Studia – kierunek: dietetyka

Teraz będzie post z całkiem innej beczki. Nie będzie to przepis ani porady odnośnie zdrowego odżywiania. Bez wątpienia ten wpis szczególnie zainteresuje osoby, które rozważają pójście na studia na kierunek „dietetyka”, ale wszystkich innych również zachęcam do przeczytania. Chciałabym w nim przedstawić umiejętności i wiedzę, jakie moim zdaniem są potrzebne dobremu dietetykowi. Dlatego myślę, że warto wiedzieć, że byciem dietetykiem – takim „prawdziwym”, rzetelnym dietetykiem – wcale nie jest takie proste, jak może się wydawać. 

Zanim przejdę do meritum, chciałabym Was uświadomić, co do pewnych kwestii związanych z zawodem dietetyka, ponieważ wiele osób może tego nie wiedzieć. Zawód dietetyka w Polsce nie jest uregulowany prawnie (aczkolwiek projekt ustawy o tym zawodzie kiedyś powstał, ale już od wielu lat „zamarza” sobie w najlepsze w „sejmowej zamrażarce”). Konsekwencja jest taka, że każdy, ale to dosłownie każdy, może siebie nazywać dietetykiem. Więc, zwłaszcza ostatnimi czasy, jak grzyby po deszczu pojawiają się osoby uważające się za specjalistów od odżywiania. Często określamy ich jako „samozwańczych dietetyków”. Są to osoby co najwyżej po kursach, ale na pewno nie po studiach. Niestety takie osoby często mają niesamowitą siłę przebicia, potrafią stać się sławne w ciągu paru miesięcy. A nie zawsze ten, kto jest sławny, jest jednocześnie dobry w tym, co robi. Niestety takie osoby potrafią skutecznie psuć i tak niską renomę tego zawodu w Polsce. Piszę o tym nie dlatego, że zamierzam dzielić dietetyków na „dobrych” i „złych”czy „prawdziwych” i „nieprawdziwych”*. Wykształcenie to jedno, a pasja i zaangażowanie w wykonywany zawód to coś innego. Piszę, żebyście mieli tego świadomość, żebyście szukając dietetyka postanowili może czegoś więcej się o tej osobie dowiedzieć.

 
* używanie przeze mnie określeń tego typu w tekście nie ma na celu wartościowania. Mam na myśli osobę, która posiada rzetelną wiedzę, opartą na dowodach naukowych i wykonującą swój zawód z pasją i zaangażowaniem. 
 
To teraz przejdę do głównego tematu tego wpisu. Będą to moje opinie i moje doświadczenia, jako osoby kończącej swoją 5-cio letnią przygodę ze studiowaniem kierunku „dietetyka” na jednej, pewnie, z bardziej wymagających uczelni w kraju. Ja poszłam na ten kierunek, bo tego chciałam. Nie był to dla mnie plan B, jak nie dostanę się na inne wymarzone studia. Jakbym chciała iść na medycynę czy farmację, to bym się dostała. Ale nie, ja chciałam iść na dietetykę. Wiem, że część osób traktuje ten kierunek jako wyjście awaryjne. Jeżeli masz studiować ten kierunek będąc jednocześnie nieszczęśliwym i sfrustrowanym, że nie udało ci się dostać gdzieś indziej, to moim zdaniem, nie ma to sensu. To jest kierunek dla pasjonatów, bardzo wiele trzeba się samemu nauczyć. Nie chcę nikogo zniechęcać, ale naprawdę warto dobrze przemyśleć wybór kierunku studiów. Znam osoby, które po ukończeniu licencjatu stwierdziły, że za żadne skarby nie będą pracować w zawodzie. To po co te 3 lata studiów? Jeżeli w ogóle dietetyka Cię nie kręci i na pewno nie zacznie – odpuść. 
Podsumowując – dobry dietetyk powinien być pasjonatem.

Żeby dostać się na dietetykę trzeba zdawać maturę z biologii i/lub chemii. Bez wątpienia jest to kierunek dla osób po klasie biol-chem w liceum. I naprawdę wierzcie mi, na tych studiach bardzo się przydaje dobrze ugruntowana wiedza zarówno z biologii, jak i chemii na poziomie rozszerzonym. Bez tego jest ciężko na różnych chemiach, biochemiach, anatomiach, fizjologiach, mikrobiologiach i tym podobnych. Przydają się też podstawy fizyki, z matematyką też warto być za pan brat, bo trochę jednak siedzenia w cyferkach jest. Jednak tutaj poziom podstawowy w zupełności wystarczy. Co jeszcze się przydaje? Na pewno znajomość języka angielskiego. Żeby być dobrym dietetykiem, trzeba znać najnowsze doniesienia naukowe, warto przeglądać wyniki badań – a te przeważnie publikowane są w języku angielskim. Eee tam, przecież są translatory! Okej, translator też się przydaje, ale język naukowy jest dosyć specyficzny i translator nieraz kiepsko sobie z nim radzi i serwuje niezłe brednie. Translator może przetłumaczyć niezrozumiałe słowa, ale nie przetłumaczy sensu. Dlatego bez znajomości angielskiego ani rusz. Idąc dalej (ale jak to? jeszcze?), dietetyka jest dziedziną interdyscyplinarną. Poza wiedzą z zakresu przedmiotów ścisłych, przydaje się też wiedza, a przede wszystkim umiejętności humanistyczne. Tak to wygląda, że trzeba być wszechstronnym. W końcu praca dietetyka polega na kontaktach z innymi ludźmi, ważna jest empatia, odpowiednie podejście, umiejętności interpersonalne. Stąd na studiach pojawia się sporo przedmiotów humanistycznych – przede wszystkim psychologie, socjologie, ale także przedmioty prawnicze. Oczywiście istnieją pewne różnice między uczelniami, ale dietetyka to mieszanka wszystkiego. Według mnie także znajomość ojczystego języka wyniesiona z zajęć języka polskiego, jest ważna. Już pomijam fakt, że po prostu wypadałoby go znać. Nie trzeba być od razu polonistą, nie każdy dietetyk zajmuje się pisaniem obszernych artykułów, ale wstyd byłoby robić błędy w zaleceniach, które przekazuje się pacjentom. Swobodne posługiwanie się językiem pomaga też w takim formułowaniu zdań, żeby były one zrozumiałe. 
Podsumowując – dietetyk powinien mieć dosyć wszechstronny umysł, dużą wiedzę z zakresu biologii i chemii, znajomość angielskiego i umiejętności humanistyczne. 
W byciu dietetykiem przydaje się także bycie kreatywnym i twórczym.
 
A teraz przejdę do czegoś, co osobiście bardzo lubię – gotowanie. Czy dietetyk musi umieć gotować? Czysto teoretycznie – nie, to nie studia gastronomiczne, nie jest się szefem kuchni ani kucharzem. Ale ja sobie tego nie wyobrażam. Myślę, że dietetyk powinien umieć gotować. Nie są mu potrzebne umiejętności kucharzy z restauracji odznaczonych gwiazdkami Michelin. Jednak powinien umieć gotować i powinien lubić gotować. Powinien być otwarty na nowe potrawy, produkty, smaki. Jak się ugotuje coś samemu, zdobywa się nie tylko umiejętności, ale i wiedzę. Wiedzę jak i do czego coś wykorzystać, jak to zamienić, jak doprawić jakąś potrawę i mnóstwo innych. Moim zdaniem jest to bezcenna wiedza, której na studiach się nie zdobędzie, a ma naprawdę ogromne zastosowanie praktyczne. O gotowaniu mogłabym pisać długo, bo mam chyba bzika na tym punkcie, ale to tyle w temacie.
Podsumowując – dietetyk powinien umieć i lubić gotować, ale nie musi mieć bzika na tym punkcie ☺.


Kończąc, bycie dietetykiem wcale nie jest usłane różami. Trzeba być stale na bieżąco, wiele się zmienia, jest to dyscyplina, która dynamicznie się rozwija i pojawia się wiele badań naukowych w tym zakresie. To także bardzo szeroka dziedzina, a sam dietetyk powinien być wszechstronny. Bycie dietetykiem to nieustanne uczenie się, doszkalanie czy to samemu czy na kursach. Dlatego jest to zawód dla pasjonatów. A jednocześnie może być to zawód bardzo pasjonujący, bo jest to dziedzina naprawdę ciekawa, a chociażby wypróbowywanie nowych potraw może sprawiać ogromną frajdę. Mam nadzieję, że dla przyszłych studentów moje rady okażą się cenne, a reszta osób zacznie inaczej postrzegać profesję dietetyka. Myślę, że jest to zawód zasługujący na docenienie. Mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu zapamiętacie, że nazywanie siebie dietetykiem nie musi iść w parze z wykształceniem i będziecie przychylnie patrzeć na osoby, które ukończyły studia na tym kierunku i jednocześnie wykonują ten zawód z pasją i zaangażowaniem.

Zdjęcia na licencji CC0, pixabay.com

mini-jagielniczki-waniliowe-z-rodzynkami-i-skorka-pomarańczowa-5

Mini jagielniczki waniliowe z rodzynkami i skórką pomarańczową

W związku ze zbliżającymi się Świętami Wielkanocnymi postanowiłam wypróbować przepis, który chodził za mną już od bardzo dawna. Chodzi o sernik bez sera – czyli jagielnik, bo jest zrobiony z kaszy jaglanej. W „internetach” nie jest to żadna nowość, przepisów na jagielniki jest w bród, ale zawierają one najczęściej orzechy nerkowca albo mleko kokosowe, które jest bardzo tłuste. A ja chciałam coś lekkiego – bo tak lubię; bo wtedy można zjeść więcej; bo w święta i tak jedzenia jest aż za dużo. I zrobiłam takie mini jagielniczki w foremkach na muffinki. Świetnie się nadają do zabrania na drugie śniadanie czy na wycieczkę. Można upiec w bardziej tradycyjnej formie – czy to okrągłej czy prostokątnej – masy jest około 1200 ml. To taka wersja bardzo klasyczna – waniliowa z rodzynkami i skórką pomarańczową, ale jest to świetny przepis-baza do różnych kombinacji (mam już nawet parę koncepcji). Polecam i smacznego!

 

 

Składniki:

na 12 sztuk

  • 150 g kaszy jaglanej
  • 3 szklanki mleka / napoju roślinnego (750 g)
  • 50 g ksylitolu
  • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)
  • 1 opakowanie budyniu z naturalną wanilią (47 g)
  • 50 g rodzynek
  • 30 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

 

Wykonanie:

  1. Kaszę jaglaną przelać wrzątkiem i ugotować na mleku (ok. 12-15 minut). Zostawić do ostudzenia.
  2. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą.
  3. Nastawić piekarnik na 160°C.
  4. Zimną kaszę z mlekiem bardzo dokładnie zmiksować blenderem dodając ksylitol i olej. Dosypać budyń (proszek) i ponownie zmiksować. Dorzucić rodzynki i skórkę pomarańczową, wymieszać łyżką. Nakładać do silikonowych foremek na muffinki (do pełna). Piec około 35 minut. Wystudzić w lekko uchylonym piekarniku. Wyjmować z foremek po całkowitym ostudzeniu.

 

komosanki-gruszkowe-z-goji-i-migdalami-4

Komosanki gruszkowe z goji i migdałami

Tworzę przepisy, tworzę zdjęcia, a czasem tworzę także nowe słowa. Jak to było chociażby w przypadku twaryżku, karobao czy Fasoello. Tym razem z kolei przyszła mi do głowy nazwa „komosanki”. Tak jak kokosanki są kokosowe, to analogicznie komosanki są z komosy. Komosa ryżowa, którą można też często spotkać pod nazwą quinoa, to tzw. pseudozboże o wysokiej wartości odżywczej, bogate w białko i niezawierające glutenu. Chciałam komosę wykorzystać do czegoś ciekawego, trochę nietuzinkowego i myśląc o komosie wymyśliłam właśnie „komosanki”. W sensie nazwę – a całą resztę dopiero potem. Ciasteczka z quinoa, no mogą być, ale coś więcej? Chodźmy na całość! Niech będą do tego jagody goji. Hmm, trzeba czymś to skleić – jajko? Eee, niee… No to… chia. Fajnie skleja podobnie jak siemię. Ale to nie za suche wyjdzie?? Banan? Jabłko? Gruszka? Gruszka! Goji i gruszka brzmi fajnie… To może jeszcze jakieś orzechy? Nerkowce? Nie, dajmy migdały, będą ładnie wyglądały. I w taki oto mniej więcej sposób wymyśliłam ten przepis. Jeszcze tylko parę poprawek i można było przejść do dzieła. A oto i efekty:

 

 

Składniki:

na 1 blachę – 24 ciastka

  • 100 g komosy ryżowej (quinoa)
  • 1 średnia dojrzała gruszka (200 g)
  • 3 łyżki ksylitolu (30 g)
  • 30 g goji
  • 20 g migdałów
  • 2 łyżki nasion chia (20 g)
  • 1 łyżka oleju rzepakowego (10 g)

 

Wykonanie:

  1. Chia zmielić.
  2. Komosę gotować 10 minut (w około 1 szklance wody) i potem zostawić pod przykryciem na 15-20 minut.
  3. Nastawić piekarnik na 160°. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
  4. Goji wypłukać pod bieżącą wodą i namoczyć we wrzątku przez 5 minut. Migdały posiekać.
  5. Gruszkę umyć, obrać, wyciąć gniazda nasienne. Dokładnie zmiksować z komosą, ksylitolem i olejem. Dodać chia i ponownie zmiksować. Dorzucić odsączone goji i migdały, wymieszać łyżką.
  6. Masę wykładać na blaszkę do pieczenia (około 1 pełną łyżeczkę na 1 ciastko). Piec 30-35 minut. Zdjąć z papieru po wystudzeniu.

 

Komosa. Jak widać użyłam białej, ale jest także czerwona i czarna.
To nie lewitujące ciastko, tylko wieża z ciastek widziana z góry ?

jaglane-kluski-nadziewane-zielonym-pesto-z-sosem-pomidorowym-1

Jaglane kluski nadziewane zielonym pesto z sosem pomidorowym

Bomba smaków, bomba aromatów, bomba kolorów, bomba składników odżywczych, bomba przeciwutleniaczy, składników przeciwnowotworowych i w ogóle bomba! To chyba najbardziej szalone danie, jakie do tej pory wymyśliłam. Kluski na bazie kaszy jaglanej (która ma tysiące zastosowań), żółte od kurkumy, z czarnymi kropeczkami czarnuszki, z dodatkiem marchewki cebuli, sklejone dodatkowo mąką z soczewicy. A jakby tego było mało w środku kryje się aromatyczne, zielone nadzienie z natki pietruszki albo kolendry (jak kto woli). A to wszystko smakowicie otula intensywnie pomidorowy sos doprawiony cynamonem. Serio, połączenie pomidorów z cynamonem jest genialne, ale jak ktoś się boi tego typu eksperymentów, to nie zmuszam. Jednak zachęcam do wypróbowania! To danie jest raczej pracochłonne, ale warto od czasu do czasu się dopieścić. Nie jest trudne do zrobienia, zapewniam, że kluski lepią się całkowicie bezproblemowo, łatwiej niż kluski z ziemniaków. Polecam gotować na parze, ponieważ podczas gotowania w wodzie odkleja się trochę zewnętrznej warstwy.

P.S. Co za czasy, żeby studenci jadali takie rarytasy??

 

 

Składniki:

na 8 klusków

  • 200 g kaszy jaglanej
  • 100 g czerwonej soczewicy
  • 1 średnia cebula (100 g)
  • 2 średnie marchewki (200 g)
  • 1 puszka pomidorów (400 g) albo świeże pomidory
  • 2 pęczki natki pietruszki i/lub kolendry
    • dałam 1 pęczek pietruszki i sporo suszonej kolendry
  • 1 łyżka migdałów (15 g)
  • 1 ząbek czosnku (5 g)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)
  • przyprawy:
    • kurkuma
    • kumin
    • garam masala
    • mielone nasiona kolendry
    • czarnuszka
    • cynamon
    • ½ łyżeczki soli (3 g)
  • 1 łyżka orzechów nerkowca (15 g)

 

Wykonanie:

  1. Migdały namoczyć we wrzątku, następnie obrać. Natkę umyć, czosnek obrać. Zmiksować natkę, migdały, czosnek i olej rzepakowy na gęste pesto.
  2. Pomidory odparować na patelni na gęsty sos. Doprawić go cynamonem.
  3. Marchewkę obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki, cebulę obrać i posiekać. Kaszę przelać wrzątkiem. Do garnka wrzucić marchewkę, cebulę i kaszę, zalać wodą tyle, żeby tylko przykryć składniki. Gotować 10-12 minut, w razie potrzeby dolewając wodę, ale tylko tyle, ile wchłonie kasza.
  4. Soczewicę zmiksować na mąkę (w młynku lub wysokoobrotowym blenderze kielichowym).
  5. Kaszę z warzywami zmiksować ręcznym blenderem na gładką masę – gdyby była zbyt gęsta, żeby ją miksować, należy dolać trochę wody. Doprawić kurkumą, kuminem, garam masala, mieloną kolendrą, czarnuszką i solą. Zostawić do przestygnięcia.
  6. Następnie dodać zmieloną soczewicę, dokładnie wymieszać (najlepiej ręką; uważać, żeby się nie poparzyć!). Masę podzielić na 8 części. Formować w placki, nakładać pesto i zlepiać w kształt kulek.
  7. Gotować na parze około 15 minut. Wyłożyć na talerze, polać sosem, posypać posiekanymi nerkowcami i odrobiną czarnuszki.

 

szarlotkowy-pudding-z-siemienia-z-kasza-jaglana-1

Szarlotkowy pudding z siemienia z kaszą jaglaną

Siemię lniane to bogactwo wartości odżywczych, ale czasem trudno przemycić je do diety. Kiedyś proponowałam pudding z siemienia ze śliwkami i karobem. Dzisiaj z kolei przedstawię pomysł na pudding z siemienia przypominający smakiem szarlotkę. Osobiście lubię tego typu rzeczy na śniadanie, ale na inne posiłki (poza obiadem, naturalnie) nada się równie dobrze. Proste i same zdrowe składniki, proste wykonanie i nieziemskie doznania smakowe – czy mam coś jeszcze dodać na zachętę? ?

 

 

Składniki:

na 1 porcję

  • 50 g kaszy jaglanej
  • 1 małe jabłko (150 g)
  • 1½ łyżki rodzynek (20 g)
  • 2 łyżki siemienia lnianego (20 g)
  • 1 łyżka orzechów włoskich (10 g)
  • cynamon

 

Wykonanie:

  1. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą i namoczyć w ⅓ szklanki wrzątku. Zostawić do wystudzenia. Następnie zmiksować z wodą, w której się moczyły.
  2. Siemię zmielić, wymieszać z rodzynkami i włożyć do lodówki na przynajmniej 1 godzinę.
  3. Kaszę przelać wrzątkiem, zalać 150 ml wody (niecałe ⅔ szklanki) i gotować 10 minut. Zostawić pod przykryciem na 10-15 minut, żeby przestygła i „doszła”.
  4. Jabłko zetrzeć na grubych oczkach tarki, wymieszać z kaszą i cynamonem wedle uznania.
  5. W naczyniu układać naprzemiennie kaszę z jabłkami i siemię z rodzynkami. Posypać cynamonem i posiekanymi orzechami.

 

ciasto-marchewkowe-bez-pieczenia-bezglutenowe-i-weganskie-1

Ciasto marchewkowe bez pieczenia bezglutenowe i wegańskie

Jak do tej pory przepis na ciasto marchewkowe bez pieczenia jest najbardziej popularnym wpisem na blogu. Skoro tak się podoba, postanowiłam zrobić go w wersji bezglutenowej, a do tego jeszcze wegańskiej, żeby móc zaspokoić wszelkie możliwe potrzeby. Dodatkowo nadałam ciastu formę babeczek oraz część zrobiłam w pudełku na wynos – po to, żeby pokazać, na jak różne sposoby można wykorzystać jeden przepis. Plus oczywiście można zrobić miszmasz – ciasto bezglutenowe i nie-wegańskie czy ciasto glutenowe i wegańskie.

W tym przepisie użyłam płatków jaglanych błyskawicznych, które można zmielić w młynku lub blenderze, a serek z mleka krowiego zastąpiłam serkiem z orzechów nerkowca. Dla urozmaicenia smaku dodałam również startą skórkę z pomarańczy. Mmm, ciacho słodziutkie od rodzynek, super-zdrowe, bogate w wartości odżywcze i pełne superfoods!

 

 

 

Składniki:

na 8 kawałków albo 4 babeczki

  • 300 g słodkiej marchewki (około 4 średnie marchewki; 2 pełne szklanki startej)
  • 1 szklanka rodzynek (140 g)
  • 1,5 szklanki płatków jaglanych błyskawicznych (165 g)
  • 2 łyżki siemienia lnianego (20 g)
  • 1 garść orzechów włoskich (30 g)
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika (bez cukru i mąki w składzie)
  • starta skórka z 1 pomarańczy
  • 60 g nerkowców
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

 

Wykonanie:

  1. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą i zalać wrzątkiem. W czasie kiedy się moczą, przygotować pozostałe składniki.
  2. Marchewkę obrać i zetrzeć na drobnej tarce.
  3. Zmielić płatki i siemię lniane.
  4. Orzechy posiekać. Można zostawić część do dekoracji.
  5. Pomarańczę sparzyć i zetrzeć skórkę.
  6. Naczynie (o wymiarach 13 x 22 cm) wyłożyć papierem do pieczenia.
    • albo: 4 kokilki (o objętości 200 ml) wyłożyć folią spożywczą.
  7. Odsączyć rodzynki zostawiając wodę i zmiksować je z 8 łyżkami wody z moczenia.
  8. Wymieszać najpierw z przyprawą, potem z marchewką i skórką z pomarańczy, następnie ze zmielonymi płatkami, a na końcu z orzechami i siemieniem.
  9. Masę wyłożyć do naczynia (albo kokilek) dokładnie uklepując. Wstawić do lodówki na kilka godzin – ja zostawiłam na noc. Nerkowce zalać wodą i zostawić do namoczenia na taki sam czas.
  10. Nerkowce zmiksować na serek z sokiem z cytryny i wodą, w której się moczyły (około 2-3 łyżki) do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Wyłożyć na ciasto. Można udekorować orzechami czy posypać dodatkowo cynamonem.

 

Wystarczy wyjąć, odwrócić, zdjąć folię i udekorować.
Ciasto na wynos. Może ciasta wyglądem nie przypomina, ale smakuje tak samo pysznie bez względu na formę.

burakowo-jablkowa-zupa-krem-3

Burakowo-jabłkowa zupa-krem

Dawno nie było przepisu na zupę. Więc spieszę z pomysłem na kolejną zupę-krem. Gęstą, sycącą, z łatwo dostępnych zimą składników. Tak prostą, że aż dziw, że efekt jest tak pyszny. Bo zupa składa się de facto z dwóch składników – buraków i jabłek. A reszta to tylko drobne dodatki. Zupa jest tak prosta, że nie da się jej zepsuć, a jak się ugotuje buraki, to ma się za sobą najtrudniejszy (i najbardziej czasochłonny) etap. A buraki przecież można ugotować poprzedniego dnia. Do tego jabłka (najlepiej słodko-kwaśne), parę chwil i burakowo-jabłkowa zupa-krem gotowa ?.

Polecam użyć te dwa składniki w proporcjach 1 jabłko na 2 buraki podobnej wielkości co jabłko. Z 4 średnich buraków (800 g) i 2 średnich jabłek (400 g) wychodzi około 3-3,5 litra dosyć gęstej zupy.

 

 

Składniki:

  • buraki
  • jabłka
  • sól
  • pieprz
  • kwasek cytrynowy / sok z cytryny (opcjonalnie)
  • koperek
  • olej rzepakowy / pestki słonecznika

 

Wykonanie:

  1. Buraki umyć i ugotować bez obierania (około 1-1,5 godziny zależnie od wielkości buraków). Gotując włożyć do wrzącej wody. Następnie wystudzić.
  2. Jabłka obrać, pokroić w kawałki, gotować 5-10 aż będą miękkie. W tym czasie buraki obrać i pokroić na kawałki. Dorzucić do ugotowanych jabłek, podgrzać i zmiksować na gładko. Doprawić odrobiną soli, pieprzu i kwasku cytrynowego lub soku z cytryny.
  3. Koperek umyć i posiekać. Na talerzu zupę posypać koperkiem i polać olejem lub posypać pestkami słonecznika. Ja podałam zupę ze startym na grubej tarce jabłkiem – pycha, polecam!

 

dieta-nie-jest-taka-straszna

Dieta nie jest taka straszna

Z czym kojarzy Ci się słowo „dieta”? Czy z samymi nieprzyjemnymi rzeczami? Czy słusznie? Czy dieta oznacza coś przykrego?

W tym artykule wyjaśnię, czym jest dieta, jak należy to określenie rozumieć. Mam nadzieję, że uda mi się też rozprawić ze stereotypowym myśleniem o diecie.

 

Czym nie jest dieta?

Chciałabym stanąć w obronie biednego słowa „dieta”. Mam wrażenie, że to słowo większości osób kojarzy się negatywnie. Tak jakby po otworzeniu „Słownika synonimów ludzkiej mentalności” przy haśle „dieta” znaleźć „odchudzanie”, „głodówka”, „głód”, „wyrzeczenia”, „niedobre, niesmaczne jedzenie”, „niemożność jedzenia tego, co się lubi”, „odmawianie sobie przyjemności”, „walka z samym sobą”, a nawet „katorga”, „tortury” czy „masochizm”. Osoby odchudzające się mówią „Jestem na diecie” takim tonem, jakby mówiły „Został mi miesiąc życia”, a inni patrzą na nie, jakby tak faktycznie było. Oczywiście trochę przejaskrawiam, ale chcę w ten sposób napiętnować takie postrzeganie diety.

Kolejna rzecz, która mi się nasuwa to fakt, że bardzo często dieta jest uważana za coś tymczasowego, tylko na jakiś okres czasu. Teraz jestem na diecie, żeby schudnąć, ale za jakiś czas się skończy, już nie będę na diecie, pozbędę się jej, hurra! A tu nic z tego. Sprawa wygląda tak, że i ja jestem na diecie, i Ty jesteś na diecie, i ten, kto się odchudza i ten, kto się nie odchudza też jest na diecie. I ten, kto je tylko hamburgery i popija colą też jest na diecie. Jak to? Ano tak, że słowo „dieta” oznacza po prostu „sposób odżywiania”. To, co jemy, ile, jak często, kiedy, gdzie to nasza dieta. A to, czy ona jest prawidłowa czy nie, to już całkiem odrębna kwestia.

 

Dawne rozumienie słowa „dieta”

Starożytni Grecy szli o krok dalej i pod pojęciem „dieta” rozumieli w ogóle cały styl życia – a więc nie tylko sposób odżywiania, ale także aktywność fizyczną, nałogi, stres czy długość snu. Na początku określiłam to słowo jako „biedne” dlatego, że w ostatnim czasie z całkiem zwyczajnej, neutralnej „diety” zrobiono potworka, który wyskakuje spod łóżka i zabiera całą radość życia. Dieta powinna być zawsze „szyta na miarę”, czyli dopasowana do indywidualnych potrzeb, zbilansowana – dostarczająca wszystkich potrzebnych składników odżywczych. Taka dieta to nasz dobry przyjaciel, który wyciąga do nas pomocną dłoń. Oferuje nam dobre samopoczucie, chroni nas przed chorobami cywilizacyjnymi, dba o nasz ładny wygląd, kondycję włosów, skóry, paznokci, poprawia naszą sprawność i kondycję fizyczną, zapewnia dobrą odporność organizmu. Wspomaga także leczenie wielu schorzeń, a w przypadku innych jest jedyna terapią.

 

Czym dieta jest?

Większość diet – ale takich prawdziwych diet, a nie dziwnych tworów znalezionych w internecie i kolorowych czasopismach – stosuje się przez długi okres czasu, a często do końca życia. Zmiana złych nawyków żywieniowych tylko na chwilę przynosi efekty też tylko na chwilę. A to nie o to chodzi. Należy stopniowo, ale na stałe wdrażać zasady zdrowego odżywiania, zastępować złe nawyki tymi dobrymi. Tylko wtedy można osiągnąć trwałe efekty i cieszyć się wszystkimi dobrodziejstwami, jakie niesie ze sobą prawidłowe odżywianie.

Żeby odżywiać się zdrowo wcale nie trzeba spędzać wielu godzin w kuchni, nie potrzeba wydawać nie wiadomo ile pieniędzy na jedzenie, nie trzeba mieć niesamowitych zdolności kulinarnych. Zdrowe odżywianie może być naprawdę smaczne, rozmaite i cieszyć oczy. To też świetna okazja, żeby poznawać nowe potrawy i produkty, próbować nieznanych dotąd smaków. Gotowanie może być przyjemnością, a wymyślanie nowych, zdrowych dań daje dużo satysfakcji. W zdrowym odżywianiu jest także miejsce na słodycze, słone przekąski czy fast-foody – ważne jest ile i jak często się je spożywa. Jeżeli na co dzień odżywiamy się prawidłowo, to spokojnie od czasu do czasu możemy sobie pozwolić na takie produkty. Wszystko jest dla ludzi. Odżywiać się zdrowo to znaczy też ze zdrowym rozsądkiem.

 

Bardzo bym chciała, żeby po przeczytaniu tego tekstu przestać kojarzyć dietę z odchudzaniem się, głodówką. Dieta nie polega na jedzeniu samej sałaty, nie oznacza niesmacznego jedzenia i odmawiania sobie wszystkich przyjemności. Dieta to nie tylko odchudzanie, jest wiele diet stosowanych w różnych chorobach pomocniczo albo jako jedyna forma terapii. Przestrzeganie danej diety może mieć też podłoże światopoglądowe jak w przypadku diet wegetariańskich. Warto stosować się do zasad zdrowego odżywiania, ponieważ przynosi to wiele korzyści, a samo zdrowe odżywianie może stać się kolejnym hobby, czego Wam wszystkim życzę.

 

Photo credit: jbcurio via Foter.com / CC BY; pixabay.com

pralinki-rodzynkowo-czekoladowe-a-la-malaga-4

Pralinki rodzynkowo-czekoladowe à la Malaga

Przepis na pralinki à la Malaga wymyśliłam jakiś czas temu z myślą o moim Tacie, który bardzo lubi czekoladki z nadzieniem o smaku rodzynek. Jest to zdrowsza wersja tych popularnych słodyczy, a do tego obdarowanie kogoś ręcznie robionymi prezentami ma szczególną wartość. W końcu w ich wykonanie wkłada się własną pracę, swoje uczucia, część siebie. A dodatkowo trzeba się wykazać samozaparciem, żeby ich nie zjeść w międzyczasie :). Ekhem… Kończę żarciki i wracam do tematu. Niedawno wymyśliłam trochę zmodyfikowaną wersję pralinek i właśnie tym przepisem się zaraz podzielę. Bowiem zawiera on pewien tajemniczy składnik, który pełni dosyć ważną rolę. Szukałam jakiegoś dodatku, który zagęszczałby masę, spełniałby też trochę rolę wypełniacza, ale jednocześnie nie zmieniał smaku pralinek. I wymyśliłam – uwaga, uwaga – wafle ryżowe. Wafle ryżowe zmielone na proszek w młynku lub blenderze. Efekt mnie zaskoczył bardzo pozytywnie, bo nie dosyć, że spełniły moje założenia, to jeszcze powstała masa daje się bezproblemowo formować. Bez tego pralinki też wyjdą i też będą pyszne, ale dużo, dużo trudniej jest nadać im jakiś kształt. Zatem przedstawiam przepis na pyszniuchne pralinki z pięciu tylko składników.

 

 

Składniki:

na około 24 pralinki (po 18 g)

  • 250 g rodzynek
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady (100 g) – minimum 70% kakao
  • 2 wafle ryżowe naturalne (20 g)
  • aromat rumowy albo rum
  • 4 łyżki kakao (40 g) – do obtoczenia

 

Wykonanie:

  1. Rodzynki wypłukać pod bieżącą wodą i namoczyć we wrzątku przez około 10-15 minut. Dokładnie odcedzić. Zmiksować.
  2. Wafle zmielić w blenderze kielichowym albo młynku.
  3. Czekoladę rozpuścić, wymieszać z rodzynkami, następnie ze zmielonymi waflami i odrobiną aromatu rumowego albo rumu.
  4. Formować niewielkie kuleczki i obtaczać w kakao. Smacznego!

 

curry-z-brokulem-pieczarkami-papryka-soczewica-4

Curry z brokułem, pieczarkami, papryką, soczewicą

o stworzenia tego dania zainspirował mnie konkurs na przepis z wykorzystaniem superfoods. O jakich produktach mowa? Otóż zalicza się do nich: siemię lniane, kasza jaglana, nasiona chia, jagody goji, quinoa (komosa ryżowa), czarnuszka, kurkuma, olej kokosowy, orzechy włoskie, orzechy nerkowca, migdały, spirulina, młody jęczmień ale także inne produkty. Upchnięcie wszystkich w jednym przepisie byłoby raczej niemożliwe, a efekt końcowy na pewno byłby niejadalny. Ale wystarczy odrobinę pomyśleć, żeby wymyślić fajne potrawy z zastosowaniem kilku z nich. Oto jeden z pomysłów, który wyszedł z mojej głowy, reszta na razie jeszcze w niej siedzi. Mam nadzieję wkrótce je zrealizować. A teraz przedstawiam przepis na orientalne curry z superfoods – na bogato!

 

 

Składniki:

  • cebula
  • pieczarki
  • czerwona papryka
  • brokuł
  • czerwona soczewica
  • orzechy nerkowca
  • mleczko kokosowe
  • kasza jaglana
  • olej kokosowy
  • mielone przyprawy:
    • kurkuma
    • kumin (kmin rzymski)
    • imbir
    • gałka muszkatołowa
    • słodka papryka
    • kolendra
    • cynamon
  • sól
  • olej rzepakowy (opcjonalnie)
  • czarnuszka
  • natka kolendry albo pietruszki

 

Wykonanie:

  1. Cebulę obrać i pokroić w kostkę. Paprykę umyć, usunąć gniazda nasienne i pokroić w kostkę. Pieczarki umyć i pokroić na dosyć duże kawałki. Brokuła umyć, różyczki podzielić na niewielkie kawałki, łodygę obrać i pokroić w kostkę.
  2. Do garnka wrzucić soczewicę i nerkowce, zalać mleczkiem kokosowym (można wymieszać je z wodą) około 1 cm ponad soczewicę. Gotować około 15 minut, w razie potrzeby dolewając wodę i/lub mleczko kokosowe.
  3. Kaszę jaglaną przelać wrzątkiem, wrzucić do garnka, zalać wodą (2 szklanki wody na 1 szklankę kaszy), dodać kurkumę i trochę soli. Gotować około 12-15 minut.
  4. Na patelni rozgrzać odrobinę oleju kokosowego, wrzucić cebulę i podsmażyć. Dodać pieczarki i paprykę i poddusić pod przykryciem około 10 minut. Dodać brokuła, soczewicę z nerkowcami, dokładnie wymieszać i dusić aż brokuł będzie al dente, a soczewica się rozpadnie. W międzyczasie dodać mielone przyprawy i trochę posolić. W razie potrzeby dolewać wody.
  5. Podawać z kaszą jaglaną, polane olejem rzepakowym (opcjonalnie) i posypane posiekaną natką pietruszki albo kolendry i nasionami czarnuszki.

 

A tu się ukryła górka z kaszy jaglanej! ?