dwuskladnikowe-placki-bananowe-2

Dwuskładnikowe placki bananowe

Wracam po dłuższej przerwie z banalnie prostym przepisem na pełnoziarniste placki bananowe. Pyszne, słodkie i ekspresowe. Dla tych, którzy lubią połasuchować na śniadanie są idealne. Świetne też na lekkie drugie śniadanie albo podwieczorek. Jak w tytule, składają się właściwie z zaledwie dwóch składników – banana i mąki. Banan skleja, słodzi, nadaje główny smak plackom. Najlepiej użyć mocno dojrzałego banana, z ciemnymi plamkami na skórce. Podana przeze mnie ilość mąki to takie minimum, żeby placki dało się usmażyć i obracać i żeby się na rozpadały. Można użyć więcej mąki, ale jak będzie jej zbyt dużo, to zdominuje smak banana. Ja używam mąki pszennej pełnoziarnistej i takie połączenie bardzo mi smakuje, więc jak na razie nie próbowałam z mąką bezglutenową. Oczywiście, jak sprawdzę, to napiszę. A teraz zapraszam po przepis ?.

 

 

Składniki:

na 1 średnią porcję

 

  • 1 mocno dojrzały średni banan (120 g)
  • 2 lekko czubate łyżki mąki pszennej pełnoziarnistej (30 g)
  • ¼ łyżeczki proszku do pieczenia (opcjonalnie)

 

 

Wykonanie:

  1. Banana obrać i rozgnieść widelcem. Wymieszać z mąką i ewentualnie proszkiem do pieczenia.
  2. Smażyć pod przykryciem na patelni z nieprzywierającą powłoką bez tłuszczu lub lekko posmarowanej olejem rzepakowym. Obracać na drugą stronę, gdy wierzch będzie całkiem ścięty.

 

tabbouleh-z-kasza-bulgur-1

Tabbouleh z kaszą bulgur

Robi się coraz cieplej, a wraz ze zmianą temperatury zmieniają się nasze kulinarne zachcianki. Jest taka potrawa, która świetnie pasuje na upały. Jest to libańska sałatka tabbouleh z kaszą bulgur – lekka, orzeźwiająca, z dużą ilością świeżych warzyw, jedzona na zimno jako samodzielne danie albo dodatek do mięsa czy roślin strączkowych. Rześkości nadaje jej świeża mięta, natka pietruszki, sok z cytryny i świeży ogórek. Można ją jeść na dowolny posiłek, polecam do tego szklankę kefiru, maślanki albo zsiadłego mleka. Ze składnikami można kombinować, kaszę bulgur zamienić na kuskus albo kaszę jaglaną, dodać cebulę, pestki granatu albo z czegoś zrezygnować. Na pewno tabbouleh musi być z dużą ilością natki pietruszki i miętą. Naprawdę pychota, kto nigdy nie próbował, niech zrobi i przekona się sam!

 

 

Składniki:

na 4 średnie porcje

  • 200 g kaszy bulgur
  • 2 pomidory (400 g)
  • 1 papryka (200 g)
  • 1 ogórek (100 g)
  • 2 pęczki natki pietruszki (30 g)
  • 10 listków mięty
  • sok z ½ cytryny
  • skórka z ½ cytryny
  • 3 łyżki oleju rzepakowego (30 g)
  • 1 ząbek czosnku / pieprz
  • ew. odrobina soli do gotowania kaszy

 

Wykonanie:

  1. Kaszę ugotować (około 15 minut) w około 2 szklankach wody (ew. lekko posolonej). Wystudzić.
  2. Pomidory sparzyć, obrać i pokroić w kostkę. Paprykę umyć i pokroić w kostkę. Ogórka obrać, wyciąć gniazda nasienne i również pokroić w kostkę.
  3. Miętę i natkę pietruszki umyć i drobno posiekać. Cytrynę sparzyć, zetrzeć skórkę i wycisnąć sok.
  4. Wszystkie składniki wymieszać dodając olej rzepakowy i doprawić pieprzem albo drobno posiekanym ząbkiem czosnku. Jeść od razu, po schłodzeniu w lodówce albo zabrać ze sobą na wynos. Smacznego!

 

 

1 porcja dostarcza:

Kakaowe jagielniczki z suszonymi wiśniami 4

Kakaowe jagielniczki z suszonymi wiśniami i gorzką czekoladą

Wczoraj rozpoczęło się wielkie święto dla fanów piłki nożnej, a już wkrótce nasza reprezentacja rozegra pierwszy mecz na Euro 2016. Nawet jak nie jest się wiernym kibicem, ciężko o tym nie wiedzieć, bo wszystkie portale internetowe piszą tylko o tym… Więc pędzę do Was z pomysłem, jak odciągnąć zagorzałych fanów piłki kopanej sprzed telewizorów ?. Proponuję zrobić coś, co będzie pięknie pachniało podczas pieczenia i ten zapach zmusi co po niektórych do ruszenia się z kanapy. Mini-jagielniczki wersja 2 – z kakao, gorzką czekoladą i suszonymi wiśniami (wersja 1 to mini jagielniczki waniliowe z rodzynkami i skórką pomarańczową). Mmm, kto się oprze? Ja nie mogłam i zjadłam dwa prosto po wyjęciu z piekarnika. Co prawda w przepisie podaję, żeby jeść po wystudzeniu – bo wtedy mają lepszą konsystencję i smakiem bardziej przypominają serniczki – co nie znaczy, że nie można zjeść jeszcze gorących – są bardziej jak budyń, a w środku skrywają się kawałki rozpuszczonej czekolady. Też pychota!

 

 

Składniki:

na 12 sztuk

  • 150 g kaszy jaglanej
  • 3 szklanki mleka / napoju roślinnego (750 g)
  • 50 g ksylitolu
  • 2 łyżki kakao (20 g)
  • 80 g suszonych wiśni – najlepiej bez cukru
  • ⅔ tabliczki gorzkiej czekolady (67 g) – minimum 70% kakao
  • 40 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżki oleju rzepakowego (20 g)

 

Wykonanie:

  1. Kaszę jaglaną przelać wrzątkiem i ugotować na mleku (ok. 12-15 minut). Zostawić do ostudzenia.
  2. Nastawić piekarnik na 160°C.
  3. Czekoladę posiekać na kawałki. Zimną kaszę z mlekiem bardzo dokładnie zmiksować blenderem dodając ksylitol i olej. Dosypać kakao i mąkę ziemniaczaną i ponownie zmiksować. Dorzucić suszone wiśnie i czekoladę, wymieszać łyżką.
  4. Nakładać do silikonowych foremek na muffinki (do pełna). Piec około 35 minut. Wystudzić w lekko uchylonym piekarniku. Wyjmować z foremek po całkowitym ostudzeniu.

 

Kasza gryczana z soczewicą i marchewką 1

Kasza gryczana z soczewicą, marchewką i pomidorami

Nie ma to jak pyszne proste danie, przy którym jest mało robotymało zmywania. I taką właśnie potrawę przedstawię w dzisiejszym wpisie. Jedyną trudnością jednogarnkowców jest to, że potrzeba odrobinę kuchennego obycia, żeby wiedzieć, kiedy dokładać jaki składnik, żeby w efekcie końcowym wszystko było równomiernie ugotowane, a nie jedno ciągle twarde, a inne całkiem rozciapciane. Dlatego staram się dokładnie podawać przepisy, żeby wyeliminować ten jedyny mankament ?. Zachęcam do wypróbowania, bo poniższy pomysł, to jedna z moich ulubionych obiadowych propozycji, a do tego świetnie smakuje na zimno, więc można ze sobą przynieść jako lunch w szkole, na uczelni czy w pracy.

 

 

Składniki:

  • kasza gryczana prażona
  • zielona soczewica
  • marchewka
  • pomidory
  • cebula
  • koncentrat pomidorowy
  • mielona słodka papryka
  • gałka muszkatołowa
  • sól
  • olej rzepakowy

 

Wykonanie:

  1. Cebulę obrać i pokroić w kostkę.
  2. Do dużego garnka wrzucić soczewicę i cebulę, dolać wodę i gotować 20 minut, dolewając wody w miarę potrzeb.
  3. W tym czasie marchewkę obrać i zetrzeć na grubych oczkach tarki, pomidory sparzyć, obrać i pokroić w kostkę.
  4. Do garnka dorzucić kaszę i marchewkę, wymieszać i gotować 5 minut, dodać pomidory i gotować jeszcze około 10-15 minut.
  5. Pod koniec gotowania dodać koncentrat pomidorowy i doprawić papryką, gałką i solą. Na talerzu polać olejem rzepakowym albo wymieszać z olejem po wystudzeniu i spakować na wynos.

 

„Cały ten cukier” – recenzja

„Cały ten cukier” to tytuł zarówno filmu, jak i książki – oba autorstwa australijskiego aktora i filmowca Damona Gameau. Postanowił on wykonać na sobie karkołomny eksperyment polegający na jedzeniu takiej ilości cukru, jaką zjada codziennie przeciętny Australijczyk. Eksperyment był karkołomny z tego względu, że od trzech lat nie używał cukru i nie jadał produktów go zawierających. To poświęcenie w imię nauki trwało 60 dni, podczas których bohater bardzo szybko poznał szkodliwe skutki spożywania tak dużej ilości cukru codziennie. Wszystko odbywało się przed kamerami i zostało pokazane światu w formie filmu oraz książki, o których opowiem parę słów w tym wpisie.

Jeżeli po „Całym tym cukrze” spodziewacie się moralizatorskiego filmu dokumentalnego i naukowej książki pełnej „smętów” o tym, jak szkodliwy jest cukier, to się zawiedziecie. Ale będzie to zawód bardzo pozytywny, bowiem Damon Gameau postawił na ciekawą, przyjemną w odbiorze formę.
Jako pierwszy widziałam film i byłam ciekawa książki. Spodziewałam się relacji z eksperymentu – takiej zwyczajnej, suchej, ot opisanie, co się działo, a także wrażeń, odczuć i przemyśleń autora. Tymczasem po odpakowaniu książki moim oczom ukazała się feeria kolorów, dowcipnych obrazków, kadrów z filmu, sugestywnych schematów. Ta książka zdaje się krzyczeć: „patrz, zobacz, przeczytaj mnie!”. Naprawdę przyciąga, intryguje. Do tego jest napisana w bardzo przystępnym, lekkim i przyjemnym stylu, autor jest dowcipny, ma do siebie duży dystans. W czasie lektury nieraz na mojej twarzy gościł uśmiech, a zdarzało mi się od czasu do czasu parsknąć śmiechem.

Książka składa się z czterech części, w których znajdziemy informacje o samym eksperymencie i jego przebiegu, a także razem z autorem odbędziemy podróż do paru miejsc w Australii i USA (bardzo ciekawych i dających do myślenia nawiasem mówiąc). Poznamy także mechanizmy odpowiadające za szkodliwy wpływ cukru na organizm i wywoływanie słodkiego uzależnienia, dowiemy się, jak Damonowi udało się wyrwać z lepkich łap cukru i wrócić do formy sprzed eksperymentu. Natomiast w ostatniej części autor umieścił przepisy opatrzone cieszącymi oczy zdjęciami. W porównaniu do filmu książka jest bogatsza w treści, dokładniej wyjaśnia fizjologię i biochemię naszego organizmu (ale nie bójcie się – w sposób obrazowy i przystępny), znajdziemy w niej sporo wypowiedzi różnych naukowców, wskazówki, jakie produkty zawierają cukier i co zrobić, by pozbyć się go z diety oraz przepisy, których w filmie nie ma.

Uważam, że naprawdę warto poznać „Cały ten cukier” czy w formie filmu czy książki, co nie znaczy, że nie mają one swoich mankamentów i że w 100% się ze wszystkim zgadzam. Dlatego teraz przejdę do odrobiny krytyki.
Mam wrażenie, że autor ze swoim filmem chciał dotrzeć do wszystkich odbiorców i wyszło tak, że nie jest on ani dla dorosłych ani dla dzieci. Są fragmenty, które bardzo spodobają się przedszkolakom i uczniom pierwszych klas podstawówki, ale starsi widzowie mogą się poczuć zażenowani. Jednocześnie jest pewna scena – drastyczna i robiąca naprawdę ogromne wrażenie – która nie wydaje mi się odpowiednia dla małych dzieci. Książka, jak wspomniałam, jest kolorowa, ale nie tak infantylna, jak chwilami film.
Autor wyraźnie podkreśla, jak wspaniale się czuje na „swojej” diecie – czyli przed eksperymentem i po nim, gdy wrócił do swojego zwyczajowego sposobu odżywiania. I tu mam spore zastrzeżenia. Mianowicie, jego sposób odżywiania wcale nie jest prawidłowy, nie jest to dieta zgodna z zasadami zdrowego odżywiania ani odpowiednio zbilansowana. W filmie takie uwagi nie pojawiają się w ogóle, natomiast plus dla polskiej redakcji, że w książce zamieszczono przypisy zawierające informacje dotyczące zaleceń – chociaż nie wytknięto Damonowi błędów żywieniowych tak wprost, jak ja to teraz robię. W jego diecie jest za dużo białka (26% energii, podczas gdy powinno to być 10-15%) i tłuszczu (aż 50% energii – zamiast 20-35%) – z tym, że większość pochodzi z orzechów, pestek, nasion, awokado, aczkolwiek Damon jada także tłuste mięsa, boczek, tłuste sery, pełnotłusty nabiał. Natomiast w jego menu nie ma produktów pełnoziarnistych, ziemniaków, batatów, stąd zbyt małe spożycie węglowodanów (24% energii wobec zalecanych 50-70%).
Damon Gameau porusza wątek „walki” między przeciwnikami cukru i przeciwnikami tłuszczu. Gdy stwierdzono, że stan zdrowia społeczeństwa pogarsza się z powodu nieprawidłowego odżywiania wytypowano dwóch winowajców: cukier i tłuszcz. Rozpoczęła się batalia, w wyniku której winnym okazał się tłuszcz. Ale wyeliminowanie tłuszczu z wielu produktów nie przyniosło pożądanych rezultatów, ponieważ bardzo często zamieniano go na cukier. Autor sugeruje, że to cukier jest tym złym, a tłuszcz dobrym. Na pytanie: co jest lepsze: cukier czy tłuszcz, odpowiedź tak naprawdę brzmi: najlepsza jest równowaga. Nie stoimy przed wyborem: cukier czy tłuszcz. Powinniśmy unikać używania cukru w formie wyizolowanej z produktów, ale nie tego, który jest naturalnie w produktach zawarty – przy czym pamiętamy, że co za dużo to niezdrowo. Należy też ograniczyć spożycie tłuszczu szczególnie tego pochodzenia zwierzęcego (z wyjątkiem tłustych ryb), ale także oleju kokosowego i palmowego bogatych w nasycone kwasy tłuszczowe oraz tłuszczów trans. Lepiej wybierać oleje takie jak rzepakowy, lniany, oliwę z oliwek oraz orzechy, pestki, nasiona, awokado – również pamiętając, że co za dużo to niezdrowo. Mam wrażenie, że autor gloryfikuje tłuszcz, a nawet posuwa się do stwierdzenia, że ani tłuszcz ani cholesterol nie przyczyniają się do chorób układu krążenia. Hola, hola, trochę się Pan zagalopował!
Podsumowując, pojawia się parę nieprawdziwych informacji, autor nie jest dietetykiem ani specjalistą w dziedzinie żywienia, o czy zresztą wspomina, dlatego nie należy traktować wszystkich informacji jako pewnik. Mimo to uważam, że naprawdę warto obejrzeć film albo przeczytać książkę, albo jedno i drugie. Zarówno film, jak i książka są dużą dawką motywacji do ograniczenia albo wyeliminowania cukru ze swojego jadłospisu. Na końcu książki wypisane są zalety takiej decyzji, dzięki czemu można do nich wrócić w chwilach słabości.
Damon Gameau to prawdziwy człowiek-orkiestra. Jest reżyserem, aktorem, scenarzystą, producentem, króliczkiem doświadczalnym i pisarzem. Fajny dowód na to, jak można być pełnym energii i entuzjazmu nie spożywając uznawanego za „krzepiący” cukru.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Varsovia.

Zdjęcia na licencji CC0, pixabay.com

monodiety-czy-warto-je-stosowac

Monodiety – czym są i czy warto je stosować?

Od czasu do czasu internet zalewa wielką falą nowy, genialny pomysł na dietę odchudzającą albo „oczyszczającą”, która opiera się na schemacie „Jedz przez tydzień ……………. (tu wystarczy wstawić nazwę jakiegoś produktu), a schudniesz / oczyścisz organizm z toksyn / poprawisz swoje samopoczucie / nie będziesz mieć problemów z cerą / poczujesz przypływ energii i witalności” (niepotrzebne skreślić). Jest to fala zazwyczaj jednorazowa, ale ogromna, która pociąga za sobą rzeszę ludzi spragnionych szybkich efektów.

 

Dlaczego „mono-„?

Dieta kapuściana, dieta jogurtowa, dieta sokowa, dieta bananowa, dieta grejpfrutowa, dieta pszenna, dieta ziemniaczana… Można by wymieniać tak długo. To, co łączy wszystkie te diety to fakt, że opierają się na spożywaniu przede wszystkim jednego produktu (np. kefiru, jogurtu, ziemniaków, ryżu, pszenicy), grupy produktów (np. produktów mlecznych – w diecie mlecznej, samych warzyw i owoców – w diecie owocowo-warzywnej czy diecie sokowej) albo składnika pokarmowego (np. dieta białkowa). Z tego powodu nazywa się je „monodietami” albo „dietami jednoskładnikowymi”. Nie jest to określenie naukowe czy fachowe, ale jest często używane przez specjalistów z zakresu żywienia i można się na nie natknąć także w internecie czy czasopismach.

Samo określenie „monodieta” kojarzy się raczej negatywnie – z monotonią, z jednym produktem. I słowo to najczęściej pojawia się właśnie w negatywnym kontekście tego typu diet. Natomiast nigdy nie spotka się go przy okazji opisu konkretnej diety, w którym, bądź co bądź, muszą się znaleźć informacje zachęcające do jej stosowania, szeroki opis cudownego działania, szereg zalet, kompleksowy wpływ na organizm. W rzeczywistości wątpliwego działania, rzekomych zalet i niczym niepotwierdzonego wpływu na organizm.

 

Co za dużo to niezdrowo

Nie ma jednego cudownego produktu, który dostarczałby wszystkich składników pokarmowych, wszystkich witamin i składników mineralnych. Dlatego zaleca się spożywanie jak najbardziej urozmaiconych pokarmów. Im bardziej zróżnicowane produkty się jada, tym mniejsze jest ryzyko niedoborów składników odżywczych. Co za tym idzie, diety oparte na jednym produkcie niosą ze sobą bardzo duże ryzyko niedoborów substancji niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Z drugiej strony mogą dostarczać pewnych składników w nadmiernych ilościach, a ich przedawkowanie też może być szkodliwe. Stosowanie takich diet na dłuższą metę jest bardzo niebezpieczne.

Poza tym jedzenie w kółko tego samego odbiera wszelką przyjemność płynącą z jedzenia. Stosowanie takiej czy innej diety nie jest za karę, nie ma unieszczęśliwiać, bo to tylko demotywuje. Będąc na diecie polegającej na spożywaniu jednego produktu bardzo szybko wyrabia się awersję do tego produktu. Mówiąc wprost – ma się go po prostu dosyć. Bo ileż można jeść to samo? Skutkiem jest to, że w rezultacie po zakończeniu takiej monodiety, całkowicie eliminuje się dany produkt ze swojego jadłospisu na zasadzie: „Jadłem kapustę przez tydzień, to teraz przez cały rok nie będę mógł na nią spojrzeć”. A często są to bardzo wartościowe produkty, jak chociażby jogurty, kefiry, wspomniana kapusta, ryż, ziemniaki, grejpfruty itd.

 

Monodiety a odchudzanie

Monodiety są często polecane jako cudowny sposób na szybkie schudnięcie. Faktycznie efekt może być spektakularny, jednak to tylko pozory. Po pierwsze takie postępowanie nie ma nic wspólnego ze zdrowych odchudzaniem – bo zbyt szybka utrata kilogramów jest niebezpieczna i, jak wspomniałam, te diety są bardzo niedoborowe. Po drugie po zakończeniu takiej diety wygłodniały delikwent, jedzący przykładowo przez miesiąc same warzywa i owoce, rzuci się na wszystko do jedzenia, co warzywami i owocami nie jest. W efekcie schudnie 8 kilogramów, po czym przytyje 12. Czyli nadrobi z nawiązką.

 

Nie ma żadnej diety „cud”, nic nie zastąpi zdrowej, zbilansowanej diety. Stosowanie na własną rękę wychwalanych za rzekomo wspaniałe działanie diet znalezionych w internecie czy kolorowych czasopismach może przynieść tylko więcej szkody niż pożytku. Szkody dla swojego organizmu, zdrowia, figury i portfela. Żeby wiedzieć, w jaki sposób się prawidłowo odżywiać, adekwatnie do potrzeb swojego organizmu, najlepiej jest zasięgnąć porady specjalisty. Dietetyka to rozległa dziedzina, więc potrzebna jest kompleksowa wiedza, żeby nie pogubić się w jej meandrach. Zwłaszcza, że zewsząd jesteśmy atakowani sprzecznymi „poradami”, co jeść, a czego nie jeść. Mam nadzieję, że po lekturze tego artykułu nikt przynajmniej nie będzie miał wątpliwości, że należy jadać urozmaicone produkty.

 

Stosowaliście tego typu diety? Jakie? Co o nich sądzicie? Piszcie w komentarzach, bardzo chętnie poczytam!

 


Źródło (nazw diet): http://www.atlasdiet.pl/

 

Zdjęcia na licencji CC0, pixabay.com

Makaronowa sałatka z brokułem, fasolą i papryką 1

Makaronowa sałatka z brokułem, fasolą i papryką

Myślę, że kolorowe sałatki z makaronem są na tyle uniwersalne, że pomysłów na nie nigdy dość. Przydają się na lunch w pracy czy na uczelni, na pożywne drugie śniadanie, na początek albo zakończenie dnia, gdy znudzą się kanapki. Kombinacji składników jest niezliczona ilość, poniżej prezentuję czerwono-zieloną sałatkę z brokułem, fasolą papryką. Użyłam do niej pełnoziarnistego makaronu w kształcie ryżu, ale może być w dowolnym innym kształcie. Smacznego!

 

 

Składniki:

  • makaron pełnoziarnisty (u mnie w kształcie ryżu)
  • brokuł
  • czerwona fasola z puszki / ugotowana
  • czerwona papryka
  • czosnek granulowany
  • olej rzepakowy
  • pestki słonecznika (opcjonalnie)
  • pestki dyni (opcjonalnie)
  • pieprz
  • sól

 

Wykonanie:

  1. Makaron ugotować al dente, dokładnie wypłukać w zimnej wodzie.
  2. Brokuła umyć, różyczki pokroić na niewielkie kawałki, łodygę obrać i również pokroić. Wrzucić na patelnię, dolać odrobinę wody i dusić pod przykryciem na dużym gazie około 3-5 minut (w zależności od wielkości kawałków) aż lekko zaczną mięknąć. Wtedy wyłączyć i zostawić pod przykryciem aż wystygną.
  3. Paprykę umyć, usunąć gniazda nasienne i pokroić w kostkę.
  4. Wymieszać wystudzony makaron i brokuła z papryką, niewielką ilością oleju rzepakowego, doprawić odrobiną soli, pieprzu i granulowanego czosnku. Można posypać dodatkowo pestkami dyni i słonecznika.

 

zdrowie-czym-jest-i-od-czego-zalezy

Zdrowie – czym jest i od czego zależy?

W jednym z moich artykułów wyjaśniałam, czym jest dieta, a może nawet bardziej czym nie jest.

Teraz wzięłam na tapetę temat zdrowia. Niby każdy wie, czym jest zdrowie, więc może się wydawać, że po co o tym pisać?? Okazuje się, że nie jest to wcale takie oczywiste.

 

A więc czym jest zdrowie?

Pisząc o tematyce zdrowego stylu życia nie sposób pominąć wyjaśnienia, czym jest zdrowie. Wydaje się, że każdy z nas wie, czym ono jest. Najprościej mówiąc, to stan, kiedy jest się zdrowym, czyli nie jest się chorym, nic nam nie dolega, nic nas nie boli. Ale czy na pewno? Czy to wystarcza, żeby uznać się za osobę zdrową?

Chciałabym się tutaj chwilę zastanowić nad definicją zdrowia podaną przez Światową Organizację Zdrowia: „Zdrowie to całkowity dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny, a nie wyłącznie brak choroby lub niedomagania”. Czyli zgodnie z tą definicją brak choroby to za mało, by mówić o zdrowiu. Nie bez powodu przytaczam tę definicję – porusza ona ważną kwestię. Mianowicie ta definicja zauważa, że mówiąc o zdrowiu nie można koncentrować się tylko na zdrowiu fizycznym, ale trzeba też brać pod uwagę aspekty psychiczne, a nawet socjologiczne. Niestety służba zdrowia zajmuje się przeważnie leczeniem ciała, zapominając o sferze mentalnej pacjenta. W myśl tej definicji zdrowie to prawidłowe funkcjonowanie całego organizmu, dobre samopoczucie, odpowiednia sprawność umysłowa, a także zdolność do nawiązywania i utrzymywania właściwych kontaktów z innymi ludźmi. Jak się można domyślić, spełnienie wszystkich tych kryteriów naraz jest trudne, bo praktycznie zawsze jesteśmy w stanie znaleźć coś, co stoi na przeszkodzie do osiągnięcia tak definiowanego zdrowia. Wystarczy, że jesteśmy smutni, ktoś nas zirytuje, krzywo na nas spojrzy, zepsuje się telewizor i nie możemy obejrzeć ulubionego programu etc. Jednak to, że w praktyce ciężko taki stan osiągnąć, nie oznacza, że nie warto do niego dążyć. Im będziemy bliżej tego ideału, tym lepiej.

 

Od czego zależy zdrowie?

Co w takim razie zrobić, by być zdrowym? Od czego zależy zdrowie i jak duży wpływ my sami na nie mamy? Najbardziej znaną koncepcją, która odpowiada na te pytania jest tzw. Paradygmat Lalonde’a (inaczej koncepcja pól zdrowia Lalonde’a czy koncepcja obszarów zdrowia Lalonde’a). Została ona opracowana w 1974 roku przez kanadyjskiego ministra zdrowia Marca Lalonde’a. Od tego czasu nieznacznie ewoluowała i aktualna wersja znajduje się chociażby w Narodowym Programie Zdrowia dla naszego kraju.

Zgodnie z tą koncepcją na zdrowie w największym stopniu (50%) ma wpływ styl życia. Na styl życia składa się właściwe odżywianie, aktywność fizyczna, nałogi, stres czy długość snu. Są to zatem te czynniki, na które mamy wpływ. Drugą składową jest środowisko i determinuje ono zdrowie w 20%. Pod tym pojęciem rozumiane jest środowisko fizyczne – czyli środowisko naturalne oraz stworzone przez człowieka – a także środowisko społeczne – czyli nasze codzienne życie, praca czy nauka. Na te aspekty mamy pewnie, ale ograniczony wpływ. Trzecią składową zdrowia są czynniki genetyczne (również 20%). Ten aspekt jest od nas całkowicie niezależny. Ostatnim elementem jest ochrona zdrowia, która determinuje nasze zdrowie zaledwie w 10%! Na opiekę zdrowotną również nie mamy wpływu. Tak więc proszę nie narzekać, że choroby w społeczeństwie są winą marnej służby zdrowia. Nasze zdrowie jest w naszych rękach i przede wszystkim to od nas samych zależy, czy będziemy zdrowi.

 

Rys. Czynniki wpływające na zdrowie

 

Podsumowując, osiągnięcie pełni zdrowia zgodnie z definicją WHO jest niezmiernie trudne. Warto jednak dbać o siebie, by być jak najbliżej tego idealnego stanu. Pamiętajmy, że w ponad 50% stan naszego zdrowia należy od nas. Możemy zrobić naprawdę wiele, żeby go poprawić. Należy prawidłowo się odżywiać, regularnie uprawiać aktywność fizyczną, zrezygnować z nałogów, unikać stresów i odpowiednio się wysypiać. Nie zapominajmy o zachowaniu równowagi między pracą i odpoczynkiem, znajdujmy czas na kontakty z innymi ludźmi. Dbajmy o naszą sferę fizyczną, psychiczną, emocjonalną i społeczną. Dzięki temu będziemy mogli cieszyć się długim, szczęśliwym życiem.

 


Źródła:

  1. red. Gawęcki J., Roszkowski W., Żywienie człowieka a zdrowie publiczne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009
  2. Wysocki M. i Miller M., Paradygmat Lalonde’a, Światowa Organizacja Zdrowia i Nowe Zdrowie Publiczne, Przegląd Epidemiologiczny 2003, nr 57, s. 505-512
  3. Narodowy Program Zdrowia na lata 2007-2015, Załącznik do Uchwały Nr 90/2007 Rady Ministrów z dnia 15 maja 2007

 

Designed by Freepik

pasta-bezjajeczna-z-ciecierzycy-1

Pasta bezjajeczna z ciecierzycy

Na pierwszy dzień Tygodnia Weganizmu 2016 przygotowałam przepis na typowo wegańską pastę do chleba, którą można wykorzystać do zrobienia komuś psikusa. Jest to pasta smakiem do złudzenia przypominająca pastę jajeczną. Ale nie zawiera nawet śladowych ilości jajek. Mój tata za żadne skarby nie chciał uwierzyć, że nie ma w niej jajek, gdy przygotowałam ją na Wielkanoc. Ale jaja, no nie? ? Dowcipnisiem, który odpowiada za jajeczny smak jest czarna sól zwana Kala Namak. Jest to indyjska sól zawierająca związki siarki, które nadają jej charakterystycznego aromatu i posmaku.

Z pomysłem na bezjajeczną pastę zetknęłam się po raz pierwszy parę lat temu na pokazie gotowania autorki Jadłonomii, z tym, że przygotowała ona wersję z tofu. A ja sobie umyśliłam zamienić tofu na ciecierzycę i zrobić trochę po swojemu. Podane przeze mnie ilości składników są orientacyjne. Trzeba je stopniowo dodawać (zwłaszcza Kala Namak, musztardę i sok z cytryny) i próbować pastę, ponieważ niestety ławo zepsuć smak. Trzeba się wykazać cierpliwością. A jak się nie uda za pierwszym razem, to nie można się zrażać. Wiem, co piszę, bo zdarzyło mi się przedobrzyć z sokiem z cytryny albo musztardą i już smak nie był taki, jak powinien. Miałam akurat takiego farta, że za pierwszym razem pasta wyszła mi po prostu genialna i stąd wiedziałam, że się da. Więc spokojnie, nie jest ona trudna, tylko trzeba stopniowo dodawać przyprawy i próbować, aż osiągnie się te idealne proporcje. A efekt wynagradza te trudy.

 

 

Składniki:

na około 10 porcji

  • 100 g suchej ciecierzycy
  • ½ łyżeczki czarnej soli (Kala Namak)
  • 1 łyżeczka musztardy (10 g)
  • 1 łyżeczka płatków drożdżowych
  • 3 łyżki oleju rzepakowego (30 g)
  • ¼ łyżeczki kurkumy
  • ½ – 1 łyżeczki soku z cytryny
  • szczypta pieprzu

 

Wykonanie:

  1. Ciecierzycę namoczyć przez około 10-12 godzin. Ugotować bez dodatki soli (około 45 minut). Wystudzić i dopiero odcedzić zachowując wodę.
  2. Ciecierzycę zmiksować z olejem i pozostawioną wodą – tyle, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję. Dodawać pozostałe składniki – stopniowo po trochu, próbując pastę na bieżąco – mniej więcej takie ilości, jak podałam w przepisie. Szczególnie ostrożnie i z wyczuciem, nie za dużo na raz dodawać sól Kala Namak, musztardę i sok z cytryny. Wtedy na pewno się uda!

 

Czarna sól – nie dosyć, że ma jajeczny posmak, to jeszcze jest, wbrew nazwie, w kolorze pudrowego różu ?

 

1 porcja dostarcza:

fasolowe-brownie-bez-pieczenia-a-la-sliwka-w-czekoladzie-4

Fasolowe brownie bez pieczenia à la śliwka w czekoladzie

Dzisiaj mam przepis na coś bardzo kuszącego, mmm… Kolejne ciasto, które nie wymaga włączania piekarnika. Pyszniutkie, czekoladowo-śliwkowe, dla fanów śliwki w czekoladzie to będzie strzał w dziesiątkę. Słodziutkie od suszonych śliwek, sycące dzięki dużej zawartości błonnika pokarmowego. Nie zawiera glutenu, jajek czy mleka, dlatego świetnie sprawdzi się dla osób na dietach eliminacyjnych czy wegan.

Ciasto dodatkowo polałam najprostszym sosem: kakao + odrobina wody + parę kropli słodzika na bazie stewii. Tylko nie róbcie zbyt słodkiego sosu, niech będzie czuć naturalną goryczkę kakao, która przełamuje słodycz suszonych śliwek. Oczywiście polewa nieobowiązkowa, a podane wartości odżywcze nie biorą jej pod uwagę.

 

 

Składniki:

na 8 kawałków

  • 100 g fasoli adzuki
  • 200 g suszonych śliwek
  • ⅔ tabliczki gorzkiej czekolady (67 g) – minimum 70% kakao
  • 4 łyżki siemienia lnianego (40 g)

 

Wykonanie:

  1. Fasolę namoczyć przez około 8 godzin, następnie ugotować (około 45 minut).
  2. Śliwki namoczyć we wrzątku na około 15 minut.
  3. Czekoladę połamać na mniejsze kawałki.
  4. Gorącą fasolę i śliwki dokładnie odcedzić. Zmiksować na gładką masę, dodać czekoladę i mieszać aż się rozpuści. Dodać siemię i dokładnie wymieszać.
  5. Masę przełożyć do naczynia (wymiary około 13 x 22 cm) wyłożonego folią spożywczą, zostawić do ostudzenia, a następnie schłodzić w lodówce (około 5 godzin).