena ostrzegawcza. Artykuł specjalistyczny napisany przez anonima? Fakt, że czasami osoby piszące artykuły za wynagrodzenie – także specjaliści – nie są pod nimi podpisywani. Ale wtedy wydawca tak naprawdę strzela sobie w stopę, bo artykuł traci na wiarygodności. Równie dobrze mógł go napisać profesor z renomowanej uczelni, jak i inżynier górnictwa.

Znacznie częściej jednak autor jest podany. Niejednokrotnie wraz z krótką informacją na swój temat. Jeżeli ma wykształcenie kierunkowe to na pewno będzie to tutaj wspomniane. Niestety wykształcenie to nie wszystko, można skończyć studia i głosić teorie niepoparte badaniami naukowymi. Zahaczam teraz o temat, który jest tematem-rzeką i gdybym chciała Wam to tutaj dokładnie opisać, to ten artykuł rozrósłby się do monstrualnej długości. Sporo w tej kwestii znajdziecie w moim wpisie: 10 oznak, że warto zmienić dietetyka.

W tym temacie ewentualnie może być też taka sytuacja, że nie mamy podanego autora tylko wiadomo, kto go zatwierdził. Z czymś tego typu można się spotkać na stronach jakichś dużych instytucji (dla przykładu to może być strona Światowej Organizacji Zdrowia), gdzie nie ma podpisanych autorów poszczególnych artykułów, ale wiadomo, że to jest wiarygodne źródło (czyli to, czego dotyczył punkt 1).

 

5. Źródła / bibliografia

Coś, na co osobiście zwracam bardzo dużą uwagę – na podstawie czego artykuł został napisany. Czy opiera się na źródłach naukowych? Czy to tylko widzimisię autora?

Oczywiście nie każdy artykuł musi się opierać na badaniach naukowych. Wpisy typu „5 sposobów, żeby ograniczyć cukier w diecie” czy „Podstawowe zasady zdrowego odżywiania” nie potrzebują mieć bibliografii. Autor będący specjalistą w swojej dziedzinie może coś takiego napisać zwyczajnie z własnej wiedzy i doświadczenia. A już tym bardziej artykuł w stylu „Moje ulubione sposoby na wykorzystywanie resztek” żadnej bibliografii mieć nie będą ?.

Ale artykuł o właściwościach jakichś produktów, opisujący dokładnie jakiś składnik żywności, a już szczególnie zawierający konkretne dane liczbowe i powołujący się na wyniki badań,  musi zawierać odniesienia do źródeł naukowych. Jednak czy sam fakt, że autor przytacza na końcu listę artykułów naukowych albo linki do baz takich artykułów wystarczy? Otóż nie. Niestety nie.

Istnieje zjawisko, któremu nadano jakże uroczą nazwę cherry picking (z ang. zbieranie wiśni). Wyobraźcie sobie, że włazicie na wiśniowe drzewo hojnie obsypane owocami. Co zrobicie? Zapewne będziecie zbierać wiśnie wybierając te największe, najbardziej dojrzałe, najsłodsze. Czyli wybieracie to, co się Wam najbardziej podoba. Tak samo można zrobić z badaniami naukowymi. Bo niestety, ale można znaleźć badania naukowe na wszystko. Różne grupy badaczy analizujące to samo zagadnienie mogą otrzymać różne wyniki. Więc chcąc coś udowodnić podpierając się badaniami, wystarczy wybrać te, których wyniki popierają naszą tezę. Dlatego wśród artykułów naukowych dużo większą wartość dowodów mają prace zbierające wyniki wielu pojedynczych badań – czyli metaanalizy oraz przeglądy systematyczne.

Kolejny problem to interpretacja wyników badań przez autora artykułu. Szczególnie jeżeli autor jest np. dziennikarzem i niekoniecznie się orientuje w zawiłościach badań naukowych. I tak dla przykładu w badaniach in vitro na komórkach nowotworowych poddanych działaniu ekstraktu z żurawiny obserwowano zmniejszenie ilości tych komórek. Po czym w mediach pojawia się artykuł: Żurawina ma działanie przeciwnowotworowe! Jedzmy żurawinę, bo żurawina ochroni nas przed zachorowaniem na raka! No nie, czekajcie, to nie jest takie proste… Przede wszystkim mamy tu badanie in vitro – czyli na szkiełku laboratoryjnym mamy komórki nowotworowe, które polewamy ekstraktem z żurawiny. Jak to się ma do żurawiny, którą zjemy, która musi zostać strawiona, związki z niej wchłonięte do krwi i z krwią transportowane po całym organizmie, a żeby dostać do jakichś tkanek jeszcze muszą pokonać różne bariery po drodze? Dołóżmy do tego fakt, że w badaniu wykorzystano ekstrakt – czyli związki w bardzo stężonej formie. Dlatego wyciąganie z takiego badania wniosku, że jedzenie żurawiny „zabija raka” jest delikatnie mówiąc naciągane.

Kolejny przykład, że samo w sobie zamieszczenie bibliografii na końcu artykułu nie świadczy o rzetelności artykułu: trafiłam kiedyś na artykuł, który mnie zainteresował i pojawiało się w nim sporo kontrowersyjnych w moim odczuciu informacji. Jako że autor podał na końcu źródła w formie linków do PubMedu, to w te linki weszłam, żeby sobie przejrzeć badania. Jakież było moje zdziwienie, kiedy czytałam tytuły tych badań i żadne kompletnie nie dotyczyło tematyki artykułu… Wiecie – coś w stylu artykuł jest o pomidorach, a w bibliografii artykuły o brukselce. Wspomniany przeze mnie PubMed to najbardziej znany zbiór wszystkich artykułów naukowych i ich streszczeń. Zalecenia ADA, które zainspirowały mnie do napisania tego artykułu też tam są, link to: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16639825

W artykule, który Wam opisałam na końcu były tego typu linki i to jeszcze w formie „nieklikalnej” (żeby wejść w link trzeba go było skopiować do przeglądarki; od razu mniejsze prawdopodobieństwo, że komuś się będzie chciało), co dawało wrażenie, że autor faktycznie opiera się na badaniach naukowych. Jakże złudne wrażenie…

Inna anegdotka z życia wzięta a propos źródeł informacji tudzież ich braku: jednego z samozwańczych guru zdrowego odżywiania zapytałam kiedyś o podstawy naukowe publikowanych zaleceń. Odparł na to, że on wie, że tak jest i że wkrótce zostanie to dowiedzione w badaniach naukowych, a wtedy takim jak ja będzie łyso, że w niego nie wierzą… Po tym jak już pozbierałam szczękę z podłogi chciałam mu odpisać, że w nurcie Evidence Based Medicine opieramy się na aktualnych danych naukowych, a nie przyszłych, ale mnie zablokował (to było na Facebooku). Także ten tego… Można i tak.

 

6. Aktualność informacji

W ten sposób przeszliśmy gładko do kolejnej kwestii – czy prezentowane na danej stronie informacje są aktualne? Nauka o żywieniu jest dynamicznie rozwijającą się dziedziną, ciągle pojawiają się nowe doniesienia naukowe, nowe badania. W związku z tym zalecenia się zmieniają – weźmy na przykład nieszczęsne jajka, co do których zalecenia potrafiły się zmieniać o 180 stopni. Raz żeby ograniczać, bo cholesterol, potem, że jeść do woli, następnie znowu, żeby ograniczać do 10 tygodniowo, innym razem, że do 2 tygodniowo. Idzie oszaleć… Dla formalności: najnowsze zalecenia z 2019 roku znoszą limit jajek dla osób zdrowych, ale rekomendują ich ograniczenie do 7 tygodniowo u osób z cukrzycą typu 2 i zaburzeniami lipidowymi [4, 5]. Dlatego w artykułach dostępnych internecie znajdziecie cały przekrój jajecznych zaleceń w zależności, kiedy artykuł akurat powstał.

Tak samo z wieloma innymi kwestiami – artykuły sprzed paru lat mogą zawierać przestarzałe informacje. Z drugiej strony sporo zaleceń żywieniowych pozostaje stałych od bardzo długiego czasu. Dlatego niestety pojawia się taki problem, że osobom, które nie siedzą na bieżąco w temacie, może być bardzo trudno zdecydować, które zalecenia są aktualne. Warto wtedy porównać dane z różnych stron, a jeżeli jest to możliwe szukać na stronach instytucji zajmujących się daną tematyką.

 

7. Obiektywizm, pokazanie problemu z różnych stron

Czytając jakiś artykuł zwróćcie przy okazji uwagę, czy zawarte w nim informacje są wyważone, pokazują plusy i minusy, czy znajdują się w nim wskazówki, kiedy spożycie jakiegoś produktu jest niewskazane albo ostrzeżenia, że zbyt duże ilości mogą niebezpieczne itp.

Jeżeli artykuł opisuje coś w samych superlatywach, to warto być podejrzliwym. Nie tak dawno był ogromny boom na olej kokosowy. W internecie rozpisywano się jaki to cudowny produkt, jak pomaga na wszystko, jaki hiper-zdrowy i normalnie lek na wszystkie problemy. Nic tylko łyżeczką ze słoika wyjadać… Tymczasem wszystkie te peany na cześć oleju kokosowego to było zagranie czysto marketingowe. Z czasem zaczęło się na szczęście pojawiać coraz więcej krytycznych głosów, a moda na ten produkt wyraźnie się skończyła, ale osób, które nadal wierzą w jego zbawienne działanie, nie brakuje.

 

No i znowu. Znowu to zrobiłam. Napisałam tasiemca, chociaż wcale nie tak miało być. Myślałam, że ot, machnę sobie krótki artykulik. Ale nie da się napisać krótkiego artykuliku na rozległy temat. Nie da się upchnąć ogromu wskazówek w kilku zdaniach. Więc mam nadzieję, że mimo wszystko dobrnęliście do końca. A jeszcze większą mam nadzieję, że ten artykuł był dla Was wartościowy ?.

Krótko podsumowując manierą Mistrza Yody: Ślepo w to, co w Internetach piszą, nie wierzcie. Rzetelnej strony Mocy się trzymajcie i sprawdzonych informacji o odżywianiu poszukujcie! W końcu tu o Wasze zdrowie chodzi!

 

https://twitter.com/totylkoteoria/status/1163847208812388353

 


Źródła:

[1] Wansink B.: Position of the American Dietetic Association: Food and Nutrition Misinformation. Journal of the American Dietetic Association 2006, 106: 601-607.

[2] red. Gawęcki J., Roszkowski W.: Żywienie człowieka a zdrowie publiczne. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

[3] https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/0308814695002235 [dostęp: 24.03.2020].

[4] https://www.heartfoundation.org.au/news/new-diet-recommendations-matter-to-your-heart [dostęp: 24.03.2020].

[5] https://www.heartfoundation.org.au/news/new-advice-from-the-heart-foundation-on-meat-dairy-and-eggs [dostęp: 24.03.2020].

chinszczyzna-z-makaronem-z-ciecierzycy-5

Chińszczyzna z makaronem z ciecierzycy

Lubicie te banalnie proste przepisy, w których jest tylko kilka składników i minimum roboty? No to proszę bardzo! Kolejna propozycja ode mnie to chińszczyzna z makaronem z ciecierzycy. Zakochałam się w makaronach ze strączków jak tylko pojawiły się w sklepach i bardzo je rekomenduję moim pacjentom jako opcję na szybki obiad.

Dlaczego są fajne? Po pierwsze rośliny strączkowe zawierają zarówno białko, jak i węglowodany, więc do zbilansowania obiadu brakuje nam już tylko zdrowego tłuszczu i warzyw. To trochę tak jakby strączkowe robiły nam za mięso i kaszę razem ?. Po drugie strączki mają mnóstwo wartości odżywczych oraz błonnika, więc posiłek z nimi syci na długo. Po trzecie taki makaron gotuje się ekspresowo, więc może uratować obiad, gdy głodni wracamy po pracy, a w lodówce zastajemy tylko światełko. Więc warto mieć zachomikowaną w zamrażalniku mieszankę chińską, w szafce makaron z ciecierzycy i w sytuacji awaryjnej gotowy obiad w krótszym czasie niż czekanie na szamkę z Uber Eats ?.

 

 

Składniki:

  • mrożona mieszanka chińska
  • makaron z ciecierzycy *
  • sos sojowy
  • mielony imbir
  • orzeszki ziemne

 

Wykonanie:

  1. Mrożonkę wrzucić na patelnię i podgrzewać na niezbyt dużym ogniu, żeby się rozmroziła, a następnie na większym, żeby warzywa lekko zmiękły.
  2. Zagotować wodę na makaron i gotować go aż będzie mocno al dente (definitywnie lepszej jakości jest makaron z L. niż B. ?)
  3. Warzywa doprawić sosem sojowym (uwaga, żeby nie przesadzić z ilością!) oraz mielonym imbirem, dodać makaron i wszystko razem poddusić, żeby przeszło swoim smakiem, a makaron „doszedł”.
  4. Gotową potrawę posypać posiekanymi orzeszkami ziemnymi (zamiennie można użyć np. zmielonego sezamu albo wymieszać z olejem sezamowym – jak kto woli).

 

* Ja użyłam makronu w kształcie spaghetti z B., który ma bardzo wredną tendencję do rozgotowywania się do konsystencji kompletnie niejadalnie wyglądającej paciai ?. Ale da się go przechytrzyć. Trzeba go bardzo delikatnie podgotować (tylko, żeby zmiękł) w minimalnie tylko bulgoczącej wodzie. Potem przerzucić na patelnię z warzywami i podziabać łopatką na krótsze kawałki (inaczej za Chiny ludowe nie uda się go wymieszać z warzywami).

 

koronawirus-stres-i-jedzenie

Koronawirus, stres i jedzenie

Wiem, że dla wielu z Was obecna sytuacja jest bardzo trudna ?.

Strach przed chorobą, troska o najbliższych, niepewność, jak długo to potrwa, stres związany z siedzeniem w domu, nerwy wywołane czytaniem kolejnych wiadomości…

Napięcie, które często rozładowujemy jedzeniem.

 

Na stronie Fundacji Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie znajdziecie wskazówki ode mnie, jak radzić sobie ze stresem i nadmiernym jedzeniem w obecnej sytuacji.

 

[mks_button size=”large” title=”Przejdź do artykułu” style=”rounded” url=”https://insulinoopornosc.com/koronawirus-stres-i-jedzenie/” target=”_self” bg_color=”#ffa310″ txt_color=”#FFFFFF” icon=”fa-external-link” icon_type=”fa” nofollow=”0″]
 

Zdjęcie na licencji CC0, pixabay.com

buraczane-peczotto-z-wedzonym-tofu-i-jarmuzem-1

Buraczane pęczotto z wędzonym tofu i jarmużem

Może to i wstyd się przyznać, ale stanowczo częściej jadam buraki odkąd pojawiły się w sklepach już ugotowane i obrane buraki zapakowane próżniowo ?. Tak szybko można coś z nich zrobić ?. Przykładowo takie buraczane pęczotto z wędzonym tofu i jarmużem. Całe danie jest gotowe w czasie nie dłuższym niż czas potrzebny na ugotowanie pęczaku. Kolejną zaletą jest to, że wszystko gotujemy wykorzystując jedną patelnię. Przy okazji ubrudzimy jeszcze deskę, nóż, ewentualnie praskę do czosnku i… tyle. Naprawdę, zdrowe gotowanie to żadna filozofia i nie wymaga spędzania długich godzin w kuchni. Spokojnie wykorzystujcie gotowe półprodukty z dobrym składem, takie jak mrożonki warzywne, czy właśnie ugotowane buraki.

Smacznego!

 

 

Składniki:

  • kasza pęczak
  • czosnek
  • ugotowane i obrane buraki
  • jarmuż
  • wędzone tofu
  • pieprz
  • sól
  • płatki drożdżowe (zamiast nich można użyć tartego parmezanu)
  • olej rzepakowy

 

Wykonanie:

  1. Czosnek obrać i bardzo drobno posiekać albo przecisnąć przez praskę.
  2. Na patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, wrzucić czosnek i delikatnie podsmażyć – chodzi o to, żeby wyraźnie poczuć aromat czosnku, ale go nie przyrumienić.
  3. Dorzucić kaszę, wlać trochę wody i dusić pod przykryciem aż kasza będzie prawie miękka (około 15 minut), mieszając od czasu do czasu i w razie potrzeby dolewając wodę.
  4. Buraki pokroić w kostkę. Tofu również pokroić w kostkę. Jarmuż w razie potrzeby pokroić na mniejsze kawałki usuwając grube nerwy liściowe.
  5. Do kaszy dorzucić buraki, dokładnie wymieszać, żeby sok z buraków zabarwił kaszę. Dodać jarmuż i dusić pod przykryciem kilka minut mieszając od czasu do czasu aż jarmuż zmniejszy swoją objętość.
  6. Doprawić pieprzem, płatkami drożdżowymi, niewielką ilością soli, wymieszać. Na koniec dorzucić tofu i podgrzać je w całości dania.
  7. Gotowe pęczotto można dodatkowo posypać posiekaną natką pietruszki i skropić olejem albo posypać posiekanymi orzechami włoskimi / nasionami słonecznika.

 

zupa-krem-z-papryki-pomidorow-i-ciecierzycy-1

Zupa-krem z papryki, pomidorów i ciecierzycy

Dzisiaj mam dla Was przepis-banał na zupę-krem z papryki, pomidorów i ciecierzycy. W dobie tysięcy blogów i miliardów przepisów dostępnych w wirtualnej przestrzeni, gdy wymyślenie czegoś unikatowego wydaje się równie prawdopodobne co twierdzenie Joanny Lichockiej, że tylko przecierała oko, ma się wrażenie, że publikowanie tego typu przepisów jest totalnie bez sensu. Ba, że jest to wyraz prostactwa publikującego. Jednak moje doświadczenie pokazuje, że takie przepisy są bardzo potrzebne. 90% moich pacjentów poszukuje dań, które robi się szybko, które nie wymagają objechania połowy Polski w poszukiwaniu składników, które da się wykonać bez ekwilibrystycznych układów z nożami, patelniami, deskami i całą resztą kuchennych utensyliów. Dań, które w finalnej wersji wcale nie muszą wyglądać jak misterne konstrukcje rodem spod dłuta Michała Anioła, ale mają smakować i sycić. Krótko mówiąc – ma być szybko, prosto, smacznie i zdrowo. Et voilà, przed Wami banalna zupa z 3 składników plus przyprawy ?,

 

 

Składniki:

na 3 porcje

  • 1 puszka pomidorów
  • 2 papryki
  • 1 słoik ciecierzycy (400 g)
  • mielona słodka i ostra papryka
  • sól
  • olej rzepakowy / oliwa z oliwek
  • opcjonalnie: pestki słonecznika

 

Wykonanie:

  1. Paprykę umyć, usunąć gniazda nasienne i niedbale podziabać na kawałki.
  2. Wrzucić do garnka, dodać puszkę pomidorów, dolać 100 ml wody i gotować około 15 minut.
  3. Po tym czasie dorzucić odcedzoną ciecierzycę (polecam zostawić trochę do dekoracji), pogotować 1-2 minuty i całość zmiksować.
  4. Doprawić mieloną słodką i ostrą papryką oraz odrobiną soli w razie potrzeby. Przed miksowaniem dolać trochę oleju dla smaku i/lub gotową zupę posypać słonecznikiem. Udekorować pozostałą ciecierzycą.

 

strogonow-z-kotletow-sojowych-1

Strogonow z kotletów sojowych

Jakiś czas temu grzebałam w pamięci w poszukiwaniu ciekawych potraw, które mogłabym przerobić na lżejszą i bezmięsną wersję. I wtedy mój mózg przypomniał mi o istnieniu takiego intrygującego gulaszu, który w swoim składzie ma kiszone ogórki. Chwilę później na moich ustach gościł uśmieszek zwiastujący, że mam jakiś pomysł. Taaak! Będzie wegański strogonow z kotletów sojowych!

No i jest ?. W gruncie rzeczy to banalne danie. Najwięcej zachodu jest z pokrojeniem składników. A potem wrzucamy do gara i mieszamy od czasu do czasu. W takim gulaszu mamy sporo warzyw, a przy okazji to ciekawy sposób na wykorzystanie kotletów sojowych. Nie jako smażone w panierce, tylko duszone z warzywami i przyprawami. Kupując kotlety sojowe zwróćcie uwagę, żeby w składzie miały tylko mąkę sojową, bo czasami trafiają się z dodatkiem jakiś przypraw, które są totalnie zbędne.

 

 

 

Składniki:

  • kotlety sojowe
  • cebula
  • papryka
  • pieczarki
  • ogórki kiszone
  • olej rzepakowy
  • koncentrat pomidorowy
  • ziele angielskie
  • liście laurowe
  • słodka i ostra mielona papryka
  • sól

 

Wykonanie:

  1. Kotlety zalać wrzątkiem i zostawić na 5 minut, żeby zmiękły. Odcedzić i zostawić do przestudzenia. Pokroić w paski.
  2. Cebulę obrać i pokroić w paski. Paprykę oczyścić z gniazd nasiennych i również pokroić w paski. Pieczarki umyć i pokroić w plastry.
  3. Na patelni rozgrzać niewielką ilość oleju i zeszklić cebulę razem z zielem angielskim i liściem laurowym (około 5 minut).
  4. Do sporego garnka włożyć kotlety, cebulę (razem z przyprawami), paprykę i pieczarki. Wlać wodę do wysokości około ½ zawartości. Gotować na dosyć dużym ogniu przez około 10 minut mieszając od czasu do czasu. Składniki powinny na tyle zmniejszyć objętość, żeby w większości być w wodzie.
  5. Dodać koncentrat pomidorowy, doprawić mieloną słodką i ostrą papryką, wymieszać i gotować kolejne 10 minut.
  6. W tym czasie ogórki pokroić w (a jakże! ?) paski. Dodać do reszty dania i pogotować jeszcze około 5 minut. Na koniec lekko posolić. Podawać tradycyjnie – z dobrej jakości chlebem albo w mniej tradycyjnej wersji – z ryżem czy kaszą (osobiście polecam z pęczakiem!). Smacznego!